Od góry do góry

Dla ludzi, pośród których żył, o. Giuseppe Ambrosoli należał do ludu Aczoli. – Dziecko Aczoli, nasz brat, jeden z nas – wspomina włoskiego chirurga i kapłana o. John Olum z Gulu. 20 listopada w Kalongo na północy Ugandy odbędzie się beatyfikacja zmarłego w 1987 roku misjonarza.

Sędziwy Mzee Opiyo i jego żona Celina Maria, których odwiedzam w chwili, gdy pasterze Karimojong przepędzają przez wieś swoje krowy, mówią o Ambrosolim „święty”. Mzee z nieskrywanym wzruszeniem wspomina czas, gdy pracował przy misji. Razem z doktorem wstawiali drzwi w szpitalu. Celina zaś wierzy, że do zdrowia powróciła po ciężkiej chorobie dzięki Ambrosolemu… już po jego śmierci. „Był naszym lekarzem. Jego duch jest wciąż z nami. Wierzę, że przebywa w królestwie Boga”.

Wielu starszych mieszkańców Kalongo wspomina z estymą włoskiego misjonarza. Bo zbliżająca się beatyfikacja to radosna chwila dla ugandyjskiego Kościoła, który sam wydał rodzimych świętych. Wspominani 3 czerwca Karol Lwanga i towarzysze, zabici na rozkaz kabaki Mwangi w 1886 r., zostali kanonizowani przez Pawła VI w 1969 r. Z kolei dwóch męczenników Aczoli, nastoletnich Daudiego Okello i Jildo Irwę, zamordowanych w 1912 r., których wspomnienie przypada 18 października, beatyfikował w 2002 r. Jan Paweł II.

Gdzie czczono węża

Kalongo odwiedzam z ks. Davidem Okullu, proboszczem oddalonego o ponad 250 kilometrów Pabo, gdzie w czasie rebelii Bożej Armii Oporu znajdował się największy w Ugandzie obóz dla uchodźców wewnętrznych. David urodził się w Kalongo w ostatnim roku zbrodniczych rządów Idi Amina. Jako dziecko przyjął chrzest z rąk ojca Ambrosolego. Rodzina Davida mieszka, jak przed laty, w pokrytej słomianym dachem chacie u podnóża malowniczej góry Oret. – Dawniej ludzie czcili na górze węża. Przynosili ofiary, prosili o deszcz. I deszcz przychodził – żartuje przyjaciel. Dziś mieszkańcy Kalongo to mozaika katolików, protestantów i muzułmanów. Nie brak jednak i tych, co na górze dalej odprawiają swoje gusła.

Kiedy w XIX wieku dotarli tu arabscy handlarze niewolników, nazwali górę Jabulabu. W latach 30. XX wieku na pograniczu, które zamieszkiwały grupy etniczne Aczoli i Karimojong, misję założyli kombonianie. Ziemię otrzymali od lokalnego wodza, który nazywał się Kalongo. Po jego śmierci imię przylgnęło i do rozwijającego się miasteczka, i do góry. A ta w 1956 r. przyciągnęła świeżo wyświęconego chirurga z włoskiego Ronago, mieszczącego się w górskiej prowincji Como.

Ambrosoli spędził na misji w Kalongo ponad 30 lat. Zmarł 27 marca 1987 r. w Lira na północy Ugandy. Nazywali go w lokalnym języku Ajwaka Madit, czyli dobry doktor. To tytuł nadawany tradycyjnym uzdrowicielom.

Gdy rok po śmierci misjonarza na cmentarzu u stóp góry, w sąsiedztwie grobu wodza Kalongo, chowano doczesne szczątki kapłana lekarza, ludzie żegnali go jak swojego – tradycyjnymi śpiewami i tańcem bogatej kultury Aczoli.

Masz dobre oczy

„Nazywam się Giuseppe Ambrosoli. Ukończyłem medycynę i moim pragnieniem jest podjąć profesję, aby poświęcić się misjom” – tymi słowami młody Giuseppe latem 1949 r. przedstawił się o. Simonowi Zanonerowi, przełożonemu kombonianów w Rebbio di Como. Kombonianie dotarli do Ugandy w 1910 r. od strony Sudanu. Rozwijali misje na północy Ugandy. W tym czasie Kościół już od kilkudziesięciu lat rozwijał się na południu, wśród ludu Baganda, poprzez ojców białych.

Ambrosoli pochodził z zamożnej rodziny producentów miodu. O rodzinnych korzeniach nie wspominał, zgłaszając się do zakonu. Wyraził natomiast pragnienie służby jako brat i lekarz. Ojciec Zanoner, który sam spędził w Ugandzie ponad 40 lat, odpowiedział mu, iż „absolutnie nie ma żadnych przeszkód”, aby pozostał lekarzem jako kapłan. I tak 1 lutego 1956 r. o. Giuseppe wsiadł w Wenecji na statek o nieprzypadkowej nazwie „Afryka”, aby ostatecznie dotrzeć do położonego wewnątrz kontynentu Kalongo w Ugandzie.

O doktorze Ambrosolim opowiada mi w Gulu s. Rosemary Nyirumbe. Ta ugandyjska zakonnica, założycielka organizacji Sewing Hope (Szyjąc nadzieję), ogłoszona przez „The Times” w 2014 r. jedną ze stu najbardziej wpływowych osób świata za pomoc dziewczętom – ofiarom rebelii Bożej Armii Oporu, laureatka nagrody Veritatis Splendor (Kraków 2016), na początku swej zakonnej drogi pomagała Abrosolemu w szpitalu w Kalongo. – Bardzo wiele mnie nauczył. Teraz będzie błogosławionym. Gdyby to było w mojej mocy, od razu ogłosiłabym go świętym – przyznaje. Kiedyś ją operował. – Byłam przerażona. Powiedziałam: „Chcę wody”. Odparł: „Spokojnie, już poszli do rzeki” – wspomina ze śmiechem jego poczucie humoru.

Siostrę Rosemary ujmowało oddanie i miłość, jakie włoski misjonarz okazywał ludziom. – Jako młoda osoba, wchodząca w życie konsekrowane, uczyłam się od niego tego zaangażowania. Pracował po siedem godzin w szpitalu. Czasem bez jedzenia. Po pracy szedł do kaplicy na modlitwę. I wracał do szpitala.

Przyznaje, że to ojciec Ambrosoli rozpoznał w niej potencjał, którym dziś ona dzieli się z innymi. – Mówił mi: „Nie poddawaj się, siostro. Masz dobre oczy. Będziesz zdolna pomagać ludziom, gdy nauczysz się tego, co ci przekazuję. Pewnego dnia będziesz bardzo potrzebna”. W 1986 roku wybuchła wojna na północy Ugandy. Rosemary wróciła do Moyo, pierwszego domu zgromadzenia. – Prowadziłam centrum zdrowia. Wielu przychodziło z ranami, kulami w ciele. Dzięki doktorowi Ambrosolemu miałam doświadczenie na sali operacyjnej. Myślę, że to zszywanie ludzi stało się początkiem późniejszego „szycia nadziei”. To wszystko zaczęło się od doktora Ambrosolego – mówi s. Rosemary. W czerwcu jako pierwsza kobieta Aczoli obroniła w USA doktorat. Pracę poświęciła postkonfliktowej sytuacji kobiet w północnej Ugandzie.

Różaniec jak muzyka

Na balkonie kościoła w Kalongo znajduje się fresk. Przedstawia doktora Ambrosolego trzymającego na rękach dziecko. – Jego życie nie mogłoby być inaczej odmalowane. On żył dla ludzi, nie dla siebie. Była w nim moc, aby kochać. Chciał, aby ludzie widzieli Jezusa w tym, co robił – mówi siostra.

W Kalongo na misji spotykam o. Ramona Vargaza. Poznaliśmy się przed laty w Gulu. Ramon impregnował kwiaty w domu zgromadzenia w dzielnicy Laibi. Opowiadał o czasach rebelii. Obecnie mieszka w sąsiedztwie domu doktora Ambrosolego. Na werandzie namalowany jest pejzaż Ronago. – Jak widzisz, Giuseppe przyszedł od góry do góry… – Ramon zaprasza do środka. Ten dom to małe miejsce pamięci. Ukazuje prostotę życia misjonarza. Jeden pokój, wąskie szpitalne łóżko, mała kuchnia. A z kuchni – wejście do schronu. Wybudował go w czasie rebelii, aby ludzie mogli się chronić przed rebeliantami. Ramon pokazuje fartuch lekarski, książki, zapiski, pomniejsze pamiątki. I różaniec. – Mówił, że modlitwa z różańcem jest jak muzyka. Może przez chwilę trwać w myślach, zmartwieniach. Zmienia tylko tło muzyczne, które stopniowo przenika atmosferę i ją przekształca – opisuje barwnie misjonarz. „»Zdrowaś, Maryjo« i tajemnice [Różańca] stają się znajomą i cichą muzyką, która towarzyszy chwilom mojego życia. Nigdy nie brakuje cierpień, które wołają o pomoc, a oto pocieszenie tajemnic boleści. Oto trudna sytuacja, która zajmuje mój umysł, a tło ukazuje zstąpienie Ducha Świętego jako mocy z góry. Wspaniale jest powtarzać dla mnie i dla tak wielu ludzi wezwanie »Ojcze nasz«: »Niech przyjdzie Twoje królestwo«” – zapisał ojciec Ambrosoli.

– Był pełen humoru. Miał czas dla wszystkich. Uczył nas piosenek. Znał ich wiele – wspomina s. Martha z Pabo. Była jeszcze dzieckiem, gdy Ambrosoli przyjechał do Kalongo. Jako nastolatka w soboty wraz z innymi dziewczętami sprzątała jego biuro. Doktor kiedyś ją operował. – Kochałam sport. Po operacji miałam nie ćwiczyć, a i tak skakałam. I rana się otwarła. Doktor powiedział: „Lapele”, czyli „niegrzeczna dziewczyno”. I od tego czasu nazywał mnie Lapele. Nawet gdy już wstąpiłam do zakonu – śmieje się s. Martha. – Jego miłość przyciągała. Ludzie przychodzili do niego z ufnością.

To dzięki dobroci Boga

Doktor Augusto Cosulich, który przez trzy lata pracował w Kalongo u boku Ambrosolego, wspomina: „Był prawdziwym chirurgiem ogólnym. Od chirurgii jamy brzusznej po chirurgię urologiczną i ortopedyczną, położnictwo i ginekologię. Nie wahał się przed operacją oka. Był cierpliwym i doskonałym nauczycielem”. Szpital w Kalongo stawiano za wzór do naśladowania.

W pewnym okresie, oprócz o. Giuseppe, na misji jeszcze czterech innych kapłanów pracowało jako lekarze. Wszyscy oni i personel powtarzali, że o. Giuseppe jest znakomitym chirurgiem. Ambrosoli nie przypisywał sobie zasług. Jedynie odpowiadał: „To całkowicie dzięki mocy i dobroci Boga”.

Filmujący życie na misji o. Bruno Carollo, który spędził sześć lat z Ambrosolim, wspomina: „Wiele razy dzwonił do mnie, prosząc, abym sfilmował niektóre fragmenty operacji, które wykonywał. Potem kilkakrotnie przeglądał nagranie. Często słyszałem, jak mówił: »Jakim byłem głupcem! Mogłem uniknąć tego przejścia i pójść alternatywną ścieżką«”.

Patrząc na brata Karola

Był surowy wobec siebie. Już na początku misji, w 1957 r., wyznał, że za mało kocha Ugandyjczyków: „Nie traktuję ich z taką dobroczynnością, jakiej by sobie życzyli i oczekiwali ode mnie, lekarza i misjonarza. Muszę mieć więcej cierpliwości, więcej zrozumienia”. Podczas rekolekcji w 1963 r. zapisał: „Za dużo sprawiedliwości, a za mało miłosierdzia. Zamierzam również złożyć tę obietnicę: traktować Afrykanów z dużo większą miłością, serdecznością i życzliwością, starając się dostosować do ich mentalności”.

W swojej pracy chirurga przejawiał szczególną wrażliwość na kobiety jako matki. „Miłość i wysiłek Giuseppe w ochronie życia dziecka i matki były wyjątkowe. Zawsze było dla niego bolesne, gdy matka umierała po urodzeniu dziecka” – zapisał jeden z jego współbraci. Doktor Giuseppe Belloni, asystujący Ambrosolemu w Kalongo, wspomina jego troskę o kondycję kobiet. „Zdołał dogłębnie uchwycić kulturę ludzi, wśród których pracował, nawet w delikatnej dziedzinie ginekologii. Kobiety polegały na nim, znając delikatność i absolutny szacunek dla ich intymności, jakim je darzył”. Gdy odwiedzał kobiety, to zawsze w obecności pielęgniarki. Absolutnie nie chciał powodować plotek. Według doktora Giuliano Rizzardiniego i jego żony: „Ksiądz Giuseppe miał, zgodnie z tym, co mówi Ewangelia, przejrzystość i czystość dziecka”.

18 sierpnia 1980 r. odkrył brata Karola de Foucauld. Określił to jako swoje drugie nawrócenie. Zaczytany w pismach francuskiego „brata wszystkich ludzi” zapisał: „Muszę kontynuować wysiłek, aby żyć obecnością Jezusa w moim sercu i często zadać sobie pytanie, co zrobiłby On na moim miejscu”. To spotkanie z bratem Karolem przełożył na swoje motto życiowe, które dziś wypisane jest na jego grobie: „Bóg jest miłością. A ja jestem jego sługą dla tych, którzy cierpią”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7