Dom z miłości

Wciąż znajdują na świecie nowe przestrzenie do zagospodarowania na rzecz najsłabszych. Domy Miłości Ruchu Betel przyjmują dzieci upośledzone, potrzebujące przytulenia, pokazania, że są ważne i kochane.

Niepełnosprawni na Madagaskarze to chyba najbardziej opuszczona i zaniedbana grupa ludzi. Nikt się nimi nie interesuje i nikt im nie pomaga. Nawet jeśli większość projektów humanitarnych skierowana jest do dzieci, dla niepełnosprawnych praktycznie nie ma niczego – mówi „Gościowi” ojciec Dariusz Marut ze Zgromadzenia Ducha Świętego, który od ponad dekady pracuje w Mampikony, najbiedniejszej części wyspy. To właśnie tam powstaje kolejny z piętnastu Domów Miłości należących do Międzynarodowego Katolickiego Ruchu Dobroczynnego Betel, co po hebrajsku znaczy „dom Boży”. Ruch, który powstał w 1990 roku, wyrósł z częstochowskiego duszpasterstwa i stopniowo wyszedł z Polski, siejąc dobro m.in. na Białorusi, Litwie, Ukrainie, w Czechach i Etiopii. – Dla Malgaszy ten dom będzie wielką pomocą i ratunkiem – dodaje misjonarz. Madagaskar jest na piątym miejscu na świecie pod względem liczby niedożywionych dzieci, co powoduje wiele chorób skutkujących niepełnosprawnością. Ubogą wyspę spustoszył właśnie cyklon, który zmiótł z ziemi liche chaty, pozbawił ludzi żywności i opieki medycznej.

Dom, nie placówka

– Gdyby nie pandemia, nasz dom już by działał. Liczymy, że wiosną przyjmiemy pierwszych mieszkańców – mówi Andrzej Kalinowski. Na swym blogu napisał: „Można by wymieniać dość długo, kim nie jestem. Łatwiejsze to niż odpowiedź na pytanie, kim jestem. Najbardziej lubię zwrot »ojciec ruchu Betel«. Wtedy jestem strasznie dumny i nieskromnie radosny”. O sobie nie lubi opowiadać, o Betel może bez końca. Jego żona Francesca i dzieci również są częścią tej wspólnoty, a także wielką podporą w jego działaniach. – Gdy zaczynaliśmy, sytuacja niepełnosprawnych w Polsce była dramatyczna, praktycznie nie pojawiali się na ulicach. Dla wielu byliśmy pierwszymi, którzy zdecydowali się wziąć ich na wakacje, spacer, obóz czy wyjazd – mówi A. Kalinowski. – Gdy zapragnąłem stworzyć pierwszy dom dla niepełnosprawnych dzieci, w którym mogłyby normalnie żyć z opiekunami w naturalnym środowisku, jeszcze nie słyszałem o Jeanie Vanierze. Dzięki temu udało nam się stworzyć autorski projekt, choć bardzo podobny do Arki, którą poznałem później – podkreśla.

Dom powstał, gdy zobaczyli, że młodzi ludzie z ośrodków szkolno-wychowawczych, którzy uczestniczyli w turnusach integracyjnych organizowanych przez częstochowskie duszpasterstwo akademickie, nie mają gdzie się podziać po skończeniu nauki. Domy Betel zapewniają pobyt do końca ich dni. – Betel to rodzina. Bardzo wiele osób, które miały kiedyś kontakt z ruchem, zostaje w jego orbicie na zawsze. Tak jest ze mną – mówi Łukasz Sośniak, jezuita, który dekadę temu pomagał uruchamiać pierwszy dom w Etiopii. – W Betel ujęło mnie to, że towarzyszy się osobom niepełnosprawnym bez żadnej ideologii, dorabiania nie wiadomo jakiej teorii i teologii do tego, co po prostu należy zrobić Andrzejowi zależało, żeby nie tworzyć kolejnej „placówki”, ale dom, jak najbardziej zbliżony do zwykłego, rodzinnego, co moim zdaniem się udało. Uwielbiałem spędzać czas w tych domach. Chodziło o to, żeby stworzyć miejsce dla tych osób, ale także odczarować myślenie o niepełnosprawnych – mówi Ł. Sośniak. Wspomina podróż z jednym z podopiecznych autokarem do Włoch. Karol miał zespół Downa, był bardzo przyjacielski i otwarty. – W pewnym momencie podszedł do jednej z turystek i wyciągnął do niej dłoń na powitanie. Jej reakcja wprawiła mnie w zdumienie. Nie podała Karolowi ręki, jakby bała się, że się od niego zarazi… W Betel chodzi też o to, żeby pokazać niepełnosprawnych innym ludziom, żeby zrozumieli, że życie tych osób jest warte przeżycia – mówi jezuita. Wbrew pozorom wciąż nie jest to oczywiste. Stąd prowadzone przez Betel audycje radiowe czy pielgrzymka niepełnosprawnych na Jasną Górę, połączona z paradą niepełnosprawnych w częstochowskich Alejach.

Pod skrzydłami aniołów

– Betel to sposób Andrzeja i jego współpracowników na życie Ewangelią, choć nie przypominam sobie, żeby tak to ubrał w słowa. Jest bardzo praktycznym człowiekiem, myśli zadaniowo – mówi Ł. Sośniak. Aktualnie obawia się o swych podopiecznych w Etiopii. Dom leży na terenie, któremu zagrażają rebelianckie bojówki, od roku destabilizujące sytuację w tym kraju. – Boję się, że zajmą to miejsce, a naszych podopiecznych wyrzucą albo zabiją – mówi A. Kalinowski. Gdy pytam go, po co otwierać dom dla dziesiątki niepełnosprawnych na drugim końcu świata, skoro i tak nie zmieni to sytuacji w tym afrykańskim kraju, słyszę: – Tam jest zupełnie inna bieda niż w krajach europejskich. My naprawdę ratujemy tam życie. Gdyby nie nasz dom, te dzieci już by nie żyły, dlatego warto go prowadzić. W Etiopii niepełnosprawni nie mają żadnego zabezpieczenia. Nie ma pomocy socjalnej, rent i ubezpieczenia.

W domu Ewentegna Tamir, co po amharsku znaczy „Prawdziwy cud”, mieszkają niepełnosprawni intelektualnie i ruchowo wraz z opiekunami. Dom funkcjonuje jak zwyczajna rodzina. Tu wzajemna pomoc jest nieodzowna. – Pamiętam pierwsze rodzeństwo, Tadese, Deribia i Denka, które do nas trafiło. Mieli podarte ubrania, bali się kąpieli, a na widok wody reagowali agresją – wspomina A. Kalinowski. Z dziewczynką poszło łatwiej, gdy zobaczyła nową sukienkę, ale jej brat położył się w czystej pościeli w brudnym ubraniu i butach. Potrzeba było wiele czasu i cierpliwości, by zmienić przyzwyczajenia dzieci, które wcześniej często wiązano i rzucano w pole, by nie przeszkadzały w domu. – Przez lata żyły w szałasie z chrustu i żywiły się resztkami owoców, które podrzucali im ludzie. Gdy u nas po raz pierwszy zjadły ciepły posiłek, żołądek odmówił im posłuszeństwa – wspomina. – Te dzieci bały się ludzi, bo traktowano je jak zwierzęta. Gdy ktoś mnie pyta, po co zmieniać ich los, odpowiadam, że należy chronić życie i za wszelką cenę nie pozwalać na powolne, przedwczesne i nieludzkie umieranie. Należy przywracać człowiekowi ludzką godność – przekonuje A. Kalinowski. Z dumą opowiada o tym, jak zmieniło się życie Ambasai, jednego z podopiecznych, który uwielbia podlewać kwiaty w ogrodzie. Wychował się w regionie, gdzie panował straszliwy głód. Brak witamin spowodował u niego dotkliwe skrzywienie kręgosłupa. – Miał garb, ale nie to było najgorsze. Żebra naciskały na serce, zagrażając jego życiu – mówi A. Kalinowski. Dzięki pomocy wolontariuszki z Austrii udało się zorganizować operację w Wiedniu. W Etiopii żaden lekarz nie chciał go ratować. Dziś jest najbardziej pomocny z wszystkich mieszkańców. Deribia natomiast lubi prace kuchenne i pomaga przy leżącej Rahel. Cierpliwie wyciera jej buzię, podczas gdy z obrazu na ścianie spogląda na nie archanioł Gabriel otoczony grupką dzieci. Anioły są w Etiopskim Kościele Ortodoksyjnym, do którego należą podopieczni, bardzo czczone. – Otaczają nas swymi ogromnymi skrzydłami pomocy nawet wtedy, gdy nieraz trudno ją dostrzec przez kurz afrykańskiej ziemi – przekonuje A. Kalinowski.

Indżiry daj nam, Panie

Zanim ręce podopiecznych i opiekunów sięgną do wspólnego talerza po indżirę, czyli tradycyjne etiopskie placki na zakwasie, w niebo płynie modlitwa. – Ciekawostką jest to, że w „Ojcze nasz” po amharsku mówimy: „Indżiry naszej powszedniej daj nam, Panie” – wyjaśnia A. Kalinowski. By nie zabrakło jej w etiopskim domu, potrzeba wsparcia płynącego z Europy. Bez tego dom nie przetrwa. Stąd Adopcja Serca i internetowy sklep www.zakupy.zsercem.org, w którym można zapełnić spiżarnię ziemniakami, cebulą, awokado, jajkami, mąką i innym podstawowymi produktami. – Przemierzając codziennie ulice Addis Abeby, widzę cierpienie i nędzę. Nasz dom jest miejscem dawania nadziei i przywracania godnego życia – podkreśla A. Kalinowski. Wyznaje, że serce mu mięknie, gdy Denka, który kiedyś go bił, kopał i gryzł, teraz rzuca mu się na szyję i chce się przytulić.

Finanse często sięgają dna, ale zawsze pojawiają się aniołowie i dzieje się kolejny „prawdziwy cud”. Tak było przy pojawieniu się Befickera, którego imię znaczy „nowe życie z miłości”. Betel ściśle współpracuje z lokalnymi misjonarzami, którzy są podporą, tłumaczą miejscową mentalność i często stanowią ostatnią deskę ratunku choćby w przypadku poszukiwania potrzebnych lekarstw. Choć Andrzej Kalinowski do Etiopii jeździ od dekady, nie widział jeszcze Lalibeli, Aksum i nie był na safari. Zostawia to na później. Pierwszy jest dom. Na tej ziemi, jak mówi, uczy się też wdzięczności za tak wiele, co w życiu dostał. – Wrośliśmy w tę ziemię. Sąsiedzi postrzegają nas dobrze. Kiedy ostatnio chciałem wynająć trzykołowy wózek do transportu, nie chcieli wziąć ode mnie pieniędzy, a to w Etiopii rzadko się zdarza, „białego” każdy stara się oszukać i naciągnąć. Kiedyś, gdy wsiadłem do busa, nie pozwolono mi kupić biletu, bo pomagam chorym dzieciom. Życzliwość jest, a wsparcie pojawia się w miarę ich możliwości – mówi A. Kalinowski, który wciąż znajduje na świecie nowe przestrzenie do zagospodarowania na rzecz najsłabszych. – Chciałbym, aby nasz dom był kwiatem życia w afrykańskiej rzeczywistości. Wiem, że jest to możliwe, bo dokonaliśmy już tutaj cudów. Wiem, że jeśli ten dom przetrwa, będzie kwitł i owocował. Będzie wydawać na świat kolejne takie domy życia i godności człowieka – mówi ojciec Ruchu Betel. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10