Cnota czy liberalizm?

Alasdair MacIntyre przenikliwie diagnozuje moralną kondycję nowoczesności. Jako lekarstwo na post-oświeceniową pustkę i etyczny chaos proponuje odnowione ujęcie klasycznej etyki cnót.

Powrót do cnoty jako lekarstwo

Druga część dzieła MacIntyre’a to pokazanie lekarstwa na kryzys moralności opisany w pierwszej części. Autor widzi ratunek w powrocie do tradycji arystotelesowsko-tomistycznej, w odnowieniu tradycyjnej koncepcji cnót.

W opinii MacIntyre’a kluczową rolę odgrywa pojęcie celu (gr. telos). Utraciliśmy pojęcie ludzkiej natury, która wyznacza cel życia. Upraszczając filozoficzny język autora, można powiedzieć, że przestaliśmy rozumieć, iż życie ludzkie ma swój zasadniczy cel, którym jest stawanie się dobrym, doskonalenie w człowieczeństwie. Między „człowiekiem, jaki jest” a „człowiekiem, jaki mógłby być, gdyby realizował istotę swej natury”, zachodzi różnica. Etyka to nauka o tym, jak pokonać tę różnicę, czyli jak stać się kimś szlachetnym. Cnoty to środki do tego celu. Żyć zgodnie z cnotami to znaczy dążyć do celu. Jeśli człowiek nie widzi swojego celu, wtedy wszelkie moralne prawa wydają mu się tylko ograniczeniem, zbędnym ciężarem. Jeśli jednak widzi cel, wtedy cnoty, czyli moralne sprawności (biegłość, mistrzostwo) w czynieniu dobra i pokonywaniu zła, stają się motorem napędowym jego życia, a prawa i zasady etyczne drogowskazami do celu, czyli szczęścia.

Ludzkie działania (uprawianie ziemi, budowa domu, uprawianie sztuki itd.) mają na celu jakieś zewnętrzne dobra (np. dobra materialne, władza, sława), ale nie tylko. Chodzi także o dobra wewnętrzne, których wartości nie mierzy się pieniędzmi czy sukcesem. Owe dobra wewnętrzne to własna doskonałość, głębokie poczucie spełnienia. Dzięki cnotom człowiek rośnie w człowieczeństwie, cieszy się tym, kim się staje. Czyniąc dobro, nie tylko zyskuje jakieś dobra, ale sam staje się dobry. Nawiązując do słynnego rozróżnienia „być” i „mieć”, można powiedzieć, że dobra zewnętrzne należą do obszaru „mieć”, a dobra wewnętrzne do strefy „być”.

MacIntyre akcentuje, że w formowaniu cnót ogromną rolę odgrywa przynależność człowieka do wspólnot, w których wzrasta (rodzina, szkoła, parafia, państwo itd.). W tych wspólnotach człowiek zakorzenia się w jakiejś tradycji. Ważną rolę pełnią opowieści. Ludzie opowiadają historie. Jednostka słuchając tych narracji, odkrywa swoją przynależność. Jej własna historia zostaje włączona w większą historię, w ten sposób zyskuje tożsamość i odwagę do samodzielnych decyzji. „Historia mojego życia jest bowiem zawsze wpleciona w historię tych wspólnot, z których wywodzę moją osobową tożsamość. Rodzę się z określoną przeszłością i próba odcięcia się od tej przeszłości w trybie indywidualistycznym oznacza deformację moich obecnych stosunków ze światem”. Dlatego bezcenne jest opowiadanie dzieciom bajek, historii. „Odebrawszy dzieciom ich opowieści, pozostawilibyśmy je niewpisane w żaden scenariusz, uczynilibyśmy z nich wylęknione jąkały w ich słowach i czynach”. Nie znaczy to wcale, że człowiek musi bezkrytycznie, mechanicznie przejmować całość swojego dziedzictwa. Jego cnoty muszą wzrastać w dialogu lub w sporze z żywą tradycją. MacIntyre dystansuje się od jałowego konserwatyzmu, który nie dopuszcza żadnej zmiany. Podkreśla, że napięcia we wnętrzu tradycji są ważne dla jej żywotności.

Nietzsche albo Arystoteles

Postuluje budowę lokalnych wspólnot, „w których możliwe byłoby zachowanie dobrych obyczajów oraz życia intelektualnego i moralnego w obliczu epoki nowego barbarzyństwa”. Tym bardziej że, jak zauważa, barbarzyńcy „od pewnego czasu sprawują nad nami władzę”, a „fakt, że nie uświadamiamy sobie tego, stanowi element naszej skomplikowanej sytuacji”.

Konkluzja „Dziedzictwa cnoty” jest następująca: stoimy dziś przed wyborem – Nietzsche albo Arystoteles. Albo jakaś wersja liberalnego indywidualizmu, albo jakaś wersja tradycji arystotelesowskiej. Różnice między tymi dwoma etycznymi kierunkami są bardzo głębokie, to dwie różne antropologie, dwa skrajnie odmienne widzenia ludzkiego świata. Oto sedno konfliktu, który rozgrywa się na naszych oczach w świecie polityki, kultury, mediów, także religii.

MacIntyre argumentuje jako filozof, czyli nie odwołuje siędo wiary. Uzasadnia w swoich pracach, dlaczego bardziej racjonalnym wyborem jest tradycja arystotelesowsko-tomistyczna. Staje się w ten sposób sojusznikiem Kościoła i nowej ewangelizacji. Aby skutecznie bronić dziś człowieka przed chorobami modernizmu, konieczna jest świadomość filozoficznego zaplecza sekularyzacji. Nawiązując do modnej dziś ekologii, można powiedzieć, że naszym oponentom trzeba zajrzeć do pieca, jakimi świństwami palą, czym nas trują. I monitorować cały czas stężenie trucizn w kulturowej atmosferze. A po drugie konieczna jest świadomość, że katolickie zasoby mądrości, filozofii, etyki, tradycji nie straciły bynajmniej swojej mocy, są jak czystsze powietrze dla duszy i umysłu. Nie chodzi o „mechaniczny” konserwatyzm, ale o twórczą wierność. „Nie czekamy na Godota, lecz na kogoś innego, na kolejnego – bez wątpienia bardzo odmiennego św. Benedykta” – przekonuje MacIntyre.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • X
    24.02.2018 13:01
    Do tego co można dodać do pana profesora to to, że powrotowi do cnót powinno towarzyszyć pragnienie powrotu do raju, czyli pragnienie bezgrzesznego życia od pewnego momentu. Same cnoty to za mało. Cnotom powinny towarzyszyć charyzmaty, tak, aby katolik był czytelnym znakiem dla ludzi na zewnątrz Kościoła. Ponadto celem pośrednim nabywania cnót powinno być dążenie do nieśmiertelności już tu na ziemi co się stanie, gdy odzyskamy utracony raj i zjemy owoc z drzewa życia. Cnotom powinna towarzyszyć wiara jak ziarnko gorczycy, dzięki której Kościół broniłby się przed napaścią człowieka i piekła.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9