Tyle szczęścia, ile krakowianka Anna Paruch potrafi dać dwóm niepełnosprawnym chłopcom, nikt jeszcze na świecie nie widział!
Samarytanka Ania miłosierne serce miała od zawsze - ciągle kimś się opiekowała i wciąż lubiła pomagać. Jak nie dzieciakom z tzw. trudnych domów, to starszej sąsiadce, która przed laty brała udział w Powstaniu Warszawskim.
W końcu kolega wciągnął ją w wolontariat w Domu Pomocy Społecznej przy ul. Łanowej 41B, w którym mieszkali niepełnosprawni chłopcy - mali, duzi, i zupełnie nieporadni.
Miało to być zajęcie na chwilę tylko, bo ktoś musiał zastąpić pracowników, którzy chcieli uczestniczyć w rekolekcjach z Jeanem Vanierem. Tym od "Arki" i niepełnosprawnych osób, które Vanierowi bardzo dużo zawdzięczają…
Ania Paruch w DPS na chwilę zostać jednak nie umiała. I choć pierwszego dnia przeżyła szok, bo na początku lat 90. XX w. "standardy" w DPS różniły się od tych, które dziś obowiązują (i można się było przestraszyć), to niepełnosprawni chłopcy mocno ją za serce chwytali. A wzrokiem mówili, że kogoś, kto ich wszystkich polubi i zaakceptuje, bardzo potrzebują... Ania odmówić im nie umiała, a po obozie zimowym, na który z nimi pojechała, już nie było odwrotu. "Wsiąkła" na dobre.
I tak Ania została z chłopcami na dłużej, a przy okazji, małymi krokami, wraz z pracownikami DPS i powiększającą się grupą wolontariuszy, zmieniała świat niepełnosprawnych na lepsze.
Z inicjatywy nowej pani dyrektor DPS najpierw trzeba było odmalować ściany, potem dobrać ubrania dla każdego z chłopców, a na końcu stworzyć projekt warsztatów terapii zajęciowej, co wtedy nie było takie oczywiste.
W końcu przyszedł czas na przedsięwzięcie niezwykłe - obóz z niepełnosprawnymi maluchami, który okazał się początkiem rewolucji w życiu miłosiernej Ani.
- Wymyśliliśmy jako opiekunowie, że będziemy spać w pokojach z dziećmi, by dać im namiastkę normalnego domu. Trochę się tego bałam, bo nie wiedziałam, czy nie robimy im w ten sposób krzywdy. Zastanawiałam się, czy lepiej dać ugryźć jabłko, by ktoś poznał jego smak i potem tęsknił, czy lepiej, by nigdy go nie poczuł? Do dziś tego nie wiem - opowiada.
Więzi tworzyły się jednak coraz mocniejsze, więc niespokojne serce samarytanki podpowiadało kolejną rzecz: że chłopców można zabierać do domu, np. na niedzielne obiady. W domu Ani niepełnosprawni chłopcy poczuli się jak w niebie…
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
W Australii dzieci przystępują do bierzmowania przed pierwszą komunią.
Dla lokalnych chrześcijan kluczowym problemem jest dziś przetrwanie pod względem finansowym.
Przed egzaminem dojrzałość co czwarty maturzysta pielgrzymował na Jasną Górę.
Jedynym rozsądnym wyjściem w sytuacji zagrożenia kraju jest przebaczenie i pojednanie.