Bóg zmienia pieluchy

– Nagle zobaczyłem postać w zielonej radosnej szacie, idącą do mnie z góry – opowiada Paweł Krzemiński. – Kiedy stanęła blisko, usłyszałem w sercu, że to Jezus. Między obcymi ludźmi w autobusie zacząłem płakać jak dziecko.


On, dojrzały mężczyzna, ma pewność, że jest ukochanym dzieckiem Boga. – Takim niemowlakiem, który stale wali w pieluchy, a Pan Bóg je zmienia i obmywa mnie – mówi. Miał 38 lat, kiedy doświadczył Jego realnej obecności. O swoim nawróceniu nie umie opowiadać, bo jako człowiek twardo stąpający po ziemi jest pełen wątpliwości, czy ktoś nie uzna, że ma problemy z postrzeganiem świata. Nie lubi, kiedy o nim samym dużo się mówi, a przy takiej okazji nie da się inaczej. – Często słucham, jak inni opowiadają o swoich upadkach, ale sam wstydzę się to robić – przyznaje. – Doświadczyłem zmartwychwstania Jezusa, przeżywając cały ciąg własnych cudownych zmartwychwstań – uwolnienia od palenia papierosów, alkoholu, narkotyków. „Ja jestem dawcą życia” – mówi Bóg. W tym wszystkim, czym żyłem przedtem, była śmierć. 

Zabawy z wężem


Dziadek Pawła Krzemińskiego – Antoni – razem z bratem Władysławem w 1913 r. nakręcił pierwszy polski dokument „Pożar w zapałczarni”. W rodzinnej Częstochowie założył drugie na ziemiach polskich kino – Odeon. Syn Antoniego – Józef – odziedziczył miłość do kinematografii, a że w minionym ustroju w kinach nie można było zobaczyć filmów ze świata, po prostu streszczał je swojemu synowi Pawłowi. Kiedy chłopiec miał 4 lata, nauczył się czytać i po raz pierwszy wybrał się do kina, rozkochując się w nim jak dziadek i tata. Ulubionym filmem, będącym metaforą jego życia, jest obraz koreańskiego reżysera Ki-duk Kima „Wiosna, lato, jesień, zima”. – To historia dwóch mnichów buddyjskich, mistrza i chłopca, którzy przebywają na małej wysepce na jeziorze – przypomina fabułę. – Opowieść z innego kręgu kulturowego, a jednak pełna prawdy o tym, co najważniejsze. Mnisi znaleźli enklawę tam, gdzie zatrzymał się czas. Z ich perspektywy można ostrzej zobaczyć, jak destrukcyjny jest świat, w którym na co dzień żyjemy. To też film o odkupieniu win i zaakceptowaniu tego, co nam się wydarzyło. Pamiętam sceny, kiedy mały mnich w okrutny sposób bawi się z żabą, wężem, rybką, aż wycieńczone zdychają. Przypomina mi to moje złe uczynki, przez które musiała umrzeć jakaś część skrzywdzonych przeze mnie osób. 


Punkowy piorun


– Moi rodzice żyli wiarą, ale nie odnajdywałem się w niej – opowiada dalej. – Dziś mama Zofia ma 94 lata. Tata Józef zmarł 13 lat temu jako 79-latek. Był z wykształcenia ekonomistą, jednak został tłumaczem i dużo czasu spędzał ze mną w domu. Był zdolnym fachowcem, więc próbowano go wciągnąć do partii. Kiedy odmówił, szykanowano go. Po śmierci taty dowiedziałem się, że bezskutecznie namawiano go do współpracy z SB. Chodziliśmy razem do kościoła pw. Nawrócenia św. Pawła Apostoła, ale bardzo tego nie lubiłem. Byłem przerażony, oglądając Jezusa na krzyżu i obrazy męczenników smażonych w kotłach. Kiedy nadarzyła się okazja, żeby któregoś dnia nie pójść na Mszę, skorzystałem z niej i w ogóle przestałem chodzić do kościoła. To zbiegło się z porwaniem mnie przez muzykę rockową. Miałem 16 lat, kiedy usłyszałem kapele punkowe, i wtedy strzelił we mnie piorun. Kazik Staszewski jeszcze przed założeniem Kultu zaproponował mi, żebym w jego pierwszej, dziś legendarnej kapeli Poland grał na basie. No to kupiłem gitarę i dałem z buta w życie. Dołączyłem do punkowców, żeby oderwać się od szaroburego świata. Na irokezy nie było wtedy mody, ale ufarbowałem włosy na odblaskowy pomarańcz, co w szkole pod koniec lat 70. było wydarzeniem. Oglądała mnie wycieczka z pokoju nauczycielskiego. To był kolorowy początek moich poważnych problemów. 


Wino, kobiety i śpiew


– W nowym środowisku było dużo alkoholu, narkotyków, swoboda w sprawach męsko-damskich – wylicza. – Żyłem hulaszczo i bez reguł, jak rockandrollowiec. Kłóciłem się z rodzicami, oblałem rok, zacząłem zmieniać szkoły. Kiedy miałem 26 lat, założyłem rodzinę, bo wydawało mi się, że to pomoże mi się zatrzymać. Żona Elżbieta tego chciała, a ja się zgodziłem, bo już długo ze sobą byliśmy. Czułem też presję naszych rodzin. Żyjąc przez 10 lat w anarchistycznym modelu rzeczywistości, miałem potrzebę bliskości, miłości, ale nie potrafiłem ich dać ani przyjąć. Nie wiedziałem, że już wtedy byłem alkoholikiem. Jako człowiek uzależniony nie potrafiłem rozładowywać napięcia inaczej niż przez używki. Na dodatek wpadałem w nawracające depresje. Największym wyzwaniem była dla mnie praca. Na początku, kiedy założyłem latający antykwariat, wszystko się nieźle zapowiadało. Mogłem sobie stworzyć własną bibliotekę z najlepszych tytułów, a jednocześnie bardzo dobrze zarabiałem na życie. Niestety, przy okazji oduczyłem się systematycznej pracy. Kiedy po kilku latach przestałem zajmować się książkami, zobaczyłem, że nie mam wiele pieniędzy, bo prawie wszystkie przebalowałem. Wydawałem je na „wino, kobiety i śpiew”. 


«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9