Takie zwyczajne objawienie

Maryśka, lat 14. I wcale nie święta. Na Rusinowej pasała owce. A gdy się zgubiły, wzywała pomocy Matki. I otrzymała ją. 150 lat później na Wiktórówki pielgrzymują tysiące ludzi. Są tacy jak i ta Maryśka. Zwyczajni.

Na parkingu przy Zazadniej, z 10 km na wschód od Zakopanego, kończy się tatrzańska komercja made in China. W drogę, łagodnie pod górę. Miejscami potok trzeba przejść wpław, bo lato mocno deszczowe. Miejscami ubłocić się, bo gliniasty teren. Ładnie jest, ale bez szaleństwa: wysokie smreki (świerki), szum potoku. Zaczyna być stromo. Chwila odpoczynku na łyk wody i stabilizację ceperskiego tętna. Przewodnik Andrzej, góral z Poronina gościnnie pełniący rolę fotoreportera (dotąd głównie robił zdjęcia kozic na szlakach), zapewnia, że już blisko. Wierzyć tu góralowi w kwestii odległości...

Zwykła herbata

Jednak prawda. Po godzinie marszu, gdy zadrzeć głowę, pomiędzy szczytami ciemnych smreków, na szczycie równie ciemnego wzgórza widać już drewnianą, jasną kapliczkę. Kilkadziesiąt zasapanych susów i już. Kaplica na Wiktorówkach. Osławiona w opowieściach znajomych górołazów, że „taka atmosfera i w ogóle”, wyśpiewana w okolicznych kościółkach przez góralskie babki: „Tam dziewcyna owce pasła, jasność wielka ją obesła, wtem się bardzo zlękła, z owieckami wraz uklękła”.

Tyle góralska pieśń. Bo w prozie jest zwyczajnie. Ot, kaplica w stylu (prawie) góralskim, drewniany sklepik z pamiątkami (w asortymencie m.in. Matki Boże Jaworzyńskie w dwóch rozmiarach). Od przodu kaplicy cudowne źródełko (też częste w polskich sanktuariach). Akurat wodę pije mały Bajtek. Babka góralka go tu przyprowadziła. Jak i dwóch innych wnuków: niech się dzieci uczą, co w górach najlepsze.

Wokół kaplicy symboliczny cmentarz tych, co góry kochali, ale góry pokochały ich bardziej: miłością zaborczą, pochłaniającą na zawsze. Za kaplicą dwa szałasy. W jednym, tzw. GOPR-ówce, przez lata była baza dla tych, co ratują zbłąkanych turystów z górskich opresji. Są i dwa zewnętrzne konfesjonały: prosto ciosany i bardziej po góralsku wypasiony, z drewnianymi ornamentami. A! Jest kociak Stefan i dominikański labrador Rep (po góralsku – cwaniak). Akurat prowadzą zwykłą, kocio-psią wojenkę na pazury i warknięcia.

Pojawiają się pierwsi pielgrzymi. – Każdy, kto zajdzie na Wiktorówki, choćby przypadkiem, staje się pielgrzymem – wyjaśniają ojcowie dominikanie, gospodarze. Więc pielgrzymi siadają przy drewnianych stolikach, rozkładają co tam akurat zakopiańska Biedronka w promocji miała. Konserwa z chlebem, pomidor. A do tego dominikańska herbata w dominikańskiej herbaciarni, czyli piwniczce pod kaplicą. Taka zwykła herbata z cukrem, nie za mocna, jest niezwykle pyszna. – Bo to normalna, liściasta, a nie jakaś tam torebkowa – mówi brat Janusz. – A do tego woda źródlana.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8