Moja droga na misje

Choć są miejsca, gdzie rosół gotują z kozy, na Mszy tańczą, a kobiety i mężczyźni nie mogą razem oglądać telewizji, to jest to zupełni taki sam świat, jak ten dobrze nam znany.

Jezioro czarownika

Po zakończeniu nowicjatu, ci którzy chcą kontynuować formację jadą na staż.

– Najpierw jednak jesteśmy posłani, jak w Ewangelii po dwóch do jakiegoś miejsca. Ja trafiłem z kolegą do pewnej rodziny w Mbali na północy Zambii. W domu mieszkali rodzice, starszy syn i wnuczka córki, która zmarła na ADIS. Reszta dzieci przebywała w szkołach poza domem. Mieszkaliśmy u nich doświadczając zwykłego życia – opowiada o. Tomasz. Okazało się, że nie je się tam śniadań, tylko o godz. 10.00 pije herbatę. Nie było tam kranu, ale codziennie rano stało wiadro wody. – Na początku nie zastanawialiśmy się nad tym, ale okazało się, że przynosi ją dla nas wnuczka gospodarzy, więc zaczęliśmy ją oszczędzać, by nie obarczać jej pracą. Chcieliśmy pomagać np. zmywać naczynia, ale dowiedzieliśmy się, że chłopaki naczyń nie zmywają. Nie mogliśmy wspólnie oglądać telewizji, bo chłopaki mogą oglądać tylko wtedy, gdy ogląda ojciec rodziny. Jak przed TV siedzi mama, to chłopaki nie mogą razem z nią oglądać telewizji. W pobliżu było piękne jezioro, więc poszliśmy się tam wykąpać. Kiedy gospodyni się dowiedziała powiedziała, że nie można tam wchodzić, bo to jezioro jest zbudowane przez czarowników żeby mogli się komunikować z Oceanem Indyjskim. Uśmiechnęliśmy się i powiedzieliśmy, że my w to nie wierzymy. Następnym razem, gdy się kąpałem zobaczyłem, że obok mnie płynie wąż, wyskoczyłem czym prędzej. Okazało się, że właśnie dlatego nie można się tam kąpać, bo mieszkają w pobliżu węże, ale nikt z lokalnej ludności nie posłuchałby, że nie może wejść do wody z powodu węża, więc tradycja głosiła, że czarownicy zakazali. To skutkowało. Tak uczyliśmy się życia w afrykańskiej rodzinie – dzieli się doświadczeniem misjonarz.

Rosół z kozy

Oprócz pobytu w rodzinie co dzień chodzili w miejsca, gdzie pracowały siostry. Jednym z nich był szpital.

– Tam także musieliśmy odbyć praktykę łącznie z tym, że musiałem nauczyć się odbierać poród. Gdy zapytałem po co, uświadomiono mi, że na misjach często są takie sytuacje, że do parafii ludzie przybiegają po pomoc np. wtedy, gdy jest problem z porodem. Nie zawsze zdąży się zawieźć kobiety do szpitala, więc dobrze znać podstawy – mówi misjonarz. Jednym z zadań kleryków było także jeżdżenie do wiosek z kozami, które były darem dla mieszkańców po to by je rozmnożyć, a z zysku utrzymać sieroty, by nie trafiły do sierocińca.

- Na jednej z wiosek powitano nas tańcem, choć nigdy wcześniej się to nie zdarzało i zostaliśmy zaproszeni na posiłek. Podano rosół z kozy. Byliśmy zaskoczeni takim przyjęciem. Potem okazało się, że kilka dni wcześniej do wioski jakiś człowiek z Ameryki przysłał w darze TOI TOI-e. Ludzie nie wiedzieli do czego to służy, bo za potrzebą wszyscy chodzili do buszu. Zamknęli więc w nich kozy i jedna z nich utopiła się w TOI TOI-u. Ugotowano więc z niej rosół, którym nas poczęstowano byśmy nie byli źli, że stan liczebny się nie zgadza – opowiada jedną z przygód misjonarz, apelując o mądrą pomoc.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10