Jeśli można, zadam następujące pytanie: kiedy Msza jest lepsza: czy wtedy, gdy ludzie się znają i są na siebie otwarci, czy też wtedy, gdy ludzie stoją obok siebie obojętni i wpatrzeni w ołtarz?
Jakiś czas temu w czasie Mszy św. zaproponowałem, aby ludzie się poznali, przynajmniej po imieniu. Oczywiście, kto nie chciał, nie musiał. Przez chwilę kościół wypełnił się rozmowami. Atmosfera Mszy stała się niesłychanie przyjacielska i radosna. Ludzie – wcześniej sobie obcy – wychodząc z kościoła, pozdrawiali się, podawali sobie ręce.
Ale były też – choć w wyraźniej mniejszości – osoby, które czuły się nieswojo. Więc co jest lepsze? Sam od lat jestem zgorszony sytuacją, w której anonimowi ludzie przychodzą na Mszę odprawianą przez anonimowego księdza. Bo właśnie Msza św. jest nie tylko ofiarą Chrystusa, ale też zgromadzeniem Kościoła. Łączy w sobie wiele. W ustach wielu ludzi Kościół jest pojęciem absolutnie abstrakcyjnym, a w czasie Mszy właśnie się uobecnia. Jeśli nie wtedy, to kiedy „jest Kościół”?! Mówimy wielkie słowa o wspólnocie Kościoła, a w czasie Mszy nie znamy się i nie chcemy się poznać? Uważam, że jednym z kluczowych powodów, dla których ludzie tak źle mówią o Kościele, jest to, że się z nim nie utożsamiają. Są na Mszy, ale nie w Kościele (wspólnocie). Dlatego o Kościele mówią tak, jak mówi się o czymś obcym.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
W Australii dzieci przystępują do bierzmowania przed pierwszą komunią.
Dla lokalnych chrześcijan kluczowym problemem jest dziś przetrwanie pod względem finansowym.
Przed egzaminem dojrzałość co czwarty maturzysta pielgrzymował na Jasną Górę.
Jedynym rozsądnym wyjściem w sytuacji zagrożenia kraju jest przebaczenie i pojednanie.