W Australii dzieci przystępują do bierzmowania przed pierwszą komunią.
Dla lokalnych chrześcijan kluczowym problemem jest dziś przetrwanie pod względem finansowym.
Powinno Jej się oddać honory królewskie, bo Ona prowadzi nas do swojego Syna.
Niestety mało kto, mówi w sposób "normalny" jak by z nami rozmawiał, w sposób płynny i bez straszliwych pauz między każdym WYRAZEM.
Nie cierpię kazań w ogóle nie związanych z czytanym Słowem, kazań bez jakiejś widocznej myśli przewodniej.
Sposób mówienia kapłana też ma znaczenie, ale to już ciężko zmienić.
Rozumiem, że nie każdy ksiądz musi mieć talent do wygłaszania kazań, ale w jaki sposób ma się tego nauczyć, skoro notorycznie popełnia plagiat.
Swoją drogą nie wiem, czego oni uczą się na tej teologii, skoro każdy kleryk może ją skończyć, bez względu na to, czy ma powołanie, czy umie głosić kazania i czy umie chociaż przed ludźmi udawać prawdziwego księdza, a nie kogoś kto wymiguje się od pracy i którego posługa ogranicza się do słuchania spowiedzi i odprawiania mszy.
Proszę Szanowną Redakcję, aby opublikowała mój wpis i się za niego nie "obraziła". Ja po prostu miałam to nieszczęście, iż na swej drodze spotkałam wyłącznie księży zakłamanych.
Nie lubię wizualizacji i udziwnień na kazaniach. Także dla dzieci. Nikt nie powiedział, że trzeba mówić do nich długo, a nudzie zapobiegać przez liczne atrakcje. Lepiej powiedzieć zwięźle, przypomnieć czytania, wyjaśnić to, co może być niezrozumiałe - i nie cudować zanadto. Już prawie nigdzie nie ćwiczy się w dzieciach skupienia i wyciszenia, niechby chociaż w kościele mogły zaznać trochę spokoju. A nie kolejnych cyrków.
Kazanie dla dorosłych może być krótkie lub dłuższe, byle było dobrze skonstruowane i na temat. Temat ma być związany z czytaniami na dany dzień, a całe kazanie powinno służyć wzmacnianiu wiary słuchaczy. Naprawdę da się to osiągnąć, wielu jest księży, którzy nie mając jakiegoś wybitnego daru retorycznego potrafią jednak jasno przekazać to, co ważne. I cenię ich o wiele bardziej niż księży-showmanów.
To jest nierozdzielna całość, której homilia jest tylko częścią. Jeśli ona dominuje, to mamy jakąś odmianę gnozy, a nie żywego spotkania z Bogiem podczas składania najwyższej ofiary.
Trzeba się zastanowić co zrobić aby liturgia stała się doświadczeniem Boga, który jest Prawdą, Dobrem i Pięknem i który właśnie staje się chlebem, umiera i zmartwychwstaje. To jest przecież wstrząsające, a nie nużące.
Skończyć trzeba wreszcie z nieustannym wyjaśnianiem wszystkiego i skupić się wreszcie na doświadczaniu.
Takie postawieni sprawy odbieram jako tragedię upadku tak katechizacji jak i jednego z niezmiernie ważnych zadań kapłaństwa i kompletne zapomnienie(lub niewiedza) czym jest kazanie, homilia i do czego służy.
To nie oracja ku chwale oratora, to nie przemówienie na wiecu, to nie teatr, ani przedstawienie, które ma sprawiać przyjemność słuchaczom.
Takie stawianie sprawy to jeden z tych elementów, który prowadzi do nadużyć w liturgii przy jednoczesnej sekularyzacji wiernych i pustoszenia kościołów.
Sam pomysł o takiej dyskusji jak i dobór osób wymienionych jako dyskutanci (np. studentka, kóra ma de facto pouczać księdza o tym jak i co ma mówić na kazaniu - czyli czego ona ma życzenie słuchać - sic!) uważam za przejaw katastrofy służący raczej niszczeniu wspólnoty Kościoła od wewnątrz.
Jeśli w głowie pusto, można powtórzyć kilka ważniejszych zdań z czytań. Najważniejsze, żeby kapłan chciał się dzielić, jak ojciec przy rodzinnym stole, tym, co mówi do niego Bóg.
Błagam, jeśli czyta to ksiądz, niech nie ignoruje ludzi i powie coś choćby sam do siebie mówił.
Kapłan, który na codzień spowiada, zawsze ma te spowiedzi w głowie i raczej może z nich zrobić "dobry użytek" czyli katechezę. Nie lubię kazań porywających, teatru, wytartych cytatów. Osobowość tetralna - oczywiście daje naturalny upust pewnym przerysowaniom. Dobry kapłan - kaznodzieja lubi to co robi, lubi ludzi, do których mówi.
Podstawową metodą motywacyjną jest wizualizowanie sobie celu, do którego dążymy. Mam jednak wrażenie, że nasz cel, czyli życie w Niebie nie jest w ogóle opisywany na kazaniach - jest traktowany, jak bajka dla dzieci, a powinien stanowić jedną z głównych motywacji do życia w wierze (dużo na ten temat mówią Listy Apostolskie).
Podstawową metodą motywacyjną jest wizualizowanie sobie celu, do którego dążymy. Mam jednak wrażenie, że nasz cel, czyli życie w Niebie nie jest w ogóle opisywany na kazaniach - jest traktowany, jak bajka dla dzieci, a powinien stanowić jedną z głównych motywacji do życia w wierze (dużo na ten temat mówią Listy Apostolskie).
Podstawową metodą motywacyjną jest wizualizowanie sobie celu, do którego dążymy. Mam jednak wrażenie, że nasz cel, czyli życie w Niebie nie jest w ogóle opisywany na kazaniach - jest traktowany, jak bajka dla dzieci, a powinien stanowić jedną z głównych motywacji do życia w wierze (dużo na ten temat mówią Listy Apostolskie).
1. Wskazanie na żywego Boga jako sprawcę, np: Duchu Święty/ Jezusie/ Boże Ojcze przyjdź i napełnij mnie bym przekazywał to co chcesz im teraz powiedzieć.
2. Podanie przykładu jak można odnieść dane czytanie czy ewangelie do własnego życia. Przykład dzisiejsza ewangelia: Był pewien ksiądz z którym byłem na parafii. Bardzo mnie denerwował sposób jego zachowania. Robił wszystko inaczej niż ja. Myślałem nie ma w nim Boga! ... Po czasie zobaczyłem, że byłem jak faryzeusz, który zażądał wiele Jezusowi a to w tej sytuacji ja byłem dzieckiem diabła.
3. Wytłumaczenie jakiejś prawdy wiary, gestu, symbolu, np: znaczeniu znaku krzyża, że eucharystia to ofiara Jezusa i MOJA, jak ważne jest świadome modlenie się, że Jest w eucharystii żywy a nie symboliczny. Jedno zdanie. Jeszcze bardziej przykładowo. >Kochani znak krzyża to nie tylko jakieś machanie, to oznajmienie wam tutaj i światu duchowemu, że ja staje tu w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, że sam znak krzyża to modlitwa i to bardzo mocna.< I wystarczy.
4. Na czwartym miejscu aby dobrze komunikować co się chce powiedzieć, dykcja, gestykulacja, kontakt wzrokowy itd.
Kazanie jest nauką a wszyscy wiemy że ciekawe lekcje sa dużo bardziej pamiętane anizeli nudne monologi mówione w jednostajnym tempie i bez wiary.
Proponuję szersze wykorzystanie multimediów.U mnie w parafii, ksiądz niejednokrotnie puszcza przez głośniki odgłosy nawiązujące do kazania (jeśli mowa jest o sercu - z głośników leci bicie serca) lub wykorzystuje białą powierzchnię na której wyświetla slajd/zdjecie związane z homilią. To takie kazania najczęściej są pamiętane - przekaz z wiarą, prosty ale skuteczny. Tak jak to robi papież Franciszek - 7 minut kazania a ile w tym treści i przekazu.
Mój proboszcz na kazaniu o Wniebowstąpieniu pokazał na slajdzie obraz, który był wówczas też omawiany w Gościu. Powiedział, że kto siedzi za filarem, może sobie w Gościu obejrzeć.
Puszczał też kiedyś nagranie z kazania Jana Pawła II.
I w ogóle, jak mój proboszcz mówi kazanie, to jakby ze mną rozmawiał, coś mi opowiadał, albo jakby prowadził ciekawy wykład.
@Judyta
Co do plagiatu zaś, to aż tak się nie rozpędzajmy.
Czym innym jest inspiracja (kilka razy słyszałem, że mój proboszcz musiał czytać rozważania ks. Tomasza Jaklewicza, wyszedł od jakiejś myśli w nich zawartej i szedł w kierunku, który w GN był nie opisany), czym innym jest plagiat, a jeszcze czym innym przeczytanie gotowca z jakichś Materiałów Homiletycznych, czy czego tam jeszcze.
Ktoś mi opowiadał, że w dwóch różnych kościołach w dwie kolejne niedziele słyszał dokładnie to samo nudne kazanie (w ogóle nie związane z liturgią tych niedziel).
W mojej byłej parafii wikary świeżo po święceniach mówił z pamięci historię, którą wyczytał w jakimś gotowcu. Niestety, pominął jeden drobny fakt i całe kazanie straciło sens. Akurat wtedy byłem wyjątkowo skupiony na kazaniu (bo ze skupieniem się mam kłopot, chyba nie tylko na kazaniach) i domyśliłem się po zakończeniu historii czego tam zabrakło, ale ciekawe dla ilu ludzi kazanie było bez sensu.
Takich kazań to my nie chcemy.
Trzeba wiedzieć, że mózg wyjątkowo dba o swoją przestrzeń dyskową; starając się nie obciążać zbytnio pamięci. Dlatego też tak wiele w naszym życiu dzieję się niemal z automatu, bezrefleksyjnie. Ale jak się z tym zmierzyć, jaka jest recepta na dobry przekaz? Jak przebić się do świadomości? Sparafrazuję słowa Jerzego Leca: nie wystarczy mówić do rzeczy, trzeba jeszcze mówić do Ludzi. I w tym tkwi problem wielu kaznodziejów. Więcej: http://www.chadashim.pl/?p=3908
Jak dla mnie kazanie powinno mieć około 15-17 minut.
Bez fajerwerków i wizualizacji. To nie przedstawienie, to nie reklama superproduktu o nazwie "pambóg".
Krótko, ale z wiarą.
Wiara rodzi się ze słuchania - słuchania ludzi, którzy sami wierzą.
Nie lubię lajcikowych kazań "pod wiernych". Wolę rzeczowe, tradycyjne, mądre kazania Księdza, który przecież do Boga ma prowadzić a nie przypodobać się swoim parafianom.
Kazanie powinno mieć początek, środek i koniec. Dygresje mile widziane, ale nie gdy stanowią 80 proc. kazania, a ksiądz skacze z tematu na temat z przypowieści na przypowieść.
Byłoby mi miło, gdyby kaznodzieja stwarzał równocześnie chociaż pozory wiary w istnienie Boga.
Dobrym pomysłem są kazania katechetyczne (przynajmniej raz na miesiąc) w których ksiądz tłumaczyłby prawdy wiary. Dzisiaj wiele ludzi nie rozumie nawet dogmatów wiary, jak np. Niepokalane Poczęcie.
W tym roku miałem przyjemność uczestniczenia w rekolekcjach wielkopostnych, całkowicie poświęconych darom Ducha Świętego. Wiele można zrozumieć dzięki takim rekolekcjom, zamiast wysłuchiwać historyjek księdza, które nie zawsze są nawet prawdziwe.
Co do treści: przede wszystkim o Miłości Boga. Chodzi o to, by nie straszyć, lecz dawać nadzieję na wyjście z każdej sytuacji. Cenne jest, gdy ksiądz daje własne świadectwo wiary albo świadectwa zasłyszane od innych, ukazujące jak Bóg odmienił ich rzeczywistość. (Ale w taki sposób, żeby to naprawdę było wzruszające i realne, a nie baśniowe).
Księża maja rózne talenty kaznodziejskie ale najwazniejsze żeby sami wierzyli- to wystarczy.
Nie kazań czytanych z kartki, a żywiołowego przekazywania Dobrej Nowiny, pokazywania nam Boga obecnego w naszej rzeczywistości.
Ogólnie: takich, jakie przeważnie (ach nie zawsze, niestety)słyszę w mojej parafii:D
1. KRÓTKIE. Czas skupienia przeciętnego człowieka znacznie się skrócił (10 minut to moim zdaniem max; a DA SIĘ - vide papież Franciszek do kardynałów).
2. KONKRETNE. Jak słyszę "napełniaj często swoją duszę słodyczą Jego miłości", to nic mi to nie mówi, a jak ksiądz powie zamiast tego "spróbuj codziennie usiąść wieczorem na 5 minut i powtarzaj - Jezu, wiem, że mnie kochasz", to na pewno spróbuję i może otworzę się na coś większego.
3. OSOBISTE. Wielu kaznodziei nigdy nie patrzy w oczy tym, do których mówią; straszny jest ten uduchowiony wzrok, zawieszony gdzieś nad głowami ludu (dla mnie znaczy jasno, że dla kapłana liczy się tylko powiedzenie tego, co przygotował).
4. NA SWOIM MIEJSCU. Żeby nie zasłaniało liturgii!! Jak już ktoś wspomniał - ksiądz "musi" powiedzieć co przygotował, a potem modlitwę eucharystyczną leci na jednym oddechu. No przecież to tragedia...
5. BEZ LISTÓW! Listy można rozdać w ramach gazetki parafialnej. Człowiek czeka na wyjaśnienie Słowa, a tu nagle biskup pisze o rocznicy powstania czegoś tam:(.
6. O EWANGELII Z DNIA. Komentarza chyba nie trzeba.
Mam ogromną nadzieję, że my wszyscy - Kościół w Polsce - jakoś pozwolimy Panu Bogu zmieniać nas na lepsze. Bośmy się zmanierowali nieźle.
Pozdrawiam wszystkich.
- Krótkich!
Potrzebujemy PRZEMODLONYCH KAZAŃ - czy są krótkie, czy długie - to sprawa względna i drugorzędna - zależy na czym komu zależy... Ja czasem jadę 50 km aby posłuchać sensownego kazania - zwykle do zakonnego kościoła - nie musi być długie, ale ma dać mi pokarm dla mojej wiary
A w ogóle - homilii a nie kazań. Rozważań do przeczytanego fragmentu Ewangelii, podobnych do tych ks. Tomasza Jaklewicza z "Gościa Niedzielnego" - konkretnych, analizujących fragment, wyciągający z niego wszystko co można wyciągnąć: wszystkie sensy, metafory, rady na życie. Ale nie tylko - kapłan mógłby jeszcze np. tłumaczyć fragmnet z punktu widzenia biblisty, podawać jakieś mądre "ciekawostki", przedstawiać realia, odniesienia do kultury żydowskiej - czasami dla wielu niejasne, bo przecież nie żyliśmy w tamtych czasach, w tamtej kulturze.
Takich homilii - jak najwięcej!
1) spójnych - a nie poruszających rozliczne tematy, wielowątkowych;
2) związanych z lekcją - przynajmniej wyrazistych nawiązań do Ewangelii, bardzo często tego brakuje;
3) treściwych - mówiąc kolokwialnie: nieprzegadanych;
chętnie:
4) starannie wygłaszanych, poprawnych pod względem językowym - lepsze w odbiorze (np. koleżanka z seminarium językoznawczego swą pracę magisterską poświęciła błędom językowym w homiliach);
czasem również - więc już nie jest to warunek konieczny:
5) oryginalnych, nietuzinkowych, z konceptem.
denerwują mnie kazania, gdzie ksiądz wyraźnie daje odczuć różnicę między ludem a klerem. takie uczucie powstaje, kiedy słyszę że my ludzie jesteśmy grzesznikami, faryzeuszami, że się mamy nawrócić. natomiast ksiądz nie mówi wtedy o sobie. trafia do mnie kiedy kapłan mówi: "my lud boży", pokazuje że sam jest jednym z nas. wtedy nawet najtrudniejsze tematy można poruszyć. natomiast może ostro piętnować grzech (też mój osobisty) kapłan, który jest sam człowiekiem - homilią, świadkiem (jak np: św. Jan Maria Vianney).
denerwuje mnie też zasiewanie atmosfery strachu przed karą i rozpamiętywania ludzkiej grzeszności. to jest prawda, ale odbiera ducha, zniechęca do wysiłku. prawdą którą przede wszystkim warto głosić - jest Boże miłosierdzie i miłość osobowa Boga do każdego/każdej z nas. to porusza serca i sumienia.
Ja oczekuję od kazania:
a) że będzie powiedziane w normalnym języku, a nie w homilijnej nowomowie;
b) że będzie miało bezpośrednie, namacalne odniesienie i przełożenie do mojej rzeczywistości i wskaże mi kierunki do pracy nad sobą;
c) że da mi temat do przemyśleń na czas do następnej niedzieli.
Kiedyś wysłuchałem mądrego kazania o tym, jak rozumieć przykazanie miłości bliźniego jak siebie samego. O tym, jak ważne jest zaakceptowanie siebie, swojej historii, swoich zranień i grzechów, aby móc zaakceptować innych bez ich odrzucania.
Niech będą krótkie lub długie wedle możliwości, lecz płynące z serca, a nie czytane z kartki, bo te nie są wiarygodne.
Współczesny człowiek nie chce słyszeć w kościele naukowego moralizatorstwa.Czeka na słowa pełne wiary i nadziei, kierujące ku osobistej relacji człowieka z Bogiem.
Krytyka będzie więc zawsze, bo 1/ nigdy wszyscy nie będą zadowoleni, 2/ jesteśmy urodzonymi krytykami osób innych (poza sobą), 3/ księża , mając nawet najlepsze chęci i intencje, mają różne zdolności w przekazywaniu swoich myśli. Ponieważ te zdolności ( lub ich brak)dał im Bóg i takich ich powołał, należy je uszanować :)
linij melodyjnej.
Dla mnie jest ważne by to były autentyczne,
słowa wypływające z świadectwa życia danego
kapłana.Łatwo wyczuć gdy ksiądz to spisał np. z internetu.Był kiedyś w mojej parafii kapłan który mówił krótkie kazania jednak b.głębokie.
Były tak mówione że dawały nam do myślenia.
tzn.mnie osobiście i wielu osobom z którymi
rozmawiałam pozostawiały taki niedosyt który
zmuszał do reflekcji.
Ale jeśli ksiądz daje po sobie poznać to, że żyje Mszą a nie tylko ją odprawia to nawet nie głosząc kazania i tak powie wiele.