Zewnętrzne gesty nie pomogą

Czy tytułowanie Chrystusa „królem Polski” to dobry pomysł? Odpowiada delegat KEP ds. Ruchów Intronizacyjnych bp Stanisław Jamrozek.

Franciszek Kucharczak: Niedawno z udziałem Księdza Biskupa odbył się w Warszawie Ogólnopolski Kongres Jezusa Chrystusa Króla. Okazją była piąta rocznica aktu przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana. Sformułowanie „Król Polski” nigdzie nie pada, choć domagają się tego niektóre polskie ruchy intronizacyjne. Biskupi jednak tego nie chcą. Dlaczego?

Bp Stanisław Jamrozek: Taka intronizacja „króla Polski” oznaczałaby, że my każemy Panu Jezusowi usiąść na tronie i my Go ustanawiamy królem. Tymczasem my, jako Konferencja Episkopatu Polski, wychodzimy z założenia, że nie możemy Chrystusa intronizować, bo On już jest królem z ustanowienia samego Boga Ojca. Święty Paweł pisze, że „Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię” (Flp 2,9). I sam Jezus mówi: „Jestem królem”, dodając, że Jego królestwo nie jest z tego świata.

Osoby zrzeszone w niektórych ruchach intronizacyjnych powołują się na objawienia krakowskiej mistyczki z pierwszej połowy XX wieku, Rozalii Celakówny. Pisała ona, że „ostoją się tylko te państwa, w których będzie Chrystus królował”, i wzywała do przeprowadzenia intronizacji Najświętszego Serca Jezusowego „we wszystkich państwach i narodach na całym świecie”. Na tej podstawie ludzie ci domagają się intronizacji mającej rangę aktu państwowego. Nawet gdyby to było dziś możliwe, czy nie groziłoby sojuszem tronu z ołtarzem?

Rzeczywiście, byłoby takie zagrożenie. Jeśli traktowalibyśmy Jezusa w kategoriach ziemskich, mógłby powstać taki sojusz. Domaganie się formalnego ogłoszenia Jezusa Chrystusa królem Polski wskazuje na myślenie magiczne. Tak jakby taki zewnętrzny akt miał spowodować, że po nim wszystko w Polsce się zmieni. Tymczasem skoro Jezus jest królem Wszechświata, to znaczy, że jest także królem naszego narodu. Bardziej chodzi o to, żebyśmy zmieniali się wewnętrznie i zaczęli realizować te przyrzeczenia, które zostały złożone w czasie aktu przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana pięć lat temu.

Osoby zaangażowane w ruchy intronizacyjne często roztaczają wizję powszechnej katastrofy, jeśli nie będzie konkretnego sformułowania „król Polski”.

Przyznam, że niepokoi mnie popularność tych katastroficznych wizji. Otrzymuję takie pisma, których autorzy alarmują, że jeśli nie zrobimy tej intronizacji Jezusa na króla Polski, to zdarzą się ogromne nieszczęścia. A przecież prawdziwym objawieniom towarzyszy zawsze przesłanie nadziei. Poza tym katastroficzna wizja historii przeczy prawdzie o Chrystusie, nazywanym przez św. Faustynę Królem Miłosierdzia.

Skoro objawienia Rozalii Celakówny wywołują takie neurotyczne reakcje, czy oznacza to, że są nieautentyczne?

To są objawienia prywatne, a do takich Kościół zawsze podchodzi z rezerwą. One nie mogą stanowić przesądzającego argumentu. Inna sprawa, że Rozalia Celakówna nigdy nie mówi wprost, że trzeba Jezusa ogłosić „królem Polski”, mówi tylko o intronizacji Serca Jezusa. Samo zaś pojęcie intronizacji jest dość nowe. Używa się tego terminu dla podkreślenia królowania Jezusa, ale przede wszystkim w naszych sercach, w życiu osobistym.

Celakówna wiosną 1939 r. pisała o wielkich grzechach narodu polskiego, za które „sprawiedliwość Boża chce ukarać ten naród”. Ratunkiem miałoby być uznanie Jezusa za Króla i Pana „w całym tego słowa znaczeniu, tzn. (...) w całym państwie z rządem na czele”, potwierdzone porzuceniem grzechów i nawróceniem. Ale to było w przeddzień II wojny. Można powiedzieć, że Polska nie została „uratowana” i przeszła przez piekło wojny. Czy nie można by zatem założyć, że przesłanie Celakówny odnosiło się raczej do tamtego czasu niż do obecnego?

Myślę, że bardziej odnosiło się to do II wojny światowej, ale ta refleksja słabo się przebija. Nawet w czasie niedawnego kongresu w Warszawie były osoby, które natarczywie domagały się intronizacji Jezusa na króla Polski, uważając, że rozwiąże to wszystkie nasze problemy. Ale prawdziwym rozwiązaniem problemu jest zmiana naszego postępowania – odrzucenie grzechu i zwrócenie się ku Panu Bogu. To jest rzeczywistość, która nas przemienia. Gdy zrealizujemy przyrzeczenia złożone 5 lat temu w Łagiewnikach, będziemy mogli powiedzieć, że Bóg rzeczywiście zakrólował. Chodzi za mną ostatnio fragment z Księgi Zachariasza, w którym jest powiedziane: „Chcemy iść z wami, albowiem zrozumieliśmy, że z wami jest Bóg” (8,23). Jeśli człowiek nosi w sobie Boga, pociągnie do Niego innych. Jeżeli jest daleko od Pana Boga, to zewnętrzne gesty nic nie pomogą. Nie sprawią, że inni też przyznają się do Chrystusa i pójdą za Nim. Zmieniając siebie, zmienimy Polskę. Nie inaczej…

Czy zatem nie należałoby powiedzieć jasno: „Nie będzie państwowego aktu intronizacji Chrystusa na króla Polski”? Obecny kontekst społeczny, kulturowy i polityczny jest przecież zupełnie inny niż za czasów Celakówny i coś takiego nie jest dziś ani słuszne, ani możliwe.

Istotnie, rzeczywistości ziemskiej nie można przekładać na rzeczywistość niebiańską. Tam są inne prawa: „Sprawiedliwość, radość i pokój w Duchu Świętym”. Przypisywanie samej intronizacji magicznej roli stoi w sprzeczności z tym, czym jest istota królestwa Bożego. Bardziej chodzi o to, żebyśmy zaczęli przestrzegać Bożego prawa, żebyśmy radość z bliskości Pana dzielili z innymi ludźmi i żebyśmy mieli pokój. Bo jeśli sami go otrzymujemy od Chrystusa, będziemy go mogli dać innym. Jeśli rzeczywistość Boża, nadprzyrodzona, jest między nami, możemy ją już smakować, ale, powtórzę, zewnętrzne akty do tego nie doprowadzą.

Czy możemy więc powiedzieć, że posługiwanie się pojęciem Jezusa jako „króla Polski” jest błędne?

Myślę, że tak, bo jest to ograniczanie królowania Chrystusa do naszego narodu, a On jest przecież Królem wszystkich. Jego królestwo jest czymś powszechnym i obejmuje wszystkich. Poza tym pojęcie „Jezus Chrystus Król Polski” otwiera przestrzeń do różnych manipulacji i nadużywania imienia Bożego do spraw politycznych. Może rodzić pokusę nie tylko wspomnianego magicznego myślenia o sprawach narodowych, ale także kreowania czegoś w rodzaju teokracji.

Oponenci jednak wskazują, że mówimy „Maryjo, Królowo Polski”, a tytuł ten pochodzi z aktu państwowego.

Sądzę, że kogoś, kto jak każdy z nas pochodzi z ziemi, możemy koronować. Maryja jest jedną z nas, naszą Matką w wierze i figurą Kościoła. Natomiast Jezus Chrystus, Bóg wcielony, jest Królem i wyniesienie Go na „tron państwowy” nie jest uzasadnione.

Czy nie jest tak, że obecnie sprawa intronizacji przynosi więcej problemów niż duchowego pożytku?

Wprawdzie jest spore zamieszanie wokół idei królowania Chrystusa Pana, ale nie można się zgodzić, że jest więcej problemów niż pożytku. Wszyscy dojrzewamy i potrzebujemy pogłębienia tej fundamentalnej prawdy o Chrystusie Królu. Aczkolwiek w środowiskach intronizacyjnych jest duża grupa ludzi, którzy chcą iść razem z Kościołem, jest jednak wielu, którzy gubią się we własnych interpretacjach. Najsmutniejsze jest to, że nawet ludzie gorliwi po prostu nie chcą słuchać Kościoła. Tymczasem znakiem rozpoznawczym naszej wierności Panu jest właśnie posłuszeństwo Kościołowi. „Kto was słucha, Mnie słucha” – mówi Jezus. Gdy Kościół bada czyjąś świętość, pyta najpierw o posłuszeństwo nauczaniu Kościoła, który przekazuje to, co otrzymał od Chrystusa Pana. Królestwo Boże zbudowane jest przede wszystkim na prawdzie i jedności z Bogiem oraz ludzi pomiędzy sobą.

Takie środowiska jak grupa związana z ks. Natankiem chyba nie pomagają?

Ci ludzie żyją w pewnej nieświadomości – nie wiedzą, że schodzą na niewłaściwą drogę i oddalają się od Kościoła. Nie chcę ich potępiać, bo postępują w prostocie serca, ale brakuje im podstaw biblijnych, teologicznych. Opieranie się tylko na objawieniach prywatnych nie wystarczy, żeby iść właściwą drogą. Te osoby są zagubione i trzeba wiele pracy z naszej strony, żeby zrozumiały i zaakceptowały istotę królowania Jezusa Chrystusa.

Czyli perspektywy niewesołe?

Największym problemem niektórych grup jest brak jedności i łączności z Kościołem. To skutkuje posługiwaniem się tylko ludzkim spojrzeniem na królowanie Chrystusa Pana. Prowadzi do podziałów, a one nie pochodzą od Boga. On chce, żebyśmy szukali tego, co nas łączy, razem stanęli pod krzyżem przy Panu i pod wpływem Bożego Ducha odczytywali Boże pragnienia. Bardzo chciałbym, żeby w ruchach intronizacyjnych były jedność i chęć współpracy. Potrzebujemy czasu na przemyślenie kierunku, w jakim pójdziemy. Jedno jest pewne: musimy trzymać się zdrowej nauki, bo inaczej pójdziemy w dewocję. Trzeba też ufać, że skoro jest to dzieło Boże, to Pan sam je poprowadzi i wydoskonali, my zaś pozwólmy prowadzić się Duchowi Świętemu.•

Bp Stanisław Jamrozek

Biskup pomocniczy przemyski od 2013 r., doktor nauk teologicznych. Od 2017 r. jest delegatem Konferencji Episkopatu Polski ds. Ruchów, Grup, Wspólnot i Stowarzyszeń Intronizacji Jezusa Chrystusa.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11