Cisza!

Dlaczego wyjałowiony duchowo Zachód tak chętnie sięga po jego muzykę? „W moich utworach brzmią dwa głosy: pierwszym są moje grzechy, drugim ich przebaczenie” – wyznaje Arvo Pärt, najczęściej wykonywany na świecie żyjący kompozytor.

Gdy przed 17 laty odbierał w Sejnach tytuł Człowieka Pogranicza, stanął skromnie pod białą ścianą starej synagogi. Niektórzy, patrząc na tego niepozornego, brodatego staruszka, nie domyślali się, że to jeden z najwybitniejszych kompozytorów świata. „Trzeba uczyć się słuchać ciszy” – powiedział wówczas.

A może to właśnie skromność jest cechą, którą Estończyk podbił serca melomanów na całym świecie? Jego płyty sprzedają się jak świeże bułeczki, doczekały się statuetek Grammy. To muzyka przejmująca do szpiku kości. Pełna oddechu, a jednocześnie namiętności i tęsknoty. Na śmierć i życie. Zwłaszcza na życie.

Detoks

Jest dla mnie najważniejszą postacią współczesnej muzyki klasycznej. Jego oparte na archaizacji, powtarzaniu wyselekcjonowanych zwrotów, surowości i intymności kompozycje są rodzajem detoksu dla rozpędzonej, mknącej często na oślep kultury Zachodu. W zgiełk pop- kulturowej papki, jazgotu reklam i wycia alarmów samochodowych wnoszą ciszę, oddech i, co najważniejsze, medytację nad słowami Biblii. To muzyka pełna niewinności i czystości. Chyba żaden współczesny kompozytor nie napisał tak wielu utworów religijnych. Arvo Pärt czerpie garściami z wielowiekowej tradycji chrześcijaństwa. Wystarczy zerknąć na tytuły jego kompozycji: „Credo”, „Te Deum”, „Missa syllabica”, „De profundis”, „Passio Domini Nostri Jesu Christi”, „Salve Regina”, „Stabat Mater”, „Magnificat”, „Litany”, „The Beatitudes”, „I Am the True Vine” czy wschodni maryjny hymn „Bogoroditse Djevo”.

„Porównałbym moją muzykę do światła białego, które zawiera w sobie wszystkie inne barwy” – opowiada Estończyk. „Tylko pryzmat może je rozdzielić, ujawniając poszczególne kolory. Tym pryzmatem może być dusza słuchacza”.

Skandal!

Urodził się 11 września 1935 roku w niewielkiej mieścinie Paide. Jako czterolatek tuż po traumatycznym doświadczeniu rozwodu rodziców był świadkiem tego, jak Estonia znalazła się pod sowiecką okupacją. Zaczynał grać w domu na rozstrojonym pianinie. Wrażliwy nastolatek rychło przekonał się o tym, że chlebem codziennym artystów był jedynie słuszny kierunek, czyli socrealizm.

Swój pierwszy utwór Arvo skomponował jako czternastolatek, a już po trzech latach doczekał się publicznego wykonania kompozycji. W 1954 roku ruszył do Tallina, gdzie rozpoczął studia muzyczne, przerwane obowiązkową dwuletnią służbą wojskową. W 1963 roku skomponował swą pierwszą symfonię. Pracował w Radiu Estonia jako reżyser dźwięku, komponował muzykę do spektakli i filmów. Gdy w 1968 roku komuniści usłyszeli jego „Credo”, artysta znalazł się na cenzurowanym, a nazwisko Pärt wylądowało w szufladce „persona non grata”. Publiczne wykonanie „Wyznania wiary” wywołało skandal, a dzieło stało się w radzieckiej Rosji półkownikiem i zostało opieczętowane stemplem „zakaz wykonywania”. Po tym bolesnym zawirowaniu artysta wycofał się z życia publicznego. „Nie rozmawiajmy, proszę, o tym, czym były czasy sowieckie. Wszystko zapomniałem. Na szczęście i nieszczęście jednocześnie” – przyznaje dzisiaj.

Oczyszczenie

Na własnej skórze doświadczył smaku biblijnej obietnicy: ​„Zwabię ją i wyprowadzę na pustynię, i przemówię do jej serca”. Komunistów raziło jego odwoływanie się do chrześcijańskich korzeni. „Credo” nie było jedynie kompozycją. Pärt zaczytywał się w Biblii, duchowych poradach mnichów z góry Athos, studiował średniowieczne zapisy muzyczne. Zafascynował się hezychazmem, XIII-wiecznym nurtem monastycznej duchowości związanym z praktykowaniem „modlitwy Jezusowej”. Greckie hesychia, czyli „wyciszenie, duchowy pokój, wewnętrzne skupienie, milczenie”, znalazło odbicie w jego sztuce. Doskonale rozumiał intuicję św. Jana Klimaka piszącego o tym, że by wspiąć się po drabinie do nieba, najpierw trzeba zacząć od tej prowadzącej w dół, do odkrycia przepaści pychy, pożądań, egoizmu. Co zrobić, by nie skupić się na rozdrapywaniu ran i litowaniu się nad swą kruchością? Trzeba uciec się do imienia Jezusa – podpowiadał opat klasztoru na Synaju.

Luteranin Arvo wraz z żoną Norą, pochodzącą z rodziny rosyjskich Żydów, przystąpili do Cerkwi prawosławnej i tam też ochrzcili dzieci. Nie był to kaprys artystów. Jak pokazało życie, wybór ten potraktowali niezwykle poważnie. To w Kościele wschodnim kompozytor zachwycił się intuicją: „piękno jest zwieńczeniem dobra i prawdy, a świat jest wezwany do tego, by być sakramentem”.

„Dużo czytałem, potem słuchałem muzyki, ale nic nie pomagało. Nadal pozostawałem grzeszny. To znaczy, że nie miałem właściwego podejścia do samego siebie” – opowiadał Klaudii Baranowskiej z radiowej Dwójki (to cud, że udzielił wywiadu, bo stroni od tego). „Moje myśli były nieczyste. Moje pragnienia były nieczyste. Wystarczy popatrzeć na oczy świętych na ścianach klasztoru, na starych malowidłach. Jakie czyste oni mają spojrzenie, jakie jasne twarze, bez grymasów. Czy można sobie wyobrazić, że oni mogliby pisać taką muzykę, która powstaje we współczesnym świecie, tę, która nas otacza? Oczywiście, że nie. Oni szukali czegoś zupełnie innego. I zrozumiałem, że każdy człowiek, bez względu na to, czym się zajmuje, musi znaleźć spokój w sobie, szukać ciszy i równowagi”.

„Byłoby lepiej, gdybyście wyjechali” – usłyszeli 18 stycznia 1980 roku od komunistycznego aparatczyka. Pärtowie z dwojgiem dzieci spakowali manatki i ruszyli na Zachód. Gdy na granicy celnicy dokładnie przeszukali ich bagaże, znaleźli magnetofon. Gdy jeden z nich nacisnął przycisk „play”, na granicy sowieckiego imperium popłynęły dźwięki „Missa syllabica”. „I nagle – wspomina żona kompozytora – ta kolejowa stacja stała się znów spokojna, zwyczajna i piękna”.

Początkowo rodzina osiadła w Wiedniu, a po roku przeniosła się do Berlina.

Komu bije dzwon?

Tytuł słynnego utworu „Tabula rasa” z 1977 roku świadczy o przełomie w twórczości artysty. Erupcję nowych utworów poprzedził wieloletni okres milczenia, oczyszczenia i głębokiej duchowej przemiany. Senna, oszczędna, minimalistyczna, napisana dla przyjaciółki „Für Alina” była dzwoneczkiem zapowiadającym tintinnabuli – styl, dzięki któremu Estończyk stał się rozpoznawalny na całym świecie. Tintinnabuli to po łacinie „dzwon”. „Melodia i akompaniament są jednością” – wyjaśniał artysta. „Pozostawiam cały arsenał nowoczesnych środków, by szukać tego, co najistotniejsze. Odkryłem, że wystarczy mi, gdy pięknie zagrana jest pojedyncza nuta. Ona sama albo cichy rytm, albo moment ciszy – przynoszą mi wytchnienie”.

– Czas się zatrzymał. Siedziałem urzeczony muzyką płynącą z samochodowego radia – opowiada Niemiec Manfred Eicher, który w 1969 roku założył w Monachium wydawnictwo Editions of Contemporary Music (ECM). Nic dziwnego, że rychło zaproponował kompozytorowi, którego utwór go oczarował, nagranie krążka. W 1983 roku w Bazylei zarejestrowano „Fratres”, które zagrali skrzypek Gidon Kremer i wirtuoz pianina, jazzman Keith Jarrett. Kompozycje Estończyka poznałem właśnie dzięki temu znakomitemu wydawnictwu. Zerkam na półkę. Są i utwory minimalistyczne, jak kojący „Spiegel im Spiegel”, którego mogę słuchać w nieskończoność, i monumentalne, potężne – jak przejmujący „Kanon Pokojanen” – do słów wielkopostnego „Wielkiego kanonu pokutnego” św. Andrzeja z Krety.

Na swoim miejscu

Najczęściej słucham symfonii zagranych pod batutą Tõnu Kaljuste. Album ukazuje muzyczną (i duchową, bo u Pärta są one ściśle powiązane) drogę kompozytora. 45 lat dzieli I Symfonię od „czwórki”, którą kompozytor dedykował protestującemu przeciw polityce Putina uwięzionemu Michaiłowi Chodorkowskiemu. To niejedyna polityczna deklaracja. W roku zamordowania dziennikarki Anny Politkowskiej Estończyk poświęcił jej pamięci wszystkie wykonania swych utworów w sezonie. Kompozycję „Vater unser” dedykował Benedyktowi XVI.

Od dziewięciu lat mieszka znów w ojczyźnie. W urzekającej nadbałtyckiej wsi Laulasmma, położonej 40 km na zachód od Tallina, powstało Centrum Arvo Pärta. Nowoczesne archiwum, bibliotekę i salę koncertową na 140 miejsc wybudowano w 100. rocznicę ogłoszenia przez Estonię niepodległości.

– Większość jego kompozycji to modlitwy – opowiada dyrygent Tõnu Kaljuste. – Po koncercie w Nowym Jorku dziennikarz napisał, że gdy śpiewaliśmy „Kanon Pokojanen”, poczuł, że modliliśmy się mocniej niż on podczas Mszy w kościele. To dla nas bardzo ważne, że możemy stworzyć przestrzeń między rzeczywistościami ołtarza i koncertu.

„Jestem bardzo zakłopotany, kiedy muszę coś powiedzieć. Dlatego chowam się w muzyce” – usłyszała od Pärta Klaudia Baranowska. „ale z drugiej strony są też miejsca takie jak na przykład sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. To święte miejsce, które wprowadza ogromny spokój, można tu dobrze się poczuć, muzyka może dobrze tu zabrzmieć i bardzo tu pasuje. Czuję się tu znakomicie. Nigdy nie miałem tak silnego wrażenia w dziedzinie liturgii i jednocześnie muzyki, że jestem na swoim miejscu”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9