Teraz cisza. I można wracać. Już się pesel daje we znaki, a może – przyjemnie się łudzić – tylko wiosenne zmęczenie.
„Do lasu szłaś, Marysiu, za cmentarz… Wczoraj rano, mówisz? Zimno… Jak teraz iść, to na drugą stronę, tam gdzie słońce” – mówi Józek, podwożąc mnie autem z kościoła do domu. Józek słynie w Pewli nie tylko z tego, że wiele pracuje i jeszcze pomaga ciamajdom, którzy tego czy owego zrobić nie potrafią (co samokrytycznie nazywa pracoholizmem). Także radzi zawsze mądrze, więc nie wypada go nie posłuchać. Zatem koło południa na słoneczną stronę. Na groń czyli niewysoki grzbiet górski ciągnący się nad Pewlą. Ścieżka biegnie wśród łąk i pól coraz bardziej zarastających. Najczęściej tarniną, choć głogu i dzikich róż też nie brakuje. Jak zdarzyło mi się kiedyś napisać w innym Wielkim Poście:
„w chłodnym słońcu/ jeszcze bez liści/na pograniczu błękitu i zieleni/zapowiedź ledwie cierpkiego owocu/tylko cierni dosyć jak zawsze/ na korony/ i każdy owoc róży po zimie/ jak kropla wina
Z góry widok z jednej strony na Beskid Mały, z drugiej na pobliskie niższe pasma, a dalej na Romankę i Pilsko - mocno jeszcze ośnieżone. Rozjeżdżona quadami droga niespodziewanie sucha jak na tę porę roku. I pomyśleć, że niespełna dwa miesiące temu wyglądała jak lodowa rynna. Biegnie nią szlak Jakubowy, o czym świadczą wymalowane tu i ówdzie muszelki. Tu też zaczyna się lokalny szlak na Łyskę i do sanktuarium w Rychwałdzie. Idę w drugą stronę. Do krzyża. Pamiętam dzień jego poświęcenia w 25 rocznicę powstania parafii. Tłum ludzi zmierzających pod wieczór na groń z procesją. Radość i uroczyste skupienie. I zejście po uroczystości już w ciemności, kiedy to ostrożniejsi szli asfaltem i schodkami przez Ranczo Adama, a co odważniejsi wybierali skróty polnymi ścieżkami. Krzyż - niegdyś zdawało się wielki, dominujący nad okolicą, dziś - przy masztach służących nowoczesnej technologii ustawionych w pobliżu - jakby mniej zauważalny.
W pobliżu krzyża przycupnęła pod zielonym dachem kapliczka świętego Huberta - patrona myśliwych. Spokojne miejsce, można tu na chwilę usiąść na ławeczce, pomodlić się. Sporo ludzi przybywa tu co roku na ostatnie nabożeństwo majowe. Teraz cisza. I można wracać. Już się pesel daje we znaki, a może – przyjemnie się łudzić – tylko wiosenne zmęczenie. Choć właściwie trzeba by jeszcze iść dalej, do końca wsi, do kapliczki na Czerwienicy. Szczególnie w Wielkim Poście.
To kapliczka Pana Jezusa upadającego pod krzyżem. Takie są charakterystyczne dla Żywiecczyzny – podpowiada AI. Pojawiają się również w innych miejscach na południu Polski, w górach – przekonujemy się, gdy poszukamy dokładniej. A dla mnie wielkim zaskoczeniem była lektura książki, której akcja toczyła się w innej części Europy, co prawda także w górzystym zakątku. I tam była kapliczka z upadającym Panem Jezusem. Czy ktoś jeszcze dziś postawiłby taką? Z drzewa krzyża można królować – jak podpowiadają słowa pieśni. W upadku Jezusa jest tylko słabość, ciężar ponad siły. I to skojarzenie z naszymi upadkami, do których coraz trudniej się przyznać, coraz łatwiej je usprawiedliwić.
O kapliczce na Czerwienicy zdarzyło mi się kiedyś coś niecoś napisać…
„ Oczy wielkie od olejnej farby/ szata błękitna/leży Pan Jezus wgnieciony między sztuczne kwiaty/ krzyżem/ sąsiedzkich swarów/bitki o miedzę, ścieżkę, płot/pijanych przekleństw/ cichych złorzeczeń/ słów złych, które szybko trafiają/ i dobrych, zawsze spóźnionych/pracy, która już przestała czekać na zapłatę/ i łez, które przykrzą się dzieciom/ Turyści zerkają przez szyby kapliczki/turysta tłumaczy turystce/ taki folklor”
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Historia sanktuarium jest ściśle związana z osobą Jana Pawła II.