Pan Bóg – sam real

O spotkaniu z Franciszkiem, wymarzonej pracy i Panu Jezusie, który daje wyśnione prezenty, z s. Teofaną Ostasiewicz, karmelitanką Dzieciątka Jezus rozmawia Agata Puścikowska.

Reklama

Agata Puścikowska: Z jakiego domu pochodzisz?

S. Teofana Ostasiewicz: Wspaniałego. Zawsze mi się wydaje, że nie zasłużyłam na tak dobrych rodziców... Mama polonistka, tata, z wykształcenia rolnik, wiele lat pracował z osobami niepełnosprawnymi – to było jego prawdziwe powołanie. Mam dwóch kochanych starszych braci, z którymi toczyłam... mniejsze lub większe wojenki. Od dziecka też marzyłam o siostrze. Starszej siostrze.

Nierealne.

Realne właśnie! Dla Pana Jezusa nie ma nic niemożliwego. Gdy byłam w szkole podstawowej, rodzice (nieformalnie) adoptowali Agnieszkę, starszą ode mnie o 7 lat. Ona potrzebowała rodziny, my potrzebowaliśmy jej. Jezus załatwił mi więc starszą siostrę. A potem dużo starszych sióstr. I młodszych też. W Karmelu. (śmiech) Siostra Agnieszka zresztą zaraziła mnie miłością do osób niepełnosprawnych umysłowo: studiowała pedagogikę specjalną. Pod koniec podstawówki, gdy stałam na życiowym rozdrożu, zabrała mnie na obóz, w którym uczestniczyli jej podopieczni. Te dwa tygodnie dobrego czasu utwierdziły mnie w postanowieniu, że praca z niepełnosprawnymi umysłowo to moje powołanie. Jednocześnie powołanie zakonne coraz mocniej się we mnie odzywało. Nie bardzo wiedziałam, jak to połączyć. Wydawało mi się niemożliwe.

Jaka grzeczna dziewczynka: dobry dom, piękne plany, zero buntu...

Ale kto powiedział, że zero buntu? Ja się mocno buntowałam, spierałam w sobie i na zewnątrz. Jak się ma dwóch starszych braci, to raczej nie jest się potulnym barankiem. Byłam mocno waleczna, taka łobuzica. I dopiero jak doznałam wielkiej Bożej miłości, pod koniec klasy ósmej, jak już się porządnie nawróciłam, zaczęłam iść konkretną drogą. Pod koniec podstawówki doświadczyłam najważniejszej spowiedzi życia. I po raz pierwszy poczułam, że jestem ukochanym dzieckiem Boga i że... Bóg naprawdę istnieje. To było wyjątkowo namacalne. Wtedy wiedziałam już, że Bóg jest żywy, że chodzenie do kościoła to nie jakiś rytuał czy zwyczaj, ale największa potrzeba. Bóg jest żywy! Nie ma innej opcji. W liceum uczestniczyłam już świadomie w codziennej Mszy św. Czułam, że dla Niego warto oddać wszystko, bo Bóg to czysty real.

Wtedy już wiedziałaś, że pójdziesz do zakonu? Mówiłaś o tym rodzicom?

Rozeznawałam, modliłam się, żeby to wszystko wyszło jak najlepiej... A rodzicom delikatnie sygnalizowałam. Chociaż raczej to do nich nie docierało. (śmiech) W czwartej klasie powiedziałam im o swojej decyzji. Najpierw troszkę popłakali. Potem pogodzili się z decyzją. W końcu zaczęli się cieszyć razem ze mną.

Dlaczego wybrałaś karmelitanki Dzieciątka Jezus?

To był rzeczywiście trudny wybór, bo w Polsce jest tyle różnych zgromadzeń. Wzięłam do rąk książkę pt. „Leksykon zakonów”, przeczytałam. Do czterech zgromadzeń, które wydawały mi się najbardziej interesujące i odpowiadające mojemu charakterowi, napisałam. Najszybciej i najcieplej odpisała ówczesna matka generalna karmelitanek Dzieciątka Jezus. Po maturze pojechałam więc do sióstr na rekolekcje. I... zostałam na zawsze. Rozpoczęłam postulat. A potem była pierwsza profesja: w białej sukience, wianku niemal identycznym jak ten od Komunii: z żywych stokrotek. Przepiękny czas i wspomnienia. Rozpoczęło się życie zakonne...

I pewnie efekt: „spodziewałam się czegoś innego”? Bywało trudno?

Wiadomo, że wyobrażenia o życiu wspólnotowym różnią się od rzeczywistości. Jednak miałam dużo szczęścia, bo odkrywanie tych różnic nie powodowało frustracji czy zawodu. Owszem, żyjąc wśród sióstr, poznaje się ich słabości. Ale przede wszystkim poznaje się swoje wady i słabości. Wcześniej nie znałam swoich (aż tylu) wad. W zgromadzeniu mam szansę nad nimi pracować.

Słabości s. Teofany. Słucham.

Naprawdę dużo tego. Chyba najtrudniej mi uporać się z wybuchowym temperamentem. Jestem cholerykiem. Jest ten nerw, za dużo gadania i marudzenia. Na szczęście, dla sióstr i dla mnie samej, jest i refleksja oraz przepraszam. To ważne we wspólnocie: można się różnić, ale potem po prostu trzeba oczyścić atmosferę, relację. I żyć dalej. A poza tym to... mam problem z rannym wstawaniem. Musimy wstawać o piątej rano. Mnie się zdarza o tym zapomnieć. (śmiech) Mam też ogromny problem z wystąpieniami publicznymi w charakterze... gitarzystki. Umiem trochę grać, na potrzeby własne i moich podopiecznych (oni zawsze mnie chwalą i akceptują). Ale czasem trzeba wyjść z nimi przed szerszą publiczność i akompaniować podczas występów naszej warsztatowej grupy teatralnej. To dla mnie katorga. Wstydzę się i boję. Muszę mocno się przełamywać, żeby dać radę... I nie umiem gotować. Kiedyś przez pół roku pracowałam w kuchni i niby się czegoś nauczyłam. Ale szczerze mówiąc, chyba nie mam do tego ani serca, ani zdolności. Potrafiłam spalić ciasto z zakalcem. Szczytem moich umiejętności kulinarnych okazała się pizza.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8