Żądają, by Polska przyjmowała uchodźców, a sami odmawiają wiz księżom z Syrii

W syryjskiej muhafazie Tartus mieszka 1 mln uchodźców wewnętrznych. Dzięki współpracy Fundacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie z tutejszą diecezją maronicką możliwe jest objęcie pomocą 4,5 tys. osób miesięcznie. Fundacja chce teraz zwiększyć liczbę beneficjentów.

Dodatkowa pomoc możliwa będzie dzięki przyznaniu przez polski rząd Fundacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie 5,5 mln zł na projekty medyczne. Zdaniem miejscowego Kościoła uratuje to życie wielu syryjskim uchodźcom wewnętrznym, w tym dzieciom.

Pomoc dla uchodźców w diecezji Tartus realizowana jest w ramach pięciu projektów i objęci są nią nie tylko uchodźcy chrześcijańscy, ale i muzułmańscy, a także najubożsi mieszkańcy diecezji, która obejmuje terytorialnie cztery syryjskie muhafazy: Tartus, Latakię, Hims i Hamę.

Pierwszym projektem jest opłacanie czynszu w wynajętych przez uchodźców mieszkaniach. Przeważnie składają się one z dużej izby z kuchnią w środku i toaletą na zewnątrz. Przewieszona zasłona oddziela sypialnię od reszty. W takich warunkach mieszka zwykle od kilku do kilkunastu osób, płacąc za to równowartość około 30 usd. Kościół opłaca czynsz w całości lub części, czasem dając również sumę pieniędzy przewyższającą jego wartość. Zależy to od kompleksowej oceny sytuacji danej rodziny. Taką pomocą objętych jest miesięcznie 450 rodzin, ale Fundacja Pomoc Kościołowi w Potrzebie planuje teraz zwiększenie liczby beneficjentów do 600 rodzin. Zdaniem szefa Fundacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie ks. prof. Waldemara Cisło będzie to możliwe dzięki wsparciu przez polski rząd projektu medycznego, co powoli przesunąć środki z tego elementu na pokrywanie czynszu i inne projekty.

Projekt medyczny obejmuje trzy działania: dostarczanie leków, podstawowe usługi medyczne i chirurgię. Koszt operacji to od około 300 do 1000 EUR. Często dzięki takim sumom ratowane jest życie pacjentów, w tym dzieci. Miesięcznie pomoc w tym zakresie dociera do 1000 osób. Maronicki biskup tutejszej diecezji Antoine Chbeir podkreśla, że syryjskie władze nie pomagają, a potrzebujących jest bardzo wielu i dla dużej części z nich brak pomocy oznacza wyrok śmierci.

Diecezja w Tartus dostarcza też paczki żywnościowe 1040 rodzinom, zapewnia im środki sanitarne, dostarcza mleko i pieluchy 650 niemowlakom i funduje stypendia, w wysokości 20 EUR, około 450 miejscowym studentom. W tym ostatnim wypadku dzięki zaangażowaniu polskiego rządu w pomoc medyczną uda się zwiększyć liczbę beneficjentów do 700 studentów.

W każdej z 40 parafii diecezji maronickiej Tartus utworzone zostały lokalne komitety, które zbierają prośby o pomoc od potrzebujących, przy czym bycie chrześcijaninem nie jest warunkiem jej otrzymania. W muhafazie Tartus 10 proc. ludności, tj. około 120 tys. osób to chrześcijanie, w tym maronitów jest 20 tys., prawosławnych 80 tys., a reszta to wierni innych Kościołów. Również wśród 1 miliona uchodźców wewnętrznych, którzy przybyli do muhafazy Tartus, 10 proc. stanowią chrześcijanie. Zdecydowana większość to natomiast sunnici. Pochodzą oni przeważnie z Aleppo lub Hims. Uciekli stamtąd przed wojną i dżihadystami, a obecnie nie mogą wrócić, gdyż ich domy legły w gruzach, a społeczność międzynarodowa nie wspiera ich odbudowy. Do Tartus przyjechali, gdyż w tej muhafazie wojna się nie toczyła i jest tu całkowicie bezpiecznie. Problemem są jednak warunki, w jakich żyją, zwłaszcza że dochód na wieloosobową rodzinę często nie przekracza 30 usd.

Zdaniem biskupa Chbeira niektóre regulacje międzynarodowe wręcz przeszkadzają w dostarczaniu środków z zagranicy na niesienie pomocy uchodźcom wewnętrznym w Syrii. Chodzi m.in. o to, że ze względu na sankcje USA wobec Syrii jego diecezja nie może mieć dolarowego konta w banku libańskim i wszelkie przelewy muszą być dokonywane w innych walutach. Biskup podkreśla też, że pomoc powinna być udzielana na miejscu, gdzie jej koszt jest znacznie mniejszy, a uchodźcy wewnętrzni pod względem potrzeb niczym się nie różnią od tych, którzy opuszczają kraj. Chbeir zarzuca też Europie hipokryzję w toczącym się obecnie sporze Unii Europejskiej z Polską o relokację. - Takie kraje jak Włochy czy Francja odmawiają udzielania wiz naszym księżom, mimo że mają oni rekomendacje dostojników w Watykanie, a żądają od Polski, by przyjmowała osoby, które twierdzą, że są Syryjczykami, choć nikt tego nie jest w stanie zweryfikować - mówi i podkreśla, że ściąganie uchodźców do Europy to wielka pomyłka.

Dzięki współpracy Fundacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie i diecezji maronickiej w Tartus z województwem dolnośląskim planowane jest też otwarcie szkoły dla 1500 dzieci. Biskup Chbeir podkreśla, że edukacja dzieci jest dla niego niezwykle ważna, a przetrwanie syryjskich chrześcijan zależy od tego, by pozostawali oni intelektualną elitą kraju. Dlatego w Latakii powstała instytucja, która płaci rodzicom dzieci, które ze względu na biedę muszą pracować zamiast chodzić do szkoły, by jednak się uczyły.

Przykładem rodziny uchodźców otrzymującej pomoc od diecezji maronickiej w Tartus, dzięki wsparciu Fundacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, jest 5-osobowa rodzina pana Roberta Dżabura, mieszkająca w wiosce al-Khribat koło Tartus. Dżabur był operatorem ciężkiego sprzętu budowlanego i pracował przy budowie rurociągów w wielu krajach Azji i b. ZSRR. To pozwalało rodzinie żyć w miarę dostatnio do czasu, gdy 5 lat temu blok, w którym mieszkali w Hims, został zniszczony w wyniku bombardowania. Dżabur jest przy tym w specyficznej sytuacji, gdyż ani on ani jego dzieci nie mają syryjskiego obywatelstwa, choć czują się Syryjczykami. Ojciec Dżabura przybył bowiem do Syrii w latach 30. XX w. z Libanu i tu się ożenił. Dżabur nie chce jednak wyjeżdżać z Syrii nawet do Libanu, choć ma libańskie obywatelstwo. Marzy natomiast, by ktoś pomógł odbudować Hims, tak by on i inni uchodźcy mogli wrócić do domu. Teraz Dżabur naprawia wentylatory i zarabia równowartość 60 usd miesięcznie, z czego 30 usd wydaje na wynajem pomieszczenia, w którym żyją. Pozostali domownicy nie pracują, a jego 15-letnia córka uczy się w szkole średniej i chce iść na studia. Marzy o tym, by zostać projektantką wnętrz, i też nie chce wyjeżdżać z Syrii, choć wie, że nie mając obywatelstwa syryjskiego nie dostanie pracy w instytucjach i firmach państwowych. Przeżycie rodziny Roberta Dżabura uzależnione jest od pomocy ze strony Kościoła, który opłaca czynsz, a także dostarcza paczki żywnościowe i środki sanitarne.

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
  • wołający na puszczy
    05.09.2017 12:42
    To jedynie słuszna i skuteczna pomoc , gdyż naprawdę poszkodowani przez wojnę pozostali tam.Tutaj przybywają tacy , którzy płacą na ten exodus tyle , na ile nie stać by było przeciętnego Polaka . A swoich bliskich pozostawili w tym piekiełku, zamiast ich ochraniać i zapewniać im utrzymanie.
  • Arek
    05.09.2017 14:38
    Emigracja to konieczność. Trzeba tamtym ludziom pomagać na miejscu. Mój syn pracował po studiach w Anglii. Po roku był na wakacjach i zastanawiał się czy nie zostać tam. Miał narzeczoną w Polsce. Ze względu na nią został. Dziś ma włąsną firmę i jest mi wdzięczny, że mu doradziłem. Emigracja to ostateczność.
  • Marek
    06.09.2017 07:21
    Francja tonie.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7