Wierzący w drodze

Boję się chrześcijaństwa statycznego, zadowolonego z siebie, które nie widzi potrzeby, by się zmieniać.

Lipiec i sierpień to czas wzmożonego duszpasterstwa wyjazdowego. Nie tylko tegoroczny, jednorazowy ŚDM. Co roku Kościół organizuje rekolekcje, obozy, kolonie. No i pielgrzymki. W pierwszej połowie sierpnia jest ich szczególnie dużo. Czy na tej podstawie, podobnie jak na podstawie liczby uczestniczących w lekcjach religii, przychodzących do kościoła czy przyjmujących Komunię można coś powiedzieć na temat wiary Polaków?

Coś można, ale obawiam się, że nic szczególnie mądrego. Zawsze zastanawiałem się, kto to człowiek wierzący. Ochrzczony? No wiadomo, niekoniecznie. Taki co chodzi co niedzielę na Mszę? O, to pewnie już tak. Ale z drugiej strony istnieje coś, co określa się mianem „niedzielnego chrześcijaństwa”. To może wierzący są ci, którzy się angażują w takie wakacyjne wyjazdy? No wiadomo, niekoniecznie. I niekoniecznie wszyscy autentycznie wierzący w takich inicjatywach uczestniczą. Więc jak to jest?

Próbuję się czasem zastanawiać, czy ja sam jestem naprawdę wierzący. Oczywiście jeśli chodzi o podstawowy życiowy wybór czy praktyki religijne – jak najbardziej. Ale tak się zastanawiam.... Ot, choćby biorąc uwagę  „Kazanie na górze” czy nawet tylko wczorajszą Ewangelię... Czy naprawdę Jezusowi we wszystkim ufam? W kwestii tego zabezpieczenia swojego życia na ziemi też? A w umiłowaniu życia „cichego i spokojnego” (jak to modlimy się podczas Bożego Ciała) czyli wygodnego... Czy nie przesadzam?

Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie. Nie potrafię więc obiektywnie stwierdzić, jak wiele mi w tej mojej wierze brakuje. I nie chodzi wcale o te grzechy i słabości, które widzę i nad którymi jakoś tam pracuję. Ale ile nie widzę, bo nie chce zobaczyć? Jak wiele jest we mnie niechrześcijańskiego widzenia spraw, niechrześcijańskiego wartościowania?

Nie umiem udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o samego siebie. Tym bardziej nie czuję się więc na siłach odpowiadać na pytanie o stan wiary Polaków. Myślę, że wielu z nas codziennie powtarza jakoś Bogu swoje „tak” i ponawia je gorliwiej, gdy zauważy, że jakoś się „zakurzyło”, że przestało znaczyć, co znaczyć powinno. To znaczy kiedy odkrywamy rozdźwięk między deklaracjami a faktycznym wartościowaniem (nie mówiąc już o faktycznej postawie). I paradoksalnie, myślę, ze to w Kościele jest najpiękniejsze. To – jak powiedział wczoraj przed Aniołem Pańskim Franciszek – traktowanie życia jako czuwania w pracowitym oczekiwaniu, które zapowiada jasny dzień wieczności.

Nie chodzi o to  ile mamy szabel. Czyli ilu z nas deklaruje wiarę. Dużo ważniejsze wydaje mi się to, byśmy mieli świadomość bycia w drodze; świadomość potrzeby ciągłego nawracania się rozumianego jako zmianę sposobu myślenia. I chyba bardziej niż pustych Kościołów obawiam się chrześcijaństwa statycznego, zadowolonego z siebie, które w swoim sposobie patrzenia na rzeczywistość tak naprawdę niewiele się już różni pogańskiej powierzchowności; które każdy niewygodny fragment nauczania Jezusa podda takiej egzegezie, że niczego już w życiu nie trzeba będzie zmieniać....

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10