Antykoncepcja

Ojca Leona słów kilka m. in. na temat absurdalnych zarzutów wobec Kościoła, dotyczących dzielenia ludzi...

Reklama

Pod adresem: http://www.tyniec.benedyktyni.pl/pspo/ znajdziecie więcej filmów oraz możliwość dyskusji.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • taka jedna...
    13.01.2011 01:30
    Czyli jeśli twierdzę, że kocham Pana Boga, i kocham męża, i kocham swe dzieci, robię co mogę, aby szukać Boga i odpowiedzieć na Jego Miłosć , robię co mogę, żeby odpowiedzieć na milość i potrzeby moich dzieci i robię co mogę, aby miłosć małżeńska trwała i byla oparciem dla naszej rodziny - a... nie planując powiększenia rodziny (przecież tak jak jest czas rodzenia potomstwa, tak jest potem czas jego wychowania, nie mowiac o innych bardziej przyziemnych sprawach jak choćby splaty "kosmicznie" wielkich kredytow mieszkaniowych itd)i stosując prezerwatywy (okresy miesiączkowe bywaja nieregularne) w tym celu, to wg nauk kosciola cięzko grzesze, nie rozumiem praw Bozych, jestem egoistką itp - to cały ten mój trud życiowy, poświecenie i "niedoskonała" miłość wg nauk kościoła "psu na budę" - i tak potepienie, koniec, bo nie spełniam wszystkiego co nakazuje "nauczanie".
    Czasem mam wrażenie, ze tylko Pan Bóg kocha mnie naprawdę, kocha DLA MNIE SAMEJ, nie dla mojej "rozrodczosci", dla mojej ewentualnej i pewnie odległej "bezgrzesznosci", nie dla mojej zdolnosci poswiecania się, nie dla moich dzieł, ale dlatego, że jestem Jego stworzeniem, że chcę należeć do Niego i kochać Go tak jak mówi pierwsze przykazanie miłości - ze wszystkich sił, całym umysłem i sercem, ponad wszystko co jest stworzone.
    Ale nie wiem po co to napisałam, pewnie zostanie to odebrane jak jakaś ...herezja;-)
  • mlodzi
    05.08.2011 14:37
    Nic dziwnego, że ludzie młodzi odchodzą od Kościoła...to że nie chcą mieć dzieci a pragną się kochać z ukochaną osobą robi to nie znaczy że nie kochają Boga...Sama stosuję metody naturalne (metoda termiczna z Cyclotestem) ale nie ze względu na wiarę a na zdrowie. Jestem co prawda zadowolona z tej metody, ale gdyby losy mojej wątroby potoczyły się inaczej, pewnie też korzystałabym z hormonów.
  • chermenegilda
    28.04.2012 12:50
    Szukam i zaczytuję się w rzeczach katolickich na temat antykoncepcji. I znalazłam wywiad z człowiekiem, którego też trochę czytałam i słuchałam i szanuję: http://wyborcza.pl/1,75515,5752125,Antykoncepcja_dzieli_Kosciol.html
    I mam wrażenie, że jest to jedyny głos duchownego za świeckimi w tej trudnej kwestii. Jestem wierząca, wierzę w miłość Boga, w miłosierdzie i w to, że z miłości będziemy sądzeni, a nie z prawa. Jeszcze jako dzieciak, gdy należałam do oazy, potem byłam animatorem, strasznie bolało mnie to, że na wyjazdach w tematach dla chłopców było wiele ciekawych zagadnień, a u dziewczyn w wieku gimnazjalnym - zgodnie z programem oaz dla tej grupy wiekowej - cały czas gadało się o czystości, zasłanianiu ciała, nie prowokowaniu facetów itp. Jednym słowem nasze ciało jest nieczyste, jesteśmy przyczyną grzechu. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że coś jest nie tak, że ta nauka idzie w jakimś złym kierunku.

    Potem koleje mojej wiary różnie się potoczyły, obecnie z wielu powodów bardziej "chciałabym i staram się" być wierząca, moja wiara oddala się od Kościoła katolickiego i jego poglądów. Boli mnie to, bo jednak bardzo głęboko odczuwam potrzebę komunii, chciałabym móc na każdej mszy do sakramentu przystąpić - i wtedy też moja motywacja do pracy nad sobą w kwestiach najistotniejszych byłaby wieksza niż obecnie.

    Jestem mężatką, czasem zdarza się nam stosować prezerwatywy, bardzo chcemy miec dzieci, ale musimy poczekać. Zresztą nie w tym rzecz, jak będziemy już mieć dzieci i nie będziemy planować więcej, też będziemy stosować tę metodę. Cały czas stosuję też obserwację cyklu naturalnego, który ze względu na moje zaburzenia hormonalne jest dość specyficzny, tzn. zwykle trwa 40-45 dni, co wiąże się z 30-35-dniową fazą I i II, kiedy to potencjalnie zajść w ciążę można = 30 dni abstynencji, w których kobieta ma ochotę i jest piękna oraz 10-15 dni na współżycie, kiedy mnie wszystko boli, jestem spuchnieta i najmniejszą ochotę mam na seks.
    Początkowo stawialiśmy tylko na metody naturalne, ale nie wychodziło to na dobre naszym relacjom. Zdecydowaliśmy się więc na prezerwatywy jako metodę najmniej inwazyjną, żeby nie szkodzić organizmowi. I naprawdę jest nam z tym o wiele lepiej, jesteśmy bardziej otwarci na okazywanie sobie czułości itp. Mój mąż nie jest szczególnie religijny, ja staram się uczestniczyć w życiu Kościoła i zwykle robimy to jednak wspólnie. Ale do komunii niet, bo prezerwatywy, w dodatku stosowane z przekonaniem o słuszności decyzji. Moje sumienie w ogóle na nie nie reaguje, natomiast reaguje bardzo mocno i długo przypomina mi np. o tym, że miałam ostatnio mozliwość pomocy człowiekowi, która zajęłaby mi 10 minut, ale tak gnałam przed siebie, że go minęłam i nie pomogłam...
    Długo starałam się przełamać i pójść do spowiedzi, przy okazji zasięgąć porady księdza, ale bałam się tego, co spotykało mnie wcześniej (za kazdym razem!), czyli konieczności wysłuchania mowy, która bardziej odpowiadałaby sytuacji, gdybym dawała każdemu na dyskotece...

    Po roku poszłam, powiedziałam, co mi leży na sercu. Że sądzę, że nie po to Bóg dał mi rozum, wolną wolę, żebym miała wpasowywać moją miłość do męża w jakiś gotowy szablon (tego już nie powiedziałam, ale: który przygotowali ludzie nie żyjący w małżeństwie, nie znający nieraz nawet trudów samodzielnego utrzymania się). Nie po to Bóg dał nam siebie i taką piękną drogę okazywania sobie przywiązania, jedności, żebyśmy mieli na siłę z niej uciekać. I że sumienie mi tego w ogóle nie wyrzuca, natomiast brak pomocy drugiemu - jak najbardziej. Oczywiście kwestia wagi tych 2 spraw została przemilczana, skupiliśmy się na największym grzechu ludzkosci, ksiądz przeszedł jak burza przez aborcję, in vitro, przedmiotowe traktowanie człowieka i że najlepiej pisze o tym JPII i w KKK i dogmaty o Matce Bożej (jest jakiś dogmat o MB i antykoncepcji?!), bo "są takie książki, tylko trzeba wziąć do ręki i poczytać" (z politowaniem; w domyśle: "jesteś durna, idziesz na łatwiznę"). Więc mówię, że czytałam - i JPII, i KKK i wiele innych rzeczy na ten temat. Ksiądz tylko się zatchnął - zrozumiałam to jako "jak możesz być taka głupia i takich prostych rzeczy nie rozumieć" - i kazał mi wybierać, czy idę za Jezusem, bo inaczej nie da mi rozgrzeszenia.

    Naprawdę, ja rozumiem, że oni muszą, bo KK każe i tak naucza, ale odrobina zrozumienia nikomu by nie zaszkodziła, i trochę dystansu i umiejętność "ważenia" grzechów. Bo przecież chodzi chyba o miłość, nie o prawo, nie? Prawo spełnia sie z miłości/ w miłości, ale chyba miłość Boga nie ma na celu oddzielenia mnie od ukochanego człowieka?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9