Owoce morza

Czasem, gdy jesteś sam na morzu, czujesz się jak w sanktuarium. Patrzysz wtedy we wszystkich kierunkach i nie widzisz nic, tylko wodę.

Niebla znaczy mgła. Trudno o bardziej odpowiednią nazwę dla wioski rybackiej położonej w południowym Chile, w której przyszło nam spędzić kilka dni. To zupełnie inna Ameryka niż ta, którą poznaliśmy w Peru czy Boliwii. Mgła często spowija zatoki w okolicach Valdivii, budząc skojarzenia raczej z Anglią niż z krajami latynoskimi. Ale bywa też tak, że kurtyna z mgły odsłania się, ukazując nieziemsko piękny krajobraz. Szczyty wzgórz opadających do oceanu wydają się wtedy zawieszone na niebie i nie wiadomo, gdzie kończy się jedna rzeczywistość, a zaczyna druga. Czasem obraz, który się wyłania, wydaje się absurdalny jak płótna surrealistów. Kiedy na plaży w miejscowości Pilolcura dostrzegam pasące się wodorostami krowy, zastanawiam się, czy znalazłem się w środku obrazu, czy może to tylko sen.

Po chwili przychodzą mi do głowy słowa psalmu: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego”. Faktycznie, niczego nam nie brak tu, na przeciwległej półkuli.

Chrystus czerwony od szminki

O czwartej rano German wyrusza na połów. Zabiera ze sobą obrazek Jezusa Miłosiernego. Taki sam, tylko większy, wisi w rodzinnej sypialni. Czerwony od szminki, bo Irma, żona rybaka, wychodząc z domu, zawsze całuje obraz na pożegnanie. Często też razem modlą się przed nim na kolanach. – German jest twardy – mówi Irma. – Wychodzi rano, wraca w nocy i zdarza się, że przez cały ten czas nic nie je. Wypływałam z nim nieraz, ale to nie dla mnie. Ja to bym co chwila jadła. German Abel Barrientos Pereira odwiązuje łódkę i wyrusza na „la mar”. Tak mówią tutejsi rybacy, choć prawidłowo po hiszpańsku morze to „el mar”. Ale dla nich morze jest jak matka. W prowincji Valdivia 3 tysiące osób żyje z rybołówstwa. – Jesteśmy jak jedna rodzina, znamy się wszyscy. Jeśli zdarzy się wypadek, możemy na siebie liczyć – twierdzi German. Pamięta dobrze sytuację, gdy wyruszyli we trzech i wywróciła się łódka. Przeciwny wiatr ściągał go już w głąb oceanu. Przypomniał sobie wtedy, że Jezus chodził po wodzie i zaczął się modlić. Gdy w końcu dopłynął do łódki, poczuł, że ktoś łapie go za nogę. To był towarzysz z łódki, który tonął. Udało się go jednak wyciągnąć. Trzeci, choć nie umiał pływać, ocalał, uczepiony kawałka styropianu. Ale czasem ocean zabiera kogoś na zawsze. Irmie i Germanowi zabrał syna. Jego zdjęcie widnieje wśród wielu portretów tych, którzy wypłynęli i już nie wrócili. Obok, w oszklonej kapliczce, zamyślony św. Piotr patrzy na zatokę. Widział niejedno. Także wtedy, gdy w 1960 r. okolice Valdivii nawiedziło największe we współczesnych dziejach trzęsienie ziemi, zwane wielkim trzęsieniem chilijskim. Zginęło w nim około 3 tysięcy ludzi. Fale zatopiły wówczas statek „Canelo”, którego maszty ciągle wystają spod wód zatoki jak przestroga.

Wierzą po swojemu

Betty Binder, gospodyni w parafii św. Antoniego w Niebli, wówczas dziewięciolatka, tak opisuje to zdarzenie: – Wszystko falowało, wzgórza i pagórki przewracały się. Widziałam miejsca, w których ziemia tak się rozstępowała, że powstawały przepaście. Ludzie nie mogli się utrzymać na nogach, a domy zapadały się aż po drugie piętro. German miał wtedy 13 lat. Ocalał, bo jego dom położony był wyżej. – Fala tsunami zmiotła wszystko – opowiada. – Pamiętam, jak ludzie, którzy nigdy nie deklarowali się jako wierzący, padali na kolana i wołali do Boga: „Papito!” [Tatusiu – przyp. Sz.B.]. Kościół stał się wówczas schronieniem dla Chilijczyków, którzy na co dzień, jak mówią sami o sobie, „wierzą po swojemu”. Ale wspomnienie św. Piotra tutejsi rybacy zawsze świętują hucznie. – To nasz patron – podkreśla German. Przebieg święta jest zawsze podobny: najpierw Msza, w której dziękują Panu Bogu i św. Piotrowi za opiekę, potem wypłynięcie w morze. Figurkę świętego zabiera się do łodzi. A po powrocie – wielka fiesta, czyli to, co Latynosi lubią najbardziej. Jest grill i picie wina, w czym jednak German, „zbyt pobożny” jak na tutejsze standardy, nie bierze udziału. Woli ciszę. Choćby taką jak ta, której doświadcza w chilijskim sanktuarium w Los Andes, gdzie co pewien czas jeździ. – Czasem jak jestem sam na morzu, to czuję się jak w sanktuarium – wyznaje rybak. – Zwłaszcza wtedy, gdy wyłączy się motor. Patrzysz wówczas we wszystkich kierunkach i nie widzisz nic, tylko wodę. A jak się wraca? Po słońcu, a nocą po księżycu – uśmiecha się German.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7