Misje, śmietniki i... więzienie

Nie zawsze jest pięknie i łatwo. Bywają chwile, gdy jest ciężko, gdy myślę, że rok szybko minie, ale wszystko powierzam Bogu - z Nim jest łatwo.

Monice czas płynie bardzo szybko. Tęsknota za Polską jeszcze trochę dokucza, ale nie odbiera jej codziennej radości. Egzotyka Limy, stolicy Peru, nadal zachwyca i odsłania coraz to nowe niespodzianki. Monika ma wrażenie, że to, co przeżywa, jest snem, ale nie... to rzeczywistość, którą podarował jej Bóg.

Monika Winiarska, wolontariuszka z Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosko w Warszawie, wyjechała do pracy misyjnej w Peru 14 lipca 2003 r. Przygotowywała się rzetelnie do tego zadania, uczestnicząc w spotkaniach formacyjnych Wolontariatu, organizowanych przez Salezjański Ośrodek Misyjny w Warszawie. Pragnęła dynamicznie przeżywać swoją wiarę i dzielić się nią w duchu salezjańskim, w duchu radosnej służby dzieciom i ludziom młodym, zwłaszcza tym najbardziej pokrzywdzonym i opuszczonym. Często spoglądała na mapę i marzyła o misjach. Głęboko wierzyła, jak potrafią wierzyć ludzie młodzi, że marzenia się spełniają, i nie zawiodła się. Jest w Peru, pracuje w Limie z chłopcami ulicy. Pomaga ks. Piotrowi Dąbrowskiemu, „zakręconemu” - jak mówią o nim - salezjaninowi, który jest dyrektorem Otwartego Domu Księdza Bosko i troszczy się jak ojciec i matka o swoich 80 dzieci.

Chłopaki i Marlena

Monika wie, że nie jest sama. Jest z nią przede wszystkim TEN, który mówił: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody...”. Ale są z nią też jej najbliżsi, którzy modlą się za nią. I są przyjaciele, koleżanki i koledzy z Wolontariatu, którzy wspierają ją dobrym słowem, modlitwą i organizowaniem pomocy materialnej dla „jej dzieci”. Codziennie zaglądają do Internetu, by na bieżąco uczestniczyć w życiu i oddaniu misyjnym swojej koleżanki.

W niedawno przysłanym e-mailu Monika pisze m.in.: „Mieszkam i pracuję w domu dla chłopców ulicy. Jestem chłopakom trochę jak siostra, trochę jak mama. Pomagam im przygotowywać posiłki, czasem budzę ich rano do szkoły. Sprawdzam, czy mają czysto w szafkach, uczę ich składać ubrania, dbać o porządek. Opatruję ich skaleczenia i częste urazy. Uczę ich nakrywania do stołu, pomagam w lekcjach, uczę angielskiego, a przede wszystkim z nimi rozmawiam.

Najważniejszym punktem dnia jest dla mnie Msza święta, w której mam możliwość uczestniczyć codziennie. To stąd czerpię siły i chęci do pracy z tymi ludźmi. Gdyby nie modlitwa, trudno by tu było żyć i trwać. Przeszkód jest wiele. Podstawowa to słaba znajomość języka. Do tego dochodzi rozłąka z najbliższymi, z rodziną, z przyjaciółmi. Trzeba zawierać nowe znajomości, od początku budować więzi przyjaźni, które potrzebują czasu. Tu na nowo odkryłam piękno modlitwy różańcowej. W Różańcu ofiaruję codziennie Maryi swoje troski, smutki, żale, złości, radości, po prostu wszystko (Ona świetnie rozumie język polski).
 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11