Mnich lubiński

Wszedł do tynieckiego kościoła i wtedy coś w nim pękło, albo lepiej: coś się w nim otworzyło. Zabłysło światło – jego źródło znalazł w Wielkopolsce.

Reklama

Sala Mickiewicza – lubi to miejsce. Zawsze prowadzi tu swoich gości, siada przy dużym stole, w gablotach wyłożone „wieszczowe” drobiazgi, a nad nimi pamiątkowa płyta z 1932 r., ufundowana w 100-lecie pobytu w Kościanie i okolicy – w Lubiniu zapewne też – sławnego Adama. Tym razem jest tak samo, liczy po cichu, że rozmowa nie przeciągnie się zbytnio, że w pół godziny wyczerpie temat. Gdy miną dwie i pół – będzie zaskoczony i zmęczony.

Istnieje gorliwość dobra

Długo myśli, gdy ma zacząć od początku. – Owszem, jestem jedynakiem – zaczyna wreszcie. – Zawsze chciałem mieć rodzeństwo. Tak jak inni bić się o klocki, rywalizować o względy, móc się zwierzyć, mieć zawsze najbliższego pod ręką – przyznaje. Jako dziecko był zamknięty w sobie. Ostrożny w nawiązywaniu znajomości. Nieufny? Może nie aż tak. Wolał słuchać niż się bawić i skupiać na sobie uwagę. Patrzył z boku – także w szkole. Trzeba było burzy hormonów, żeby zaryzykował otwarcie się.

Pomogła wałbrzyska budowlanka, którą wybrał po podstawówce. Jego klasy, składającej się z przyszłych – uwaga! – technologów robót wykończeniowych w budownictwie, nauczyciele nie lubili. Chłopcy byli za bardzo zgrani, dobrze się ze sobą czuli, ich siłą była solidarność – także w tym, co dzisiaj wydaje się głupie, niepotrzebne i szczeniackie. Im jednak to odpowiadało. Jemu też – z nimi było bardzo dobrze. Wtedy też posmakował braterstwa. Niedoskonałego, ale jednak. Przekonał się, co to znaczy, gdy masz za sobą kolegów, na których możesz polegać, którym ufasz, którzy pójdą za tobą, będą cię wspierać i będą się z tobą liczyć. Czemu? Bo cię akceptują.

Z tego samego powodu, ale tym razem intuicyjnie, gdzieś na dnie duszy majaczyło pragnienie wstąpienia do zakonu. Chociaż jego Mieroszów jest parafią diecezjalną, to jednak widział siebie w zakonie. Później, w czasie matury, jego ówczesny proboszcz, ks. Władysław Strach, namawiał go, żeby jednak poszedł do seminarium w Legnicy. On jednak wiedział swoje, czy raczej tęsknił za czymś innym. – Klasztor kojarzył mi się z ciszą, tajemnicą Boga i tajemnicą człowieka, który chowa się za murem, żeby Bóg łatwiej mógł go znaleźć – dopowiada.

Szacunek i grzeczność

To, co w budowlance było raczej kumplostwem, nabrało całkiem nowego wymiaru w nowicjacie u pallotynów. Bo nie pomogły długie rozmowy z proboszczem, argumenty, przekonywanie. Nie pomogły rekolekcje w legnickim seminarium. – Niby było w porządku, ale klerycy mnie nie przekonali. Pallotyni nowicjat mają w Ząbkowicach Śląskich. Tam spędziłem rok. Ważny czas, wtedy poznałem fundamenty wspólnoty, zakonnego życia – wspomina.

Jako dwudziestolatek zaczął więc ćwiczyć się w akceptacji drugiego takim, jakim on jest: z jego zaletami i wadami. Sporo to go, jedynaka, kosztowało, ale dzielnie płacił cenę, byle tylko nie mieć wątpliwości, doświadczyć na własnej skórze, że im bliższe więzy, tym trudniej jest o nie dbać, tym bardziej są wymagające, tym więcej kosztują. – Bo trzeba rezygnować ze swoich planów, bo trzeba liczyć się z wolnością tego drugiego, bo twój świat jest tak mocno zależny od nastroju, temperamentu i wychowania twojego współbrata – wylicza. Wtedy też, w trakcie nowicjatu, odkrył księgę pocieszenia, księgę, która całemu temu wysiłkowi nadała sens i z której czerpał siłę, by swoje egoizmy, wygodnictwo i pychę kruszyć. Pokochał Biblię. Ona ma moc – gdy tylko zacznie się ją medytować, gdy zacznie się jej smakować, wgryzać się w nią najpierw zębami rozumu, a potem serca.

Nowicjat to jeszcze jedno ważne doświadczenie. Wycieczka do Krakowa. – Jednym z jej punktów był Tyniec – wraca do tej chwili, gdy otworzył się przed nim nowy świat. – Gdy weszliśmy do czarno-białego kościoła, gdy kątem oka zauważyłem jakiegoś mnicha, gdy zabolała mnie cisza, jaka tam panowała, wtedy coś we mnie zaskoczyło. Jedno się skończyło, ale rozpoczęło się inne. Wiedziałem już, że pallotyni to nie to, że to, czego miałem się od nich nauczyć, już dostałem – mówi. Później, gdy ojciec duchowny patrzył w płonące oczy i słuchał drżącego z wrażenia głosu nowicjusza, nabrał przekonania, że potrzeba mu czasu. Na rozeznanie. Młody zgodził się. Zaufał ojcu. Został i wytrzymał w pallotyńskim seminarium kolejne długie cztery lata. – Nie był to czas zmarnowany – zapewnia.

– Studiowałem w Ołtarzewie koło Warszawy. A ta daje duże możliwości. Bywaliśmy w stolicy, braliśmy udział w wydarzeniach kościelnych i kulturalnych. Tam podczas praktyk duszpasterskich poznawałem ludzi i na ludzi się otwierałem. Sprawdzałem się w terenie, próbowałem sił w parafii i przyglądałem się plebanijnemu życiu, Ale to też nie było to, o co mi chodziło. Niemniej to również cenna wiedza – przyznaje.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8