Katechizm inaczej. Sakramenty

ks. Tomasz Horak

dodane 30.04.2006 21:16

Skarbiec wiary Kościoła jest ogromny. Są w nim "nova et vetera" - rzeczy nowe i stare. Te "stare" nie starzeją się nigdy. A "nowe" nie są nowe. Trzeba jedynie najdawniejszą tradycję Kościoła odczytywać na nowo.- abp Alfons Nossol

Katechizm inaczej. Sakramenty

 

45. Dotknąć Jezusa?

Przyszedłem z Komunią do starszej już pani. Na stole, szafce i komodzie może ze dwadzieścia ramek ze zdjęciami. Musiałem wszystkie pooglądać: dzieci, wnuki i prawnuki. Starsza pani ożyła pokazując, objaśniając. Każda z tych fotografii “żyła” w jej świadomości. Jeszcze raz uprzytomniłem sobie, jak bardzo człowiek potrzebuje materialnego znaku obecności drugiego człowieka. Nawet kawałek zabarwionego papieru wywołuje skutek wcale nie “papierowy”, a rzeczywisty. Przestrzeń ludzkiego życia wypełniona jest znakami. Są nimi wypowiadane słowa i wykonywane gesty. Są nimi znaki drogowe i herby miast. Znakiem jest uścisk dłoni i pocałunek. Niektóre znaki informują, niektóre coś nakazują. Niektóre mają w sobie duchową siłę oddziaływania. To było na kolędzie. Widzę, że Ela chce coś powiedzieć - twarz zarumieniona, oczy roziskrzone, dziewczyna zda się naładowana jakąś energią. Wyciąga w moją stronę rękę, na palcu pierścionek. “Proszę księdza, dzisiaj zaręczyłam się z Jackiem!” Palcami drugiej dłoni dotyka pierścionka, jakby witała narzeczonego. Siła znaku!

W siłę oddziaływania znaku Bóg wpisał swoje zbawcze plany. Ten “sekret” ujawnił Jezus w czasie ostatniej wieczerzy. “Panie, pokaż nam Ojca!” - proszą apostołowie. “Kto zobaczył mnie, zobaczył i Ojca” - odpowiada Jezus (J 14, 8). A zobaczyliśmy wiele: ubogie narodzenie i tułaczkę w Egipcie, dobroć i serdeczność, siłę wobec zła i moc wobec żywiołów, post i modlitwę, prawdę i sprawiedliwość, mądrość i przyjaźń, słowa karmiące dusze i cuda leczące ciała, cierpienie i siłę zmartwychwstania. “Słowa i czyny Jezusa już w czasie Jego życia ukrytego i misji publicznej miały charakter zbawczy... Zapowiadały i przygotowywały to, czego miał On udzielić Kościołowi po wypełnieniu się wszystkiego” - uczy Katechizm [1115]. Jezus świadom był “mocy, która zeń wychodziła” (Łk 8, 46). Otaczający Go ludzie również byli tego świadomi (Łk 5, 17; 6, 19). On sam, Jego słowa, Jego gesty nie tylko przekazywały beznamiętne informacje, ale ożywiały ludzi, dodawały sił i duchowej energii. Dlatego potrafili iść za nim zapominając o jedzeniu. Dlatego potrafili porzucić wszystko, by zostać z Nim na zawsze. Dlatego serca ich pałały, gdy do nich mówił...

Do nich... Do ludzi tamtego pokolenia. Czy zatem Bóg nas, którzy nie spotkaliśmy Jezusa na Galilejskich drogach, nie pokrzywdził? Nie. Sakramenty (czyli znaki) Chrystusa stały się sakramentami Kościoła. Kościół prowadzony przez Ducha Świętego “stopniowo rozpoznawał ten skarb otrzymany od Chrystusa... Uznał w ciągu wieków, że wśród jego obrzędów liturgicznych jest siedem, które są we właściwym sensie sakramentami ustanowionymi przez Chrystusa” [1117]. Powie ktoś: to nie to samo, co spotkać Jezusa osobiście, dotknąć go jak owa kobieta w Kafarnaum, poczuć na sobie Jego dłoń jak owi trędowaci, usłyszeć słowa przebaczenia jak owa niewiasta cudzołożna... Nie to samo... Może i nie. Gdy jednak patrzę na moich ministrantów rozbrykanych i roztrzepane ministrantki, cichnących przy ołtarzu, wpatrujących się nie tylko oczyma, lecz całym sercem w podawany im skrawek chleba Komunii św., wiem, że i oni czują dotknięcie mocy Boga. Powiesz: Wiary na to trzeba. Wiem. Ale czy myślisz, że ci, którzy Jezusa spotkali przed wiekami, wiary nie potrzebowali? Próba ich wiary była nawet trudniejsza: w człowieku prostym i ubogim, dostrzec Boga? Ci, którzy przez lata byli najbliżej Niego - mieszkańcy Nazaretu - wypędzili Go przecież z miasta (Łk 4, 28 - 30).

Potrzebna jest wiara, gdy sięgamy po sakramenty. Ale jest w nich siła i skuteczność przerastająca zasługi wierzącego człowieka. Jesteśmy przekonani, że “sakrament urzeczywistnia się nie przez sprawiedliwość człowieka, który go udziela lub przyjmuje, lecz przez moc Bożą” (Św. Tomasz z Akwinu). Stara, jeszcze łacińska formuła katechizmowa powiada, że sakramenty działają “ex opere operato” - to znaczy przez sam fakt spełnienia czynności. Nie mylmy tego z magią. To moc zwycięskiego Chrystusa, zasługi Jego zbawczej śmierci i siła Jego zmartwychwstania - dokonanego raz na zawsze - stają się bliskie, żywe i skuteczne dla kogoś, kto do sakramentów przystępuje. Ile jednak mocy Bożej - czyli łaski - przystępujący zyska, zależy od jego duchowej, wewnętrznej “pojemności” [1128].
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1113 - 1134.

46. Jak nie kochać liturgii?

Pojechałem z pierwszokomunijnymi dziećmi i ich rodzicami na pielgrzymkę do Barda Śląskiego. Odświętne stroje zostały w domu. Mszę św. mieliśmy odprawić w górskiej kaplicy. Jakaś inna grupa poszła tam przed nami. “Klucze weźmiecie od nich” - powiedziała siostra w zakrystii. W drodze na Górę - Droga Krzyżowa. Nie spotkaliśmy żadnej grupy. Widać schodzili inaczej. Kaplica zamknięta. Ale... Ale przecież: jest lud, jest wśród ludu kapłan, mam w pudełeczku opłatki czyli chleb, mam wino, wody nie brakuje, mały, pielgrzymkowy kielich też mam. Jest w chlebaku Pismo św. Nie ma mszału - ale modlitwy mszalne są w każdej Drodze do nieba. Z dwóch gałązek buka zrobiliśmy krzyż. Dzieci ustawiły go na skałkach za kaplicą - tam, gdzie przed pięciuset laty objawiła się Matka Boska Płacząca. Świecy nie było - ale przecież świeciło słońce. Nie było alby i ornatu - ale były czyste serca. Rozpoczęliśmy świętą Liturgię... Dzieci były przejęte, jak nigdy. Ja też - zależało mi na tym, by wszystkie owe “zakrystyjne” niedostatki nadrobić głębią modlitwy, skupienia, tajemnicy.

“W celebracji liturgicznej całe zgromadzenie jest ‘liturgiem’: każdy według pełnionej funkcji... Każdy powinien czynić tylko to i wszystko to, co należy do niego z natury rzeczy i na mocy przepisów liturgicznych” [1144]. Tę zasadę zachowaliśmy - wszyscy śpiewali, jedno z dzieci czytało biblijny fragment, inne śpiewały psalm, do mnie należało kazanie, prośby wypowiadali wszyscy, którzy chcieli i potrafili... Liturgia była naprawdę uroczysta i była dziełem “całego ludu”. I to już stanowi odpowiedź na pytanie, kto celebruje liturgię. Wspólnota wierzących zjednoczona z Chrystusem. I nie wolno zapomnieć: my przez znaki włączamy się w nieustającą liturgię nieba. Dlatego w każdej Mszy św. wspomina się świętych i aniołów.

Jak celebrować liturgię? Zawsze i niezmienni odpowiadam na to pytanie: uroczyście! Bo skoro sam Chrystus, święci i aniołowie... - to czy można szaro i po cichu? A więc - uroczyście. Tak, aby znaki i symbole składające się na święte obrzędy, mogły jaśnieć pełnią blasku. Aby znaczenie nadane przez Jezusa znakom sakramentalnym oraz sens towarzyszących im znaków naszej wiary przemawiały do człowieka i do Boga. Bo jak inaczej Bogu powiemy o tym, że w Niego wierzymy i że Go kochamy? Tylko znakami. Dlatego muszą być czytelne i uroczyste.

Szczególnym rodzajem znaku jest w liturgii słowo. I to zarówno słowo Boga odczytywane z Pisma św., jak i słowo modlitwy człowieka kierowane do Boga. Słowo może zostać spotęgowane wyśpiewaniem go. “Kto śpiewa, ten dwa razy się modli” - napisał przed wiekami św. Augustyn w komentarzu do psalmów. A wszystko dzieje się w świątyni. W tej, o której Jezus mówił Samarytance: “Prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie” (J 4, 23). Wszelako człowiek od wieków na modlitwę i liturgię przeznaczał miejsca szczególne. A to dlatego, że każda ludzka społeczność potrzebuje budowli i miejsc, by gromadzić się swobodnie i z pożytkiem dla wszystkich. I dlatego, że sama budowla staje się znakiem wiary. W materialnej - ceglanej, kamiennej, betonowej świątyni gromadzą się ci, których serca są świątynią. Materialny kościół wypełniony zostaje obecnością Kościoła.

Kiedy celebrować liturgię? W świątyni nieba trwa ona nieustannie. Dlatego na ziemi w tę niebiańską chwalbę Boga można włączać się zawsze. Owo “zawsze” wymaga jednak w ludzkiej przestrzeni uporządkowania. Dlatego dzień Pański, dzień Zmartwychwstania - zwany przez nas niedzielą - jest pierwszym i najważniejszym dniem świętej liturgii. Kolejne niedziele i przeplatające się z nimi święta układają się w całoroczny obchód tajemnicy zbawienia. Dlatego rok liturgiczny jest zarówno wyznaniem wiary chrześcijan, jak i nieustającą katechezą, nauką wiary. Tajemnica Chrystusa, w której uczestniczymy przez liturgię ziemską, odsłoni się w pełni naszym umysłom i sercom, gdy staniemy wśród uczestników liturgii nieba. Jak więc nie kochać liturgii?
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1135 - 1199.

47. Tato, czy ja jestem ochrzczony?

Przypomina mi się zasłyszana jeszcze w dzieciństwie historia. Czasy były twarde, propaganda komunistyczna była perfidnym terrorem. Syn dyrektora szkoły zaszedł kiedyś do kolegi. W domu owego kolegi obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. Dwunastoletni chłopak zdumiony patrzy i całkiem szczerze pyta: “Co to za pan z brodą?” Kolega zaczął tłumaczyć. Na tyle widać przekonywająco, że po jakimś czasie tamten zapytał w domu: “Tato, czy ja jestem ochrzczony?” To wywołało burzę. “Nie jesteś ochrzczony i więcej nie mów o żadnych takich głupstwach. I nie będziesz więcej chodził do tego swojego kolegi. On ci tylko mąci w głowie”. Wiadomo, zakazy, gdy wydają się dziecku bezpodstawne, nie skutkują. Prywatna nauka religii trwała więc dalej. W końcu chłopak zapragnął zostać ochrzczonym. Ale jak? Toż ojciec by go zatłukł, wiedział o tym. Ale że wiedział o chrzcie udzielanym w szczególnych przypadkach przez każdego, zaczął nagabywać kolegę: “Musisz mnie ochrzcić”. Ten się wzbraniał. Któregoś dnia w drodze do szkoły byli świadkami wypadku - inny ich kolega zginął pod kołami samochodu. “Widzisz, a jakbym ja? Bez chrztu bym umarł!” Było kilka minut po ósmej, na szkolnym podwórzu nikogo, podeszli do studni. Taka studnia z ręczną pompą. Zmówili “Wierzę w Boga...”, a potem kolega kolegę ochrzcił: “Józefie, ja ciebie chrzczę w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego”. I zaraz biegiem do klasy, po drodze odmawiając “Ojcze nasz”. Ze spóźnienia wykręcili się owym wypadkiem. O chrzcie nikomu nie mówili. Po kilku tygodniach chłopak utonął w rzece. Pogrzeb był oczywiście bez księdza. Ale po miesiącu ojciec nie wytrzymał wewnętrznego naporu. Było mu już wszystko jedno. Poszedł do proboszcza: “Księże, mój syn... On bez chrztu... Ja jestem temu winien!” Proboszcz wszystko wiedział. Uspokaja ojca: “Syn był ochrzczony...” Trudno było ojca przekonać. “Co to za chrzest, na szkolnym podwórku przez dzieciaka...”

A jednak chrzest! Bo jeden jest warunek chrztu: wiara. Wiara Kościoła. Dlatego Kościół chrzci uroczyście, w niedziele, w otoczeniu członków wspólnoty wierzących. Dlatego czyni to przez kapłana. Ale w istocie warunek jest właśnie ten jeden: wiara. Gdy w czasach jeszcze apostolskich diakon Filip został poproszony przez etiopskiego dworzanina o chrzest, odrzekł krótko: “Można, jeśli wierzysz z całego serca. Odparł mu: Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. I ochrzcił go” (Dz 8,35nn). I to jest pierwszy krok wtajemniczenia chrześcijańskiego. Tak to właśnie nazywa Katechizm - wtajemniczeniem. Jest to z jednej strony wprowadzenie w świat pojęć i formuł wiary, ale z drugiej strony - i to jest ważniejsze - jest to włączenie, wszczepienie człowieka w tajemnicę życia Chrystusa. “Ja jestem winnym krzewem - mówił Jezus na Ostatniej Wieczerzy - wy latoroślami” (J 15, 1 - 11). Inna jakość życia - a więc narodzenie na nowo, czego nie mógł pojąć Nikodem rozmawiający z Jezusem (J 3, 1 - 13). Inna jakość życia - a życie jest przecież darem. Ważne to przypomnienie, jeśli stajemy wobec problemu chrztu dzieci. Bo nadgorliwi interpretatorzy nauki Jezusa czegoś tu nie rozumieją. Owszem, Jezus powiedział “Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16 , 16). Nie można jednak z tego zdania wyciągać wniosku, jakoby chrzest niemowląt, które nie są jeszcze w stanie uwierzyć, nie był sakramentem. Skoro jest odrodzeniem, darem innej jakości życia, nowego życia - to może dokładnie tak, jak samo życie, zostać podarowany niemowlęciu. I tak, jak biologiczne życie dziecka trzeba pielęgnować, by nie tylko trwało, ale mogło się rozwijać - tak Boże życie zapoczątkowane przez chrzest trzeba karmić wiarą przez lata dzieciństwa. Dlatego zresztą Kościół zanim ochrzci niemowlę, pyta rodziców o ich wiarę i żąda zobowiązania, że będą wychowywać dziecko w wierze. Pyta też o wolę walki ze złem, z grzechem, z szatanem - bo nowa jakość życia, to życie skierowane ku Dobru. A “sam Bóg tylko jest dobry” (Mk 10 , 18).
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1210 - 1228.

48. Chrześcijańskie wtajemniczenie

Katechizmowy egzamin przed bierzmowaniem. Pada pytanie: “Czy chrzest jest konieczny do zbawienia?” Zapytany chłopak odpowiada “Tak”. Za tym krótkim “tak” kryją się słowa Jezusa: “Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” (J 3, 5). Ksiądz wskazując jedną z dziewcząt mówi: “Tego pytania nie ma w waszym katechizmie, ale powiedz: jeśli ktoś nie słyszał o Panu Jezusie, nie jest ochrzczony, ale żyje dobrze, czy może być zbawiony?” Ani chwili zawahania, dziewczyna odpowiada: “Oczywiście, może być zbawiony”. Egzaminator pochwalił odpowiedź. Później już mówię do niej: “Nie zauważyłaś, że twoja odpowiedź zaprzeczała poprzedniej odpowiedzi?” Chwila zastanowienia. “Ale po pierwsze: to nie jego wina, że nie ochrzczony. A po drugie: jeśli żyje dobrze, gdyby poznał Jezusa, na pewno by o chrzest poprosił”. Dokładnie tak sprawę stawia Katechizm [1260].

Poprosić o chrzest... Dzieci nie proszą, zostają obdarowane. A zarówno dzieci, jak i dorośli muszą przejść drogę chrześcijańskiego wtajemniczenia. Drogę tę można przejść wolniej lub szybciej, nawet z różnych punktów można zaczynać. Katechizm wymienia elementy tej drogi: głoszenie słowa, przyjęcie Ewangelii, które pociąga za sobą nawrócenie, wyznanie wiary, chrzest, wylanie Ducha Świętego, dostęp do Komunii eucharystycznej [1229]. Gdy dorosły przyjmuje chrzest, elementy stają się etapami przygotowania. Gdy łaską chrztu obdarowujemy dziecko - owe elementy uwypuklone w samym obrzędzie, domagają się rozwinięcia w procesie wychowania dziecka. I jest w tym zawarty szczególny zamysł: chrzest to nie kilka minut ceremonii w kościele, chrzest to rzeczywistość trwająca i ogarniająca całe życie!

Z chrztem są związane, żeby nie rzec iż do niego “należą”, dwa inne sakramenty: bierzmowanie i eucharystia. W obyczajowości parafialnej przygotowanie i dopuszczanie do tych sakramentów zajmuje bardzo ważne miejsce, sama ich celebracja jest wyjątkowo uroczysta, a dzieci i młodzież odnawiają wtedy zobowiązania płynące z chrztu świętego. Odnawiają? Tak to zwykliśmy nazywać - choć przy chrzcie, to nie dziecko się zobowiązywało. Przy pierwszej komunii zobowiązanie rodziców zostaje przyjęte jako własne. Nowego i głębszego wymiaru nabiera to w chwili bierzmowania, gdy młody człowiek może te zobowiązania potraktować bardzo osobiście i odpowiedzialnie. Innymi słowy: chrzest w życiu młodego chrześcijanina nabiera pełni w dniu bierzmowania.

Sakramenty nie tylko coś znaczą, ale czegoś dokonują. Czego dokonuje w człowieku Bóg przez chrzest święty? Najpierw oczyszcza człowieka z grzechów - pierworodnego oraz osobistych. To wyraża symbolika obmycia. Oczyszczony człowiek jakby rodził się na nowo - już jako dziecko Boga. Inaczej mówiąc: umieramy dla grzechu, rodzimy się dla Boga. Zjednoczeni z Jezusem w Jego śmierci, otrzymujemy udział w Jego zmartwychwstaniu. Stajemy się częścią Jego mistycznego Ciała - nie zatracając swej tożsamości, zespalamy się z Nim. Tym samym stajemy się świątynią Ducha Świętego, który - jak Jezusa w Jego ziemskim życiu - prowadzi nas i uzdalnia do otwarcia się na wszystkie dary Boga. Wreszcie przez chrzest zostajemy włączeni we wspólnotę Kościoła - kapłańskiego ludu Bożego.

Chrzest zawsze był uważany za najważniejszy sakrament, bo od niego zaczyna się zjednoczenie człowieka z Bogiem w Kościele. Dlatego sakrament chrztu powinien mieć szczególne miejsce w praktyce parafialnej. Dniem udzielania chrztu jest niedziela, jako że jest dniem zmartwychwstania i że w tym dniu gromadzi się społeczność wierzących. Wszyscy zebrani w świątyni stają się świadkami zobowiązań składanych przez rodziców i chrzestnych. Wszystkim też przypomina się, że są gwarantami wiary następnych pokoleń. Chrzest jako sakrament konieczny do zbawienia, w sytuacji niecierpiącej zwłoki może być udzielony każdego dnia i przez każdego człowieka. A gdy sytuacja już na to pozwala, ochrzczonego przedstawia się wspólnocie Kościoła dopełniając obrzędów, by ich wymowa była pełna.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1226 - 1284.

49. Wichrem, ogniem, gołębicą...

Siedziałem kiedyś, i to nie pierwszy raz w życiu, naprzeciw młodzieży przystępującej do bierzmowania. Widziałem jakąś dwoistość. Z jednej strony - przejęci, uroczyści, zapatrzeni w ołtarz, uduchowieni... Z drugiej strony jakby niepewni, zdziwieni, nawet rozczarowani. Na kawałku papieru nagryzmoliłem wiersz... Kilka dni temu słuchałem, jak tym samym wierszem Ania dziękowała biskupowi za bierzmowanie w naszej parafii. I tym razem widziałem dokładnie taką samą dwoistość. Wiersz jest taki:

Sakrament

W imię Pana zgromadzeni:
w sercach tajemnica
twarze jasne Bogiem
usta pełne śpiewu
Jezusowy Kościół żyje!
Patrz:
serca niepewne
twarze zdumione
usta nieśmiałe!
Gdzie Ten, co zawsze obecny?
Kim Ten, co prawdy nas uczy?
Którędy do Ojca nam droga?
Nagle:
wichrem uderzył
ogniem zapłonął
gołębicą spłynął -
pośrodku Kościoła Duch Święty...

Owa dwoistość, tak sądzę, towarzyszy każdemu sakramentalnemu znakowi. Przystępujący do sakramentu wie, że dzieje się coś ważnego. Wie, że wiarą dotyka samego Boga. Wie, że wyzwala się ogromna moc łaski. W sercach jest tajemnica, dlatego twarze są jasne Bogiem, a usta pełne śpiewu. A znak - nie tylko coś oznaczający, ale i dokonywający tego, jest tak nikły, tak niepozorny, tak ulotny, że można nawet przegapić moment trwania tego znaku. Dlatego serca są niepewne, twarze zdumione, a usta nieśmiałe. W przeżywaniu bierzmowania jest to jednak szczególnie intensywne przeżycie.

Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: zostaliśmy ochrzczeni, prawie wszyscy, jako niemowlęta. Był to dar. Przychodzi moment, gdy mamy możność powiedzieć nasze tak: “Tak, przyjmuję dar Bożego dziecięctwa, dar łaski. Przyjmuję z mocy Boga. Przyjmuję z ręki rodziców”. Kto potrafi przyjmować z radością, zostaje jeszcze bardziej obdarowany. Tak jest z darami, którymi obsypują nas ludzie. Tak samo jest z darami, które daje Bóg. Wedle starej tradycji chrzest i bierzmowanie dopełniają się. Św. Cyprian, starożytny świadek wiary Kościoła, używa nawet wyrażenia “podwójny sakrament”. Różne były i różne są tradycje udzielania obu sakramentów. Współczesna, znana z parafialnego życia praktyka, daje młodemu człowiekowi możność wypowiedzenia Bogu swojego “tak”. Z drugiej strony obecność biskupa jest znakiem i wyrazem jedności Kościoła. Ochrzczony we wspólnocie parafialnej, przez bierzmowanie doskonalej łączy się z Kościołem powszechnym.

“Gołębicą spłynął pośrodku Kościoła Duch Święty...” Już Dzieje Apostolskie, wiążą sakramentalny znak bierzmowania z osobą Ducha Świętego. “Wtedy więc wkładali Apostołowie na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego” (Dz 8, 17) - to najstarszy zapis dotyczący sakramentu umocnienia - tak zwany jest ten sakrament od najdawniejszych czasów. Używane w polskiej tradycji słowo “bierzmowanie” należy do zabytkowych elementów naszego języka religijnego i dlatego nie kojarzy się nam dość wyraźnie. A zatem: sakrament umocnienia Duchem Świętym. Ale też: sakrament dojrzałości. Różne są progi ludzkiej dojrzałości - w tym przypadku nie o wiek czy fizyczny rozwój chodzi. A trudno też mówić o dojrzałej wierze, bo jest to kryterium nieomalże niesprawdzalne. Katechizm powiada tak: “Przygotowanie do bierzmowania powinno mieć na celu doprowadzenie chrześcijanina do głębszego zjednoczenia z Chrystusem, do większej zażyłości z Duchem Świętym, Jego działaniem, darami i natchnieniami... Katecheza przed bierzmowaniem powinna także starać się obudzić zmysł przynależności do Kościoła...” (1309). Wiele razy przygotowywałem młodzież do bierzmowania i wiem, że poziom owej “dojrzałości” jest bardzo, ale to bardzo zróżnicowany. Od jakiegoś przeraźliwego czasem minimum, po serca i umysły piętnastolatków będących nawet dla proboszcza wzorem i przykładem. I w tym wszystkim nie można zapomnieć, “że łaska chrztu jest łaską darmowego i niezasłużonego wybrania” (1308), a zatem i łaska bierzmowania może dokonać wielkich rzeczy w każdym człowieku. Nie “za człowieka”, ale w nim, w człowieku, który Boga i Jego mocy szuka, który Boże dary pomnaża - jak owi słudzy z Jezusowej przypowieści o talentach (Mt 25, 14 - 30).
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1285 - 1321

50. Komunia i pilnik

Leży przede mną książka mej stryjenki Fulli Horak zatytułowana «Niewidzialni». Zawiera między innymi relacje z czasów okupacji sowieckiej i niemieckiej we Lwowie. Oto fragment: “Bronia wchodziła w piekło... Podawałam codziennie trzydzieści Hostii dla więźniów. Ks. Arcybiskup Twardowski przekazał mi pozwolenie z błogosławieństwem... I tak codziennie podawałam 30 Hostii, które dzielono często na cząsteczki... Na drugim piętrze siedział młody Antkiewicz. Przyjmował codziennie Komunię i z napięciem oczekiwał wyjazdu. Przekazała mu pilnik i kiedy znalazł się w wagonie pociągu do Oświęcimia, pracował na zmianę z kolegami... o zmierzchu uciekli. Dwóch zastrzelono w pościgu, Antkiewicz zdołał uciec... Opowiedział dzieje ucieczki i pokazał skrawek bibułki, w której przekazywałam Hostie” (s. 222-224).

Co było ważniejsze? Komunia czy pilnik? Pilnik pomógł w jednym przypadku. A czy Hostie też pomogły? Jedna z przyjmujących Komunię, Konstancja Hojnacka, na wieść o wyroku napisała krótki gryps, który dotarł do mojej stryjenki: “Za wszystko dziękuję - za wszystko przepraszam. Bóg mnie nie opuści, choć wiem, że umrę. Całuję Konstancja”. Promyk wiary i nadziei w piekle nienawiści. “Bóg mnie nie opuści, choć wiem, że umrę” - to nie nadzieja odzyskania wolności. To niepojęta dla człowieka niewierzącego nadzieja skierowana ku Bogu, wieczności, życiu, zmartwychwstaniu. Taką nadzieję karmiła owa Komunia przyjmowana przez skazańców. I to właśnie jest moc sakramentu, który Katechizm nazywa Eucharystią. A jest ten sakrament wieloraką Komunią. Bo najpierw jest komunią z ludźmi wierzącymi tak samo jak ja: gromadzimy się w imię Pana. Potem jest komunią z Kościołem apostolskim - bo wśród zgromadzonych jest kapłan. Dalej - jest komunią ze światłem Bożego Słowa - bo czytamy z księgi Pisma św. Wreszcie jest Komunią z samym Bogiem - bo chleb i wino stają się Ciałem i Krwią Jezusa. Uwierzyć trzeba. W realność każdej z tych trzech komunii trzeba uwierzyć. I wierzymy...

Zgromadzeni w imię Pana rozchodzą się do domów. Nawet ksiądz wraca na plebanię. Ucichły słowa odczytywane z kart Biblii. Ale w tabernakulum został Najświętszy Chleb. Eucharystia dzieje się - i trwa. Dzieje się, gdy “odprawiamy” Mszę św. A gdy Eucharystia przestaje się “dziać”, trwa obecność Pana w cząstce chleba. I można uklęknąć przed tabernakulum ze świadomością, że On patrzy na mnie a ja na Niego. I można wziąć Hostię i zanieść choremu, by Komunia wydarzyła się tam, gdzie potrzeba siły w znoszeniu krzyża. I dlatego z biskupiego polecenia moja stryjenka brała święte Hostie i zanosiła do więzienia, by święta obecność i moc docierały do ukrzyżowanych przez nienawiść. By cząsteczka nieba mogła choć trochę rozświetlić piekło. Warto więc przychodzić na Mszę św., by z naszym współudziałem mogła dziać się Eucharystia. Warto przychodzić przed tabernakulum, by szukać tam siły. Czasem przynosimy w sobie niebo - a wtedy dobro umacnia się w nas. Czasem przynosimy w sobie piekło - a wtedy zyskujemy ogromną szansę przełamania złej passy.

Katechizm poświęca Eucharystii, zwanej też Najświętszym Sakramentem, wiele miejsca. Nie sposób nawet wskazać wszystkich wątków tego wykładu. Może więc tylko wyjaśnienie samych słów. “Eucharystia” - to greckie słowo, które znaczy “dziękczynienie”. Powodów dziękczynienia mamy tak wiele! I nie tylko te codzienne - większy czy mniejsze. Już samo istnienie świata i mnie samego jest powodem, by Bogu dziękować. A jeśli mi ciasno i trudno na tym świecie, to mogę dziękować za nadzieję nieba. I mogę stanąć pod Krzyżem Pana i dziękować za uwolnienie od grzechów już popełnionych, które mi Pan przebaczył. I za siłę uwolnienia się od grzechu, który jako pokusa ciągle mi grozi. “Komunia” zaś to “zjednoczenie”. Potrzebujemy jedności z ludźmi. Najgłębszy wymiar zjednoczenia pomiędzy ludźmi to miłość. Komunia św. oczyszcza ludzką miłość, mobilizuje do wysiłku i sił dodaje. Potrzebujemy zjednoczenia z Bogiem - i tym też jest Komunia. Zanim jednak do Boga przystąpimy, musimy podać rękę człowiekowi - taki jest obrzęd Komunii i taka jest logika Komunii. A jeśli tej logice poddać się z ufnością - Komunia przemieni nas nie tylko na dziś, ale na wieczność.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1322 - 1419

51. Za pokutę dziesiątkę różańca

Grupa parafian sprzątała wtedy kościół. Wszedłem, zobaczyłem, jak zmieniają kwiaty. Ołtarz nie nakryty, ktoś chodzi po białym, czystym obrusie. Nie wytrzymałem. Zwymyślałem pracujących, jak kołchozowy brygadzista. Na to wszystko patrzyła dziewięcioletnia Iwonka. Buzia dziecka była bezgranicznie zdumiona. Wiedziałem, że muszę to naprawić. W poniedziałek spotykam ją w szkole. “Iwoniu, zrobiłem dobrze czy źle?” Byłem przekonany, że dziecko osądzi prawidłowo. “Trochę dobrze, trochę źle” - powiedziała, potem przytuliła się i przestraszona osądem, popatrzyła mi w oczy. “I co mam zrobić?” Usłyszałem: “Za pokutę dziesiątkę różańca!” I wtuliła się jeszcze mocniej...

“Za pokutę dziesiątkę różańca!” Pokuta, pokutować, sakrament pokuty... Co to właściwie znaczy? Wszystko zaczyna się od zapisanego w głębi natury poczucia dobra i zła. Każde naruszenie dobra budzi wyrzuty sumienia. I człowiek wie, że musi naprawić to, co uczynił złego. Jak? “Nawrócenie dokonuje się w życiu codziennym przez czyny pojednania, troskę o ubogich, praktykowanie i obronę sprawiedliwości i prawa, wyznanie win braciom, upomnienie braterskie, rewizję życia, rachunek sumienia, kierownictwo duchowe, przyjmowanie cierpień, znoszenie prześladowania dla sprawiedliwości. Najpewniejszą drogą pokuty jest wzięcie każdego dnia swojego krzyża i pójście za Jezusem” - tak uczy Kościół cytując w Katechizmie [1435] naukę Soboru Trydenckiego. Dróg pokuty tyle, lecz bez przyznania wobec samego siebie, że to “moja wina”, nie ma mowy ani o naprawieniu zła, ani o odzyskaniu wewnętrznego spokoju. Pokuta jest więc najpierw wejściem w siebie - ale równocześnie potrzebuje zewnętrznego wyrazu. Po mistrzowsku mówi o tym Jezus w przypowieści o marnotrawnym synu: “Wtedy ów syn wszedłszy w siebie rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie” (Łk 15, 17n). Pokuta musi ogarnąć całego człowieka: jego ducha, duszę i ciało, jego mały światek, jego otoczenie, wszystkie jego sprawy. Wreszcie pokuta musi sięgnąć Boga - bo właśnie w Bogu człowiek odnajduje ostateczne uzasadnienie granicy między dobrem a złem.

Ale jak sięgnąć Boga? I jak upewnić się, że Bóg przebaczył? Bo tylko Bóg przebacza grzechy - ta myśl zrodziła się w sercu świadków uzdrowienia paralityka (Łk 5, 18 -26). A Jezus nie zaprzeczył, tylko siebie postawił na równi z Bogiem: “Abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu!” Jak sięgnąć Boga? Oczywiście, w Jezusie. A On wiedział, że będą tego potrzebować ludzie wszystkich czasów. Dlatego w dniu zmartwychwstania uczniom przekazał władzę przebaczania w imieniu Boga: “Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 21 - 22). Te słowa Kościół zawsze odczytywał jako ustanawiające sakrament...

Sakrament różnie nazywany. Bywa nazywany sakramentem nawrócenia, ponieważ urzeczywistnia się w nim Jezusowe wezwanie do nawrócenia. Nazywa się go sakramentem pokuty, ponieważ grzeszny chrześcijanin przebywa w nim osobistą drogę skruchy i zadośćuczynienia. Często mówi się o sakramencie spowiedzi, ponieważ wyznanie grzechów wobec kapłana jest istotnym sposobem wyrażenia żalu. Słusznie mówi się o sakramencie przebaczenia, bo grzesznik otrzymuje rozgrzeszenie. Bywa wreszcie nazywany sakramentem pojednania, ponieważ w sakramentalnym akcie dokonuje się pojednanie z Bogiem nakładające na człowieka obowiązek pojednania się z bliźnimi [1423 - 1424].

A pokuta zadana mi przez Iwonkę? Spełniłem bardzo skrupulatnie. Nie była to sakramentalna pokuta, ale bardzo potrzebowałem wtedy takiego zewnętrznego znaku. Ducha pokuty potrzeba na codzień. Do sakramentu pokuty zaś warto przystępować często. I o swoich grzechach tam mówić, nawet jeśli to kosztuje. Do zyskania jest bez porównania więcej.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1420 - 1498.

52. By nie zejść z krzyża

Choroba... Potrafi ściąć z nóg nawet silnego człowieka. Potrafi latami uniemożliwiać życie i pracę. Potrafi przyjść na kilka dni i na resztę życia uczynić kaleką. Potrafi odebrać przyjaciół... Mimo ogromnego postępu nauk i technik medycznych bywamy bezradni, gdy przyjdzie. Nie jesteśmy też w stanie zrozumieć człowieka chorego, póki sami nie doznaliśmy cierpienia. Każda poważniejsza choroba prowokuje pełne bezsilności wołanie: Dlaczego! Dlaczego ja? Dlaczego dziecko, mąż, matka? Dlaczego tak bardzo? Dlaczego tak długo? Dlaczego na zawsze? Wreszcie: Dlaczego śmierć musiała już teraz? Tak okrutnie i tak bezwzględnie? To najtrudniejsza próba dla człowieka. Próba rodząca niepokój, prowadząca do zamknięcia się w sobie, do rozpaczy i buntu wobec Boga. Ale nie zawsze. Znam ludzi, których cierpienie doprowadziło do głębi wiary, do nawrócenia, do ukochania Boga, do wewnętrznego oczyszczenia. Nie unikniemy dramatycznego “dlaczego!” - wszak i Jezus na krzyżu wołał “Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?” Niebo wtedy milczało. Mamy więc prawo wykrzyczeć w milczące niebo swoje “dlaczego”. Rzecz w tym, aby nie było to wołanie niszczące naszego ducha. By nie było to wołanie oddzielające nas od ludzi. By nie było to wołanie odgradzające od Boga.

Czy na chwilę próby, choroby i bólu można się przygotować? Można. Wiarą, która jest widzeniem Niewidzialnego Boga (Hbr 11, 26 - 27). Dotknięcie Go przemienia wszystko. Tak było, gdy Jezus chodził po palestyńskiej ziemi. To było w Kafarnaum. Tłum ludzi wokół Niego. Padło pytanie na pozór śmieszne: “Kto mnie dotknął?” Wszyscy się pchają, po cóż pytać. Pomiędzy “pchać się” a “dotknąć” jest jednak różnica. “Córko, twoja wiara cię uzdrowiła” - powiedział Jezus do kobiety, która jedna spośród tłumu dotknęła Go wiarą (Łk 8, 43 - 48). Jezus uzdrawiał i budził z uśpienia wiarę - i to było najważniejsze. A gdy uczniów wysłał na pierwszą wyprawę, nakazał: “uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże” (Łk 10, 9). A oni “wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali” (Mk 6, 13). Znak namaszczenia olejem przetrwał, wspomina o tym apostoł Jakub pisząc: “Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by modlili się nad nim i namaścili go olejem w imię Pana...” (Jk 5, 14).

“Uzdrawiajcie chorych...” Co znaczy “uzdrawiać”? Leczyć? Nie, to nie to samo. I na pewno nie o samo ciało i cielesne dolegliwości chodzi. Jechaliśmy wtedy pielgrzymkowym autokarem do Lourdes. Przewodził nam ks. Stefan - ciężko dotknięty chorobą nowotworową, pełen werwy i energii, z twarzą zniekształconą operacją. Ktoś podszedł i poprosił o mikrofon: “Wieczorem będziemy w Lourdes. Tylu ludzi tam odzyskało zdrowie. Módlmy się do Matki Boskiej o zdrowie i cud dla naszego księdza”. A Stefana mało nie podrzuciło na fotelu, taktownie pozwolił dokończyć, odebrał mikrofon mówiącemu. Usłyszeliśmy: “Nie jadę szukać w Lourdes ani życia ani zdrowia. Jadę tam szukać spełnienia woli Bożej. O to módlcie się dla mnie”. Zapytałem przed chwilą, co znaczy uzdrawiać. I to pierwsza warstwa odpowiedzi: od uzdrowienia ciała, od uratowania życia ciała ważniejsze jest uzdrowienie i umocnienie ludzkiego ducha. Koniec końców śmierć przyjdzie nieuchronnie. Cierpienie także. Owszem, są sytuacje, gdy choroba i śmierć przychodzą jakby nie w porę. I wtedy można, nieraz trzeba prosić Boga o odwrócenie zła. Kto jednak z ludzi może z całą pewnością powiedzieć, co jest w porę, a co nie w porę? Dlatego w prośbie o odwrócenie cierpienia zawsze musi być nasze ludzkie i pokorne: “Boże, Ty wiesz więcej, pozwól mi zaufać, nawet przez łzy...” Dlatego przyjęcie sakramentu namaszczenia chorych, aczkolwiek jest prośbą o siłę i zdrowie, jest nie tyle wołaniem o cud, o odwrócenie cierpienia. Jest raczej prośbą o umocnienie ludzkiego ducha doświadczonego chorobą. To z naszej strony. A ze strony Jezusa? Jest ulgą, jest pociechą, jest siłą, aby... aby nie zejść z krzyża - tak jak On nie zszedł z krzyża, choć gromada niedowiarków o to wołała. Ważne więc, by sakrament ten przyjmować, gdy poważna choroba się zaczyna - bo wtedy zaczyna się ludzkie zmaganie z krzyżem.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1499 - 1532.

53. Księdzem nie jest się dla siebie

Wspominał jakiś żołnierz, z tych co to “od Lenino do Warszawy”, że jeszcze nad Oką sowieci przywieźli im księdza - żeby wojsko miało kapelana. Żołnierze podejrzewali, że ksiądz jest nieprawdziwy. Odbyli naradę: trzeba sprawdzić, czy to rzeczywiście ksiądz. Wyszukali spomiędzy siebie tych, którzy w dzieciństwie byli ministrantami. Kilka tygodni obserwowali. Weryfikacja wypadła pozytywnie, został uznany za swojego. Dlaczego ateistyczne dowództwo nie tylko zgodziło się, ale owego księdza znalazło i nad Okę przywiozło? Był to jeden z elementów służących zyskaniu zaufania polskich żołnierzy. I jeszcze coś: obecność kapelana wpływa scalająco na wojsko. Bo księdzem nie jest się dla siebie. Katechizm dwa sakramenty: święceń i małżeństwa nazywa “sakramentami w służbie komunii”. Komunii - czyli budowania wspólnoty chrześcijan. Przyjmujący je zostają konsekrowani czyli poświęceni Bogu, by służyć ludziom.

W powszechnie przyjętym wyliczeniu siedmiu sakramentów mówimy “sakrament kapłaństwa”. Katechizm używa określenia “sakrament święceń”. Dlaczego? Po części jest to sprawa przekładu. Ale powód jest głębszy. Jeden jest kapłan, czyli pośrednik między Bogiem i ludźmi - Jezus Chrystus, który “ponieważ trwa na wieki, ma kapłaństwo nieprzemijające” (Hbr 8, 24). Wszyscy ochrzczeni mają udział w kapłańskim posłannictwie Jezusa, a niektórzy przez sakrament święceń służą całej wspólnocie Kościoła. Stąd też nazwa “kapłaństwo służebne”.

Gdy Jezus stanął nad Jeziorem Galilejskim i powiedział do rybaków “chodźcie za mną”, sprawa była przejrzysta - choć na pewno nie prosta. Zostali powołani. Jak objawia się powołanie dzisiaj? Pragnieniem, zainteresowaniem, uzdolnieniami, które będą nieodzowne w pracy kapłańskiej. Kandydat o przyjęcie do grona kapłańskiego prosi, a biskup przyjmując jego gotowość udziela święceń. Pomiędzy prośbą a święceniami upływa 6 lat studiów na wydziałach teologicznych, bo Kościół od wielu wieków stawia kandydatom do święceń wymóg skończenia studiów uniwersyteckich. Tych samych 6 lat to także czas duchowej formacji kandydatów w seminariach duchownych. Są to lata dojrzewania decyzji - zazwyczaj “tak”, czasem “nie”. Dojrzewa decyzja kandydata, dojrzewa decyzja przełożonych Kościoła. W ramach studiów uniwersyteckich trzeba spełnić wymagania stawiane wszystkim studentom. W ramach formacji seminaryjnej trzeba przygotować swe serce i duszę do służby Bogu i ludziom. Także przez gotowość na życie bezżenne czyli celibat.

Kim jest ksiądz? Zarządcą parafii? Nauczycielem religii? Pracownikiem socjalnym? Organizatorem pielgrzymek? Kaznodzieją? Spowiednikiem? Liturgiem? - Wszystkim po trosze, choć w tej wyliczance pomieszałem bardzo różne porządki. Katechizm używa języka trudnego: “W służbie eklezjalnej wyświęconego kapłana jest obecny w swoim Kościele sam Chrystus jako Głowa swojego Ciała, jako Pasterz swojej trzody, Arcykapłan odkupieńczej ofiary, Nauczyciel Prawdy” [1548]. Nauczycielem prawdy - jest ksiądz jako kaznodzieja i katecheta. Kapłanem składającym ofiarę jest, gdy przewodzi liturgii Mszy św. Pasterzem - gdy powierzoną sobie cząstkę ludu Bożego gromadzi, scala, prowadzi ku wartościom ewangelicznym. Także, gdy troszczy się o chorych, ubogich, odtrąconych przez świat. A to wszystko czyni nie tyle jako sprawny organizator czy pobożny człowiek - ale uobecniając samego Jezusa, “którego najświętszą Osobę zastępuje” [1548].

Dlatego księdzem nie jest się dla siebie. Bo i Syn Boży stał się człowiekiem dla naszego zbawienia. Każdy kapłan jest przeto święcony dla konkretnej wspólnoty kościelnej. Zwykle jest nią diecezja. A jeśli zostanie skierowany do pracy na rzecz całego Kościoła, to zawsze zachowuje swą przynależność do swej macierzystej diecezji. Z tego samego powodu ksiądz nigdy nie staje do “odprawiania” Mszy św. sam. Zawsze wśród ludu - choćby to było kilka osób. Słowo “odprawiać” wziąłem w cudzysłów, bo bardzo go nie lubię w tym kontekście. Czesi wypowiadają to bardziej teologicznie, mówiąc “służyć Mszę św.” A rozszerzając to powiedzenie, można i trzeba by rzec: całym powierzonym sobie kapłaństwem ksiądz powinien służyć ludowi, spośród którego został wzięty.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1533 - 1600.

54. Mamy wspólnego Przyjaciela

“Przy moich chrzcinach rodzice stracili głowę i zapomnieli o białej szacie. Zwrócili się z tym do księdza, a on obiecał pomóc. I pomógł - zamiast białej szaty położył na mnie stułę i powiedział: OBY BYŁA ZAKONNICĄ. Dowiedziałam się o tym w 4 klasie podstawowej... i rozpoczęła się męka (coś w rodzaju “nie chcę ale muszę”)... nawet złość na Boga. Trudno opisać, co się we mnie działo. Gdy byłam w liceum, jeden zakonnik wytłumaczył mi, że muszę sama się zastanowić, jaki kierunek nadać życiu. Odpowiedź była oczywista - zakon to nie dla mnie! ...ale głos Jezusa jest tak cichy i przenikający zarazem, dociera i rozgrzewa serca nawet najbardziej zatwardziałe (jak moje)... i ci ubodzy, potrzebujący Jego... i to, że mi to pokazywał... To, co po ludzku było niemożliwe, stało się faktem - jestem w zakonie (szczerze mówiąc, bardzo się Jemu i sobie dziwię). Jestem młodą siostrą (Służka NMP Niepokalanej, zgromadzenie bezhabitowe) i trudno powiedzieć, co będzie za parę lat - jednak myślę, że wiem, po co tu jestem i że jeśli On naprawdę chce mnie na tej drodze, to doda mi sił”.

To fragment listu, jaki przed kilku laty otrzymałem od S. Katarzyny. “Widzieliśmy się” raz tylko, przy owych chrzcinach w Bytomiu. Zaprzyjaźniliśmy się teraz dzięki wspólnemu powołaniu, dzięki listom, dzięki modlitwie jednoczącej nas na odległość setek kilometrów. Zakonnica, zakonnik... Kto to taki? To ktoś, kto złożył ślubowanie przestrzegania rad ewangelicznych. Każdy chrześcijanin jest konsekrowany czyli poświęcony Bogu. Konsekracja staje się pełniejsza, głębsza przez ślubowanie rad ewangelicznych jako drogi swego życia. “W życiu konsekrowanym wierni, za natchnieniem Ducha Świętego, decydują się w sposób doskonalszy iść za Chrystusem, poświęcić się umiłowanemu nade wszystko Bogu, oraz, dążąc do doskonałej miłości w służbie Królestwa, głosić w Kościele chwałę świata, który ma przyjść, oraz być jego znakiem” [916].

Rady ewangeliczne, których dotyczą zakonne śluby są trzy: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Dzisiejszemu światu najbardziej kontrowersyjna wydaje się bezżenność, szerzej mówiąc - czystość. Ma ona początek w Ewangelii - Jezus mówił o bezżennych z wyboru, którzy czynią to “dla Królestwa niebieskiego” (Mt 19, 12). Celibat księży wyrastał powoli jako obyczaj, jawił się jako potrzeba, wskazywał na niepodzielność zaangażowania się człowieka w służbę Bogu i braciom. Wreszcie po wiekach stał się prawem Kościoła. Wcześniej rozpowszechnił się obyczaj podejmowania życia czystego i bezżennego pustelników, mnichów i mniszek. Zarzuca się, że bezżenność jest wbrew naturze. Niby tak. Ale nie wolno upraszczać sprawy. Owszem, z natury człowiek jest powołany do życia we wspólnocie rodzinnej. Takie przekonanie należy do skarbca wiary Kościoła. Ale w naturze człowieka leży też wolność dokonywania wyboru, zwłaszcza gdy wybór zasadza się na uznaniu wartości wyższych - społecznych czy religijnych. Wybór ten jest trudny, bez wątpienia. Ale jest to wybór wolny. Gdy po latach bezżennego życia patrzę na problem, wiem, że jest to w istocie nie sprawa braku kobiety u boku mężczyzny. Owszem, to też. Na pierwszym planie jest jednak dojrzewanie bezżennego człowieka do ojcostwa (lub macierzyństwa) duchowego, które potrafi tak bardzo wypełnić przestrzeń życia, że można w nim odnaleźć siebie, swoją ludzką naturę, spełnienie najgłębszych oczekiwań. A że bywają trudności! Mój Boże, a gdzie ich nie ma! Na drodze życia rodzinnego - zarówno w perspektywie partnerstwa małżonków, jak i w perspektywie rodzicielstwa trudności są, i to nieraz większe i drastyczniejsze niż w życiu zakonnicy czy księdza.

Trudności? A wielkość posłannictwa i jego piękno? A przyjaźń z Jezusem? A serdeczność ludzi? A miłość dzieci? Czy nie to obiecywał Jezus w Ewangelii (Mt 19, 29)? Zresztą - kocha się nie za coś. “Kocham dlatego że kocham” - tak pisał św. Augustyn. Każdy chłopak czy dziewczyna, którzy decydują się na niepodzielne związanie swego życia z Jezusem szukają nie nagrody, ale samego Jezusa.

A siostra Katarzyna? Bardzo się cieszę, że zgodnie z regułą swego zakonu odnowiła śluby i że mam w niej przyjaciela. Bo oboje mamy wspólnego Przyjaciela - Jezusa.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 915 - 945.

55. Co Bóg złączył...

Bardzo trudno pisać o małżeństwie jako o sakramencie. Bo z jednej strony związek mężczyzny i kobiety jest tak pierwotnie naturalny, że może zaistnieć bez jakichkolwiek obwarowań prawnych, czy religijnych. Z drugiej strony ów związek stanowi przedmiot zainteresowania całej społeczności. Poza tym związek mężczyzny i kobiety - jakkolwiek konieczny, upragniony, piękny i święty - jest trudnym zadaniem na całe życie. I ten cały splot przeróżnych uwarunkowań z woli Jezusa jest sakramentem. Czyli widzialnym, doświadczalnym znakiem, który z woli Boga dany Kościołowi, jest narzędziem Bożej łaski. Związek dwojga ludzi, ich miłość, wzajemna służba sobie, służba życiu - a wszystko nieraz ukryte pod powierzchnią codziennej krzątaniny i szamotaniny, ścierania się różnic charakteru, zmagania się z kłopotami o mieszkanie, pieniądze i tysiąc innych spraw... A miłość serc nie może się obejść bez miłości ciał... I służba życiu tak nierozerwalnie związana z rozkoszą zmysłów? To wszystko jest znakiem obecności Boga? Jeśli zaskakuje nas obecność Jezusa w sakramentalnym znaku chleba, czy nie bardziej zadziwia Jego obecność w sakramentalnym znaku miłości mężczyzny i kobiety? Ale czy największym zaskoczeniem nie jest to, że Bóg stał się człowiekiem?

Związek mężczyzny i kobiety zagrożony jest złem, Katechizm wylicza różne rodzaje tego zła, znane nam z codziennej obserwacji. “W świetle wiary należy powiedzieć, że ten nieporządek, którego boleśnie doświadczamy, nie wynika z natury mężczyzny i kobiety ani z natury ich relacji, ale z grzechu... Bez pomocy Boga mężczyzna i kobieta nie mogliby urzeczywistnić wzajemnej jedności ich życia, dla której Bóg stworzył ich ‘na początku’” [1607 - 1608]. Ponieważ na tym świecie nie będziemy nigdy wolni od zagrożenia złem, człowiek musi wracać do źródeł swej natury, do początków, do pierwotnego planu i zamysłu Boga. To właśnie miał na myśli Jezus pytany o prawo oddalenia żony: “Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela” (Mt 19, 3 - 6). Chciałoby się powiedzieć, że dwoje chrześcijan łączących się w małżeństwo, pragną wrócić do najczystszych źródeł ludzkiej natury. To może dokonać się tylko mocą daru Boga. Nie w kilkadziesiąt minut ceremonii ślubnej, lecz przez kilkadziesiąt lat wspólnego życia dokonuje się ten powrót. Ale początek polegający na złożeniu ich miłości w ręce Boga jest tak ważny i tak potrzebny. Trudno pojąć tych chrześcijan, którzy wiążą się ze sobą jak mąż i żona, a odrzucają powierzenie swego związku Bogu. Kościelny obyczaj i prawo osądza taką postawę jako niegodną chrześcijanina i poważnie grzeszną.

Nie sposób rozdzielić w małżeństwie płaszczyzny sakramentalnej od prawnej. Najistotniejszy wymóg prawny to być wolnym, a więc nie być poddanym przymusowi oraz nie być związanym jakąkolwiek przeszkodą prawa naturalnego czy kościelnego. Oboje wolni w obecności świadków Kościoła wyrażają małżeńską zgodę. Jeden ze świadków jest “świadkiem urzędowym”. Jest nim z zasady proboszcz miejsca zawarcia małżeństwa. On jest świadkiem - udzielającymi sobie sakramentu są oboje małżonkowie. Czy zatem nie mogą uczynić tego bez świadków? Sprawowanie sakramentów z natury rzeczy jest czynnością liturgiczną, która zawsze dokonuje się we wspólnocie. Ponadto musi istnieć pewność co do zawarcia małżeństwa, bo wprowadza ono zobowiązania publicznoprawne. Takie podjęcie zobowiązań chroni i pomaga w dochowaniu wierności wypowiedzianemu “tak”.

Do istoty małżeństwa należy jedność, nierozerwalność i otwarcie na płodność [1664]. Każdy z tych trzech wymiarów tworzących przestrzeń małżeńskiego życia jest z jednej strony pragnieniem ludzkiego serca, z drugiej strony jest jednak trudnym zadaniem. Wspólne podejmowanie tego trudu, z Jezusem u boku, pozwala mężczyźnie i kobiecie dojrzewać do pełni człowieczeństwa.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1601 - 1666.