Radość – bezcenny kapitał

Wznieś okrzyk radości – łatwo powiedzieć. Z czego mam się cieszyć?

Może z tobą życie obchodzi się łaskawiej? Warto byłoby sprawdzić, czy czasem nie przywykliśmy już do codziennego narzekania i biadolenia, że gdyby nam nawet przyszło do głowy wyrazić odrobinę zadowolenia, mielibyśmy poczucie czegoś nieprzyzwoitego. Tymczasem był kiedyś mnich, który gdy kogoś spotkał, wołał głośno: „Dziś jest Boże Narodzenie!”. Tamten zdziwiony reagował: „Masz źle w głowie? Przecież jest październik”. „Ależ nie – odpowiadał zakonnik – na pewno dziś jest Boże Narodzenie, bo czuję radość w sercu, że mogę cię zobaczyć”.

Radość to trudny temat. Im bardziej jesteśmy zdołowani, tym bardziej przychodzi nam ochota na rechot: kabarety, dowcipy, ironiczne riposty, złośliwość… Można sobie kpić i naśmiewać się z innych, a mimo to dławić się smutkiem i nie mieć pojęcia, co znaczy „cieszyć się i weselić z całego serca”. Nigdy nie zapomnę pani Marii, którą jako młody ksiądz odwiedzałem. Miała 105 lat. Funkcjonowała między łóżkiem a fotelem. Jej oczy, uśmiech, wyciągnięte ręce na przywitanie mówiły wszystko. „Pani Mario – żartowałem – ja do Pani przyprowadzę moją młodzież z parafii. Oni zawsze struci i nabzdyczeni. Może ich Pani zarazi radością.” Podobnie Lucia, prawie 40-letnia kobieta z Mestre. Gdy odkryła swe powołanie i zgłosiła się do klasztoru benedyktynek w Offidzie, stała się gejzerem radości. Zarażała wszystkich swym niebiańskim nastrojem ta zakochana po uszy w Chrystusie kobieta. Do jej klasztoru pielgrzymowały tabuny smutasów i tragiczek po odrobinę radosnej witaminy.

Iluż świętych było znanych z radości. Święta Teresa z Ávila tańczyła flamenco, św. Filip Neri był znany z nieprzeciętnego poczucia humoru. Garnęło się do tego „Bożego wariata” wielu młodych ludzi z Zatybrza, by zaczerpnąć nieco miłości, jaka go od środka rozsadzała. Żartował z innych, przywracając im pogodę ducha. Na wieść o tym, że św. Ignacego Loyolę trapią wizje i mroczne nastroje, natychmiast udał się do swego hiszpańskiego przyjaciela z poradą: „Ignacio, zjedz coś, a wizje zaraz ci przejdą”.

Brat Albert, poza miłością do biednych i upodobaniem do długich samotnych modlitw, uwielbiał płatać innym figle. Zapytany przez swych uczniów na łożu śmierci, czy ma jakieś ostatnie życzenie, przytaknął, szepcąc im do ucha: „Papierosa”. Jego szelmowskie oczy zdradzały nieskrywaną satysfakcję, że jeszcze tym razem udało mu się bliskim zrobić kawał. Bezcennym kapitałem jest Boże świadectwo w sercu: „Odnowię cię swoją miłością, nie musisz się bać złego”.

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9