Cnota czy liberalizm?

Alasdair MacIntyre przenikliwie diagnozuje moralną kondycję nowoczesności. Jako lekarstwo na post-oświeceniową pustkę i etyczny chaos proponuje odnowione ujęcie klasycznej etyki cnót.

Teatr ułudy

Połowa „Dziedzictwa cnoty” to krytyka kondycji moralnej nowoczesności. Dzisiejsza moralność nie jest już tym, czym była kiedyś – twierdzi MacIntyre. Utraciliśmy tradycyjną moralność, która bazowała na przekonaniu o obiektywności dobra i zła oraz autorytecie, od którego ta obiektywność pochodzi. Nie stało się to nagle, ale był to proces, który trwał przez trzy ostatnie wieki. Jego efektem jest nowoczesna moralność, która składa się z fragmentów ocalałych z rozbitej całości. Posługujemy się nadal pojęciami etycznymi, dyskutujemy o moralności, ale nie jesteśmy w stanie się dogadać, bo mamy do dyspozycji tylko „zbiorowisko szczątków” z rozbitej całościowej opowieści (narracji) o człowieku. To dlatego debaty na tematy etyczne mają tylko pozór racjonalności. Wszelkie odwołania się do norm niezależnych od osobistych preferencji stały się iluzją. Mamy dziś do czynienia z różnymi narracjami, które nie przystają do siebie w żaden sensowny sposób. „Współczesne spory [etyczne] – pisze MacIntyre – to nic innego jak tylko ścieranie się sprzecznych woli, z których każda rządzi się określonym zespołem własnych arbitralnych wyborów”. „Terminy takie jak »cnota«, »sprawiedliwość«, »pobożność«, »obowiązek«, a nawet »powinność« (…) stały się czymś innym, niż były kiedyś”. Nawet najbardziej podstawowe pojęcia „dobry” i „zły” straciły właściwe sobie znaczenia.

Dzisiejszą kulturę przenika emotywizm, twierdzi szkocki filozof. Cóż to takiego? To pogląd, który głosi, że nie ma i nie może być żadnych obiektywnych standardów moralnych. Wszelkie sądy moralne są z definicji tylko wyrazem osobistych preferencji, skłonności lub uczuć. Kiedy więc ktoś twierdzi, że dany czyn jest zły lub że dany czyn jest dobry, nie mówi o faktach. Sądy moralne wyrażają tylko skłonności lub uczucia, więc nie są ani prawdziwe, ani fałszywe, i dlatego nie można uzyskać zgodności w sprawie uznania lub odrzucenia określonego sądu moralnego za pomocą jakiejkolwiek racjonalnej metody. Żadna sensowna dyskusja na tematy etyczne nie ma końca i jest jedynie próbą przeciągania innych na swoje pozaracjonalnymi metodami (krzykiem, prawem, naciskiem politycznym, medialnym itd.). MacIntyre wykazuje błąd emotywizmu. Zarazem twierdzi, że redukcja moralności do osobistych upodobań jest zasadniczą trucizną, od wewnątrz „trawiącą” nowożytność.

Emotywizm jest pochodną ideologii liberalnego indywidualizmu. „Z punktu widzenia indywidualizmu jestem tym, czym postanowiłem zostać. Zawsze mogę, jeżeli zechcę, zakwestionować to, co uznaje się za jedynie przygodne cechy społeczne mojego istnienia” – zauważa MacIntyre. Nie można już odwoływać się do jakiejś wspólnej wszystkim natury lub tradycji, do której przynależy jednostka. Wolność jednostki jest absolutem. Ta wolność jest pojmowana jako niezależność od przymusu i zasad. Wszystko zależy od tego, co zechcę włączyć do swego światopoglądu. Indywidualizm głosi, że to nie jednostka służy wspólnocie, lecz konkretna osoba ma prawo korzystać z dobrodziejstw społeczności i sama decydować, w jakim stopniu zaangażuje się w życie społeczne. „Jednostka staje się swoim własnym ostatecznym autorytetem w najbardziej ekstremalnym z możliwych znaczeń” – powiada filozof.

Dominacja emotywizmu i liberalizmu powoduje, że we współczesnych debatach etycznych tak wielką rolę odgrywa powoływanie się na prawa człowieka, protestowanie przeciwko komuś lub czemuś oraz demaskowanie oponentów. „Nasza moralność to w niepokojąco wielkiej mierze theatrum ułudy” – twierdzi MacIntyre. Liberalizm, który teoretycznie głosi wolność człowieka, faktycznie czyni go bezbronnym wobec manipulacji silniejszych czy głośniejszych, zwłaszcza polityków. Jest w tym paradoks, że oświecenie, które głosiło triumf rozumu uwolnionego od tradycji, religii, konwencji, przesądów i innych ograniczeń, prowadzi w obszarze etyki do woluntaryzmu, czyli wyższości woli nad rozumem.

Fiasko etyki proponowanej przez filozofów postoświeceniowych najlepiej wyraża Nie- tzsche. Emotywizm i indywidualistyczny liberalizm w jego przypadku przybierają postać skrajną, ale przynajmniej uczciwie nazwaną. W „Woli mocy” (wymowny tytuł!) Nietzsche kreśli ideał „wielkiego człowieka”. To samowystarczalny autorytet, który idzie sam albo staje na czele. „Potrzeba mu nie »pokrewnej duszy«, ale niewolników, narzędzi: w spotkaniach z ludźmi zawsze chce ich wykorzystać. (…) Jest w nim samotność, która jest poza zasięgiem pochwały i nagany, nie ma odwołania od wyroków jego własnej sprawiedliwości”. „Należy się spodziewać, że liberalne, indywidualistyczne społeczeństwa będą wytwarzać od czasu do czasu »wielkich ludzi«. Niestety!” – zauważa gorzko MacIntyre.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • X
    24.02.2018 13:01
    Do tego co można dodać do pana profesora to to, że powrotowi do cnót powinno towarzyszyć pragnienie powrotu do raju, czyli pragnienie bezgrzesznego życia od pewnego momentu. Same cnoty to za mało. Cnotom powinny towarzyszyć charyzmaty, tak, aby katolik był czytelnym znakiem dla ludzi na zewnątrz Kościoła. Ponadto celem pośrednim nabywania cnót powinno być dążenie do nieśmiertelności już tu na ziemi co się stanie, gdy odzyskamy utracony raj i zjemy owoc z drzewa życia. Cnotom powinna towarzyszyć wiara jak ziarnko gorczycy, dzięki której Kościół broniłby się przed napaścią człowieka i piekła.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9