Ludzie z domu chleba

Wspólnota założona przez ks. Mirosława Toszę nazywa się „Betlejem”. Bezdomny Jezus spotyka się tu z bezdomnymi.

Reklama

Dziś tworzy ją 25 osób. Kiedy tu przychodzą, przekonują się, że to nie ośrodek pomocy ani przytułek, ale dom. I to taki jak z ulubionej przez księdza piosenki Oli Kiełb, która śpiewa: „Dom to ludzie, nie ściany”. Często ludzie mają domy, a w nich nikogo bliskiego. Zamieszkując tu, każdy zyskuje rodzinę, która za nim stoi. Nie ma podziału na podopiecznych i opiekunów. Każdy ma obowiązki. – Celowo nie przyjmujemy stałych dotacji – podkreśla ks. Tosza. – Utrzymujemy się z pracy własnych rąk. „Betlejem” po hebrajsku znaczy „dom chleba”. Chleba tu nie brakuje. Ale zarabiają na niego sami. Wykonują czynności gospodarskie, latem pracują w budowlance, przy kładzeniu kostki brukowej. Nauczyli się pisania ikon. Dobrze im też wychodzi renowacja mebli. Próbują prowadzić warsztaty pisania ikon dla niepełnosprawnych. Uczą się robić coś dla innych. – Bo z bezdomności wychodzi się nie gdzieś, ale do kogoś – mówi ksiądz.

Kiedyś podczas rozmowy zapytał, co by zrobili, gdyby dostali wędkę. – Ja to bym poszedł na targ, sprzedał wędkę, kupił flaszkę i rybę. Bo dla kogo mam łowić? – zapytał jeden z nich. „Kimś”, do kogo mogą się odnieść, jest dla wielu z nich Chrystus. Choć nikt nikomu nic nie narzuca, centralnym miejscem domu stała się kaplica. Codziennie spotykają się tu przed Mszą na półgodzinnym czuwaniu w milczeniu. Paweł w wieku 29 lat przyjął Pierwszą Komunię. Marek, inżynier budowlany, ma pokój przypominający celę św. Franciszka – dwie koszule, spodnie, kilka książek. Kiedy pracował na recyklingu w Siemianowicach, Antonina Krzysztoń zapraszała go do swojego programu, żeby opowiadał o swojej modlitwie. Z perspektywy śmietnika lepiej niż inni widział niebo.

Kawa z Markiem
Mimo że 14 lutego minie 15 lat od chwili, kiedy ks. Tosza wpadł na pomysł założenia wspólnoty w starej Szkole Podstawowej nr 8 w Jaworznie, każdego dnia uczy się czegoś nowego. Rutynę uważa za grzech główny podejmujących podobne inicjatywy. – Trzeba się pilnować, żeby nie myśleć, że pozjadałem wszystkie rozumy, bo mieszkało u mnie 500 bezdomnych – mówi. – Dlatego, że wybrałem życie z nimi, mogę być postrzegany jak drugi Brat Albert. A tak naprawdę to z niektórymi mogę się tylko mijać przy stole. Modli się, żeby widzieć ludzi, a nie tylko ogólne problemy. Kiedyś Marek uświadomił mu, co się naprawdę liczy. Gdy robili podsumowanie roku, powiedział, że najważniejszy był dla niego wieczór, kiedy ksiądz przyszedł do jego pokoju i wypił z nim kawę. Nieważna była pielgrzymka rowerowa, adoracja relikwii św. Tereski, ale właśnie taki drobiazg. – Realizuje się wielkie programy, a wystarczy usiąść z drugim, okazać mu szacunek i zainteresowanie – mówi. – Nawet nie doradzanie, ale uważne wysłuchanie stwarza człowieka. Człowiek przyciągał go od początku kapłańskiej drogi.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9