„Nie” samolubnemu cwaniactwu

Żyjemy razem? To musimy wspólnie dbać o nasze o wspólne dobro. Moje i twoje. I tego bliźniego, który też żyje z nami.

Reklama

Człowiek jest najważniejszy – głosi katolicka nauka społeczna. W poprzednich artykułach staraliśmy się przedstawić najważniejsze wartości, które społeczeństwo, jeśli docenia wartość człowieka, powinno szanować. Dziś o zasadach, jakimi to społeczeństwo powinno się kierować. Jeśli oczywiście faktycznie stawia człowieka na pierwszym miejscu,.

Pierwsza z nich? Zasada dobra wspólnego. Chrześcijaństwo nie ma nic przeciwko jakiemuś indywidualizmowi, ale zawsze ceniło sobie takie działania, które służą dobru wszystkich. To po prostu zwykła realizacja przykazania: „abyście się wzajemnie miłowali, jak ja was umiłowałem”.

Definicja dobra wspólnego? Brzmi dość uczenie. To „suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jej członkom  pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość”.

Niewielka turystyczna miejscowość w alpejskiej części Włoch. Mówią tu po włosku, po niemiecku i „po swojemu”.  Schludnie, czysto. Trzy kolejki w góry (jedna akurat nieczynna). I choć miejsca na stromych alpejskich stokach nie za wiele, wszystko co trzeba jest. Dobrze przemyślane. Kościół, sklepy, kawiarnie. Gdzie się dało parking. Żeby usprawnić ruch – dwupoziomowe skrzyżowanie (!). Ale najbardziej ujmuje pasaż dla pieszych, dzięki któremu nie tylko nie muszą jak samochody wspinać się w górę i w dół, ale nadto nie muszą się między nimi przepychać. Z dołu dochodzą doń ruchome schody. A w górę to, co ujmuje najbardziej: do jednej ze stacji kolejki z tego miejsca można się dostać podziemnym przejściem z ruchomym chodnikiem. Powtarzam: małe alpejskie miasteczko. A może i wieś.

Domyślam się, że żeby coś takiego powstało ktoś musiał sprzedać gminie kawałek swojego, inny pewnie zgodzić się na jakąś inna niedogodność. I nie wiem czy i ilu zgrzytało zębami,  że jakiś cwaniak na tym zarabiał. Ale w ostatecznym rozrachunku chyba zyskali na tym wszyscy. Tubylcy, bo żyjąc w przyzwoitych warunkach mogą nieźle zarobić na turystach, którzy chętnie tu przyjeżdżają. I turyści, bo zyskali miłe i przyjazne im miejsce do wypoczynku.

To chyba dobry przykład troski o dobro wspólne. Nie osiągnięto by tego, gdyby w tej miejscowości znalazło się chociaż kilku takich, którzy by stanęli okoniem i nie pozwoli nic zmienić, bo oni za mało zarobią, bo oni mają swoje prawa itd., itp. Takich przykładów w polskich realiach jest zresztą sporo.

Oczywiście na dobro wspólne nie wolno patrzyć tylko z perspektywy materialnej. Zysk prowadzący do silnego zatrucia środowiska jest przecież tak naprawdę stratą. Postęp jakim jest wzrost produkcji żywności jest postępem pozornym, gdy wskutek stosowania w rolnictwie wielu różnych środków chemicznych prowadzi do degradacji zdrowia społeczeństwa. No i trzeba tez pamiętać, że chodzi też o dobra duchowe. Zarówno społeczeństwa jak i poszczególnych jednostek. W trosce o dobro wspólne trzeba to jakoś wszystko skalkulować. By uniknąć przynajmniej tych najbardziej rażących sytuacji, w których interes jednych degraduje życie innych.

O co więc trzeba konkretnie zadbać? Chyba przede wszystkim o pokój, bez którego przychodzi strach, niepewność, nieraz śmierć ból, i przede wszystkim głód. Chodzi też o sprawne zorganizowanie liczącej się z interesami naprawdę wszystkich władzy, o trwały i rozumny porządek prawny, ochronę środowiska naturalnego czy zabezpieczenie istotnych potrzeb człowieka: pożywienia, mieszkania, pracy, wykształcenia i dostępu do kultury, a także, co dziś wydaje się równie ważne, dostępu do środków komunikacji, służby zdrowia, do informacji i swobodnego jej przepływu czy w końcu wolności religijnej. W demokratycznym państwie wszyscy powinni mieć prawo z tych dobrodziejstw skorzystać. Nie tylko wybrani...

Nie  jest więc zgodna z dobrem wspólnym sytuacja, gdy istnieją całe grupy ludzi, którzy nie maja gdzie mieszkać, nie stać ich, by się przynajmniej do pewnego poziomu wykształcić czy są manipulowani, bo nie tylko się ich okłamuje, ale wydziela im się co mogą, a czego nie mogą wiedzieć.

Ale nie chodzi też tylko o to, by wszyscy mogli z dobra wspólnego korzystać. Trzeba też by wszyscy do owego dobra wspólnego jakoś się przyczyniali. Dziś nie należą do rzadkości i takie sytuacje, gdy ten czy ów chętnie korzysta z dobrodziejstw, jakie daje życie w społeczeństwie, sam jednak wszelką służbę czy daninę na jego rzecz uważa za okradanie go przez społeczeństwo.  Czy to uciekając z płaceniem podatków gdzie jest taniej, czy to krzykiem i gwałtem broniąc swoich przywilejów, na które składać się musza inni. Zresztą i w środowisku pracy bywa tak, że ten czy ów, by się nie przepracować udaje tylko że pracuje. Albo wobec szefa struga nieumiejętnego, a szef dla świętego spokoju obarcza dodatkową pracą innych...

Katolicka nauka społeczna przypominając zasadę dobra wspólnego domaga się po prostu, by (posługując się obrazem z Sienkiewiczowskiego Potopu) zamiast wycierać sobie nawzajem kawał sukna wszyscy solidarnie zabrali się do pracy.

 

Korzystałem z „Kompendium nauki społecznej Kościoła” opracowanego przez Papieską Radę Iustitia et Pax, Jedność, Kielce, 2005.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9