Światło dla wszystkich

Z Marią Teresą i Ruggero Badano, rodzicami błogosławionej Chiary Luce Badano rozmawia Joanna Bątkiewicz-Brożek.

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Myślałam, że zastanę Państwa zmęczonych – kilkanaście spotkań w ciągu trzech dni w Polsce. A tu uśmiechy, pełnia energii.

Maria Teresa: Trochę zmęczenia jest. Ruggero: Od beatyfikacji Chiary, czyli od 2010 roku, to nasza 40. podróż. Dopiero!

Gdzie byliście dotąd?

MT: Przejechaliśmy Włochy, byliśmy w Pradze, potem Paryż, Lyon i niemal cała Francja. Następnie Słowacja, Niemcy, Belgia, Szwajcaria, Holandia oraz Światowe Dni Młodzieży w Madrycie i w Rio de Janeiro. Chiara jest ich patronką. R: Nie pojechaliśmy jeszcze do Sassello. (śmiech) Śmieję się, bo tam mieszkamy i tam odwiedzają nas tysiące ludzi.

Nie dziwią Państwa te tłumy chcące słuchać o bł. Chiarze, modlić się do niej?

MT: Byliśmy zaskoczeni napływem olbrzymiej ilości ludzi do Sassello. Jedni przyjeżdżali z intencjami, inni dziękować za łaski, jakie otrzymali za wstawiennictwem naszej córki. Zadziwiająca była liczba młodych, mnóstwo się nawróciło. To dawało radość, siłę, było dla nas światłem. Ale nie rozumieliśmy, co się dzieje. Po upływie miesiąca od utraty Chiary odbywał się zjazd Ruchu Focolare, do którego należymy. Po wahaniach uznałam, że jadę. Kiedy dotarłam do Castel Gandolfo, miałam wrażenie, że wszędzie widzę Chiarę. Rozpaczliwie jej szukałam. I czułam pustkę. Bo z jej odejściem jakby coś ze mnie zniknęło. Jakby odebrano mi macierzyństwo. Nie wiedziałam, kim jestem, co mam robić. Opowiedziałam o tym w czasie spowiedzi. Ksiądz był z zagranicy, mówił po włosku. Odpowiedział mi: „Myśli pani, że Chiara odeszła, nie pozostawiwszy pani innych dzieci?”. Pomyślałam – cóż on mówi, mam swoje lata, z zajściem w ciążę z Chiarą miałam problemy, jakie dzieci? Ale uwierzyłam księdzu. Nie minął tydzień, kiedy do naszych drzwi zapukali pierwsi młodzi ludzie.

I nie przypuszczała Pani, że córka niebawem zostanie ogłoszona błogosławioną?

MT: Oczywiście, że nie, choć wielokrotnie z Ruggero zastanawiając się nad tym, dochodziliśmy do wniosku, że jeśli warunkiem świętości, do której każdy z nas jest wezwany, jest wypełnianie chwila po chwili woli Boga, to tak właśnie żyła Chiara. Pewnego dnia zadzwonił do nas biskup z prośbą o spotkanie. „Dotarły do mnie głosy, że Chiara piękne rzeczy robi z nieba” – powiedział. Odparłam, że nie trzeba od razu tego rozgłaszać. Biskup na to: „Mnie musicie opowiedzieć”.

Wokół działy się cuda. Jakie?

MT: Pierwsza historia dotyczy matki pięciorga dzieci. Zostawił ją mąż, a jedna z córek zaczęła brać narkotyki i zaszła w ciążę. Chłopak też był narkomanem. Uczyłam tę dziewczynę religii w szkole. Jej mama zaczęła modlić się do Chiary o wyzwolenie córki z nałogu. W dniu pogrzebu Chiary, pamiętam, unosiła się gęsta mgła, było szaro i posępnie. I kiedy wyszliśmy za trumną z ciałem naszej córki z kościoła, tuż przy dzwonnicy zobaczyłam tę mamę. Padła na kolana przed trumną i wtedy rozbłysło słońce, potężne światło. Kobieta krzyknęła: Chiara weszła do raju! I raz jeszcze poprosiła ją o łaskę dla córki. Po dwóch miesiącach dziewczyna wróciła do domu.

To była skomplikowana historia, dostała się do gazet.

MT: Tak, bo chłopak chciał wymusić aborcję u dziewczyny i więził ją kilka tygodni w komórce – nikt nie wiedział gdzie. Kiedy policja ją znalazła, dziewczyna leżała obolała na podłodze. Uratowano ją, ale lekarze nie dawali szans dziecku. Dziś ma piękną córeczkę. Pojechała na odwyk, przestała się spotykać z chłopakiem, bo ten groził jej zabiciem. Jej mama nadal się modliła do Chiary. Finał jest piękny, bo dziś oboje są wyleczeni z narkotyków, wybaczyli sobie i są szczęśliwym małżeństwem, mają też syna. Ta matka była pierwszym świadkiem na procesie beatyfikacyjnym Chiary.

Czy zanim cierpienie waszej córki zaczęło przynosić owoce, jako zwykli rodzice śmiertelnie chorego dziecka stawialiście sobie, Bogu, pytania: „dlaczego to wszystko?”, „czemu moje dziecko?”.

MT: Nigdy. Kiedy lekarze poinformowali nas o nowotworze kości u Chiary, razem z Ruggero świadomie powiedzieliśmy nasze „tak” Bogu. Ból był palący, nie do zniesienia. Ale trzymaliśmy się Boga, zaufaliśmy Mu. Kto wie, czy właśnie nie przez to nasze „tak” Bóg otwarł drogę do tylu łask.

Nigdy nie mieliście żalu do Niego, że zabrał wam tak wyczekiwaną córkę?

MT: Nigdy. Trzymaliśmy się tego, co mówi założycielka Focolare Chiara Lubich: kiedy dzieje się coś trudnego, nie zamartwiaj się, ale zajmij się tym. Tak więc opiekowaliśmy się Chiarą, jeździliśmy na operacje, chemioterapię.

Chiara też przyjęła wieść o chorobie bez żalu?

MT: Na początku nie wiedziała, co jej jest. Bolał ją bark, źle się czuła, z trudem chodziła. Pewnego dnia kuzynka zapytała ją: „Chiara, co ci jest?”. Chiara na to: „Nie wiem. Ale to coś bardzo poważnego, bo moja mama nie mówi, że »to nic, że przejdzie«”. Gdy Chiara była mała, kiedy upadła, mówiłam jej, że to nic, że przejdzie. Tym razem milczałam.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7