Dziesięć lekcji, parę następnych pytań

Warto zwrócić uwagę, by szczytne hasła nie stały się pustymi sloganami.

10 lekcji Jana Pawła II według ojca Macieja Zięby OP... Ważne, ale chyba ważne też, by ich tematy nie zamieniły się w slogany. By te lekcje dobrze zrozumieć. Wtedy mogą posłużyć do rachunku sumienia, odnowie Kościoła w Polsce. Nic nie zmienią, jeśli zostaną potraktowane jako tani chwyt mający przekonać do własnych racji i wskazywania palcem na innych; że nie szanują dziedzictwa Jana Pawła II. Napisałem już o czterech z nich. Pierwszej, drugiej, trzeciej i.. dziewiątej. Dziś o kolejnych.

Czwarta lekcja Jana Pawła II wedle o., Macieja Zięby dotyczy rodziny: kochać i być kochanym.  Podpisuję się obiema rękami. Gdybym jednak zaczął pisać o wartości rodziny, o pielęgnowaniu miłości, o kulturze spotkania, to by wyszła książka. Pewnie nudna i nie najmądrzejsza, więc sobie podaruję. Piąta lekcja, o chrześcijańskim feminizmie to z kolei dla mnie, jako mężczyzny, temat niezręczny. Mocno zgadzam się z przedstawioną przez ojca Ziębę tezą, że dążenie do tego, by kobiety były jak mężczyźni jest bez sensu. Po coś w końcu Pan Bóg dwie płci stworzył. Zglajszachtowanie wszystkiego do jednej – a przecież dziś próbuje się to robić nawet gdy chodzi o różnice czysto biologiczne –  to pozbawienie człowieczeństwa połowy jego bogactwa. No ale jako mężczyzna na sprawach kobiet podobno znać się nie mogę. Ale za to szósta lekcja Jana Pawła, ekologia...

Chrześcijańska, nie pogańska ekologia

Przyznaję, bardzo podoba mi się to zauważenie, że nie chodzi głównie o redukcję emisji, zmniejszenie zużycia itd. itp., ale przede wszystkim o nawrócenie serc; o zaprzestanie hołdowania hedonizmowi i konsumpcji. Tylko jeśli zmieni się człowiek, zmieni się też jego podejście do środowiska. Cóż... Mam czasem wrażenie, że w tym dzisiejszym mówieniu o potrzebie ochrony środowiska, ten aspekt problemu bywa niedostrzegany. Także przez ludzi Kościoła. Chodzi ciągle tylko o emisje, odpady, nadmierną eksploatację i temu podobne. Zapomina się o „ekologii ludzkiego serca” i traktuje ją jako dodatek, choć jest fundamentem. Tymczasem w tym gadaniu możnych tego świata o emisjach, odpadach czy eksploatacji dość często wcale nie o środowisko chodzi, ale... o zysk. Wyeliminowanie jednych, obciążających środowisko technologii, to konieczność zastąpienie ich nowymi, podobno mniej szkodzącymi, prawda? Podobno. Bo jak się przyjrzeć całemu cyklowi produkcyjnemu, wydobyciu surowców, powstającym odpadom...  Chodzi o wyeliminowanie tańszej (bo niby bardziej środowisku szkodzącej) konkurencji. Albo to przenoszenie produkcji do innych krajów, które nie wprowadziły wyśrubowanych norm dotyczących emisji: co za różnica dla świata, czy dwutlenek węgla produkowany jest we Francji czy np. w Wietnamie?

Wydaje mi się ważnym, by chrześcijanie bezmyślnie nie łapali się na lep ekologicznych ideologii, a umieli racjonalnie kalkulować zyski i straty wynikające z takich czy innych rozwiązań. Nie tylko finansowe oczywiście. Przede wszystkim zaś trzeba by nie tracili z oczu tego najważniejszego: człowiek nie jest, jak chciałoby wielu „ochroniarzy” szkodnikiem, który tylko przeszkadza przyrodzie wspaniale się rozwijać. Jest częścią tego świata. I jeśli nawet nie bierzemy pod uwagę religijnej prawdy, że ma być mądrym jego gospodarzem, to przynajmniej powinniśmy przyjąć, że ewolucyjnie, rozwijając mózg,  wyprzedził inne gatunki. Niestety, wielu chrześcijan nasiąka dziś zupełnie niechrześcijańskim spojrzeniem na miejsce człowieka w świecie i nie protestuje gdy, na przykład, w imię ochrony środowiska prowadzi się kampanie mające ograniczyć ludzką płodność. Owszem, troska o środowisko to coś ważnego, ale trzeba nam to wszystko jeszcze „uchrześcijanić”, a nie piać z zachwytu nad pogaństwem.

Areopagi: obecni, niechciani i oskarżani

„Współczesne areopagi” to kolejna, siódma lekcja Jana Pawła II według o. Zięby.... Chodzi o to, by Kościół odważnie wchodził w dialog ze światem. Konkretnie: to „ogromne przestrzenie kultury, polityki i ekonomii, w których powinno być obecne kompetentne, twórcze i wyraziste chrześcijańskie świadectwo”. No tak, Kościół powinien tam być. I często jest. Trzeba jednak jasno powiedzieć:  jesteśmy z tych areopagów wypychani. Traktowani jak gorszy sort... „Kultura chrześcijańska” traktowana jest jak szkółka parafialna przy uniwersytecie. „Chrześcijańska ekonomia” – rozumiem, że dostrzegająca człowieka i zasady moralne, w tym konieczność ochrony środowiska – nie przynosi rozwiązań dających takie zyski jak „prawdziwa ekonomia”, więc...  A polityka... Cóż... Na tym areopagu widać też poważniejszy niż marginalizowanie problem.  Demoralizację, zdradę ideałów. Kim właściwie są członkowie partii nazywających się chrześcijańskimi demokratami? Sądząc po tym, jak głosują....

Jest też z tą bytnością na areopagach jeszcze jeden, chyba najpoważniejszy problem. Widać go w polityce na naszym podwórku: jeśli jesteśmy obecni, nas obarcza się odpowiedzialność za złe decyzje i błędy. Często jest tak, że politycy nabroją, a niechęć kieruje się na Kościół. W Polsce to zjawisko możemy obserwować właściwie od ’89 roku, niezależnie od tego, kto rządzi. Sama niechęć do Kościoła za rzekome wtrącanie się w politykę się nie zmienia, zmienne bywa tylko jej natężenie. Stąd – myślę – akurat na tym areopagu trzeba poruszać się niezwykle ostrożnie, unikając przede wszystkim jednoznacznego popierania tej czy innej partii politycznej. Ale uwaga: nie można też ignorować ich programów czy tego, co faktycznie na polu politycznym robią. „Nikogo nie popieramy” nie może oznaczać neutralności obojętności wobec tego, co uważamy za dobre czy złe.

Tu wchodzimy już w ósmą lekcję Jana Pawła II. Wprawiającą mnie w małe zakłopotanie. „Demokracja i gospodarka na gruncie wartości”. Wiem oczywiście, że tak powinno być. Zgadzam się też – jak napisał o. Zięba – że „same rządy większości nie oznaczają automatycznie sprawiedliwego i dobrego ustroju; mogą też oznaczać nietolerancję, a nawet tyranię”. Niestety, widzę tu nie tylko prawdę ponadczasową, ale też nasze tu i teraz. Na ile obecne, wybrane przez większość władze mają liczyć się z postulatami opozycji? I podstawowe: czy faktycznie przyjęcie tych postulatów byłoby budowaniem na wartościach? Mam wrażenie, że w tym względzie zapanowało na podwórku wierzących  w Polsce spore pomieszanie rozumowo-uczuciowe.

Nie sądzę, by budowaniem na wartościach było przyjęcie postulatu jednak z dzisiejszych mniejszości, by zalegalizować aborcję na życzenie. Ba, nie byłoby nawet wtedy, gdyby chciała tego większość! Możliwość dokonania wyboru nie jest dla mnie i nigdy nie była dla nauczania Kościoła ważniejsza, niż podstawowe prawo człowieka, prawo do życia. Broniąc nienarodzone dzieci przed zabijaniem Kościół domaga się właśnie poszanowania dla wartości. Tymczasem dziś wielu katolików, z niechęci do partii rządzącej, gotowych jest popierać takie postulaty. „Nie ma demokracji, bo kobiety nie mają wyboru” – powtarzana jest teza, a część katolików łapie się na lep tezy, że chodzi o ludzkie prawa i ignoruje oczywistość, że aborcja to pozbawianie praw najsłabszych, którzy sami bronić się nie mogą. Albo przynajmniej udaje, że tego nie słyszy.

Bardzo bym nie chciał, by w taki opaczny sposób rozumiano lekcję o demokracji Jana Pawła II. Bo to byłoby totalne zaprzeczenie tego, czego nas papież-Polak uczył.  Podobnie jest także z kwestią legalizacji związków homoseksualnych i uznaniem ich za małżeństwo – konsekwentnie także pozwoleniem, by takie pary adoptowały nie swoje dzieci. I tu o tyle trudniej, że nie tak jasno widać, jakie prawa dzieci i rodziny zostałyby w ten sposób podważone. Niestety, zapanowała w tym względzie jakaś epidemia ślepoty. Wszystko – powtórzę – z niechęci do partii rządzącej. Bo nie zgadzając się na owe postulaty (jeszcze mniejszości) łamią demokratyczne zasady. To absurd, ale wielu uważających się za wierzących takim właśnie tezom przyklaskuje.  Niechęć do obecnej władzy tak zaćmiła im umysły, że nawet za aferę (dla mnie bardziej śmieszną niż groźną) zaszczepienia się celebrytów poza kolejnością tę właśnie władzę obarczają odpowiedzialnością. Zdecydowanie trzeba więc chyba przypomnieć: demokrację mamy budować na wartościach ogólnoludzkich, na tym, co chrześcijanie nazywają prawem naturalnym, nie na pseudowartościach (post)postmodernizmu. Niezależnie od tego, czy jakichś polityków lubimy czy nie.

Jeśli zaś chodzi o gospodarkę... Tu zawsze będziemy gdzieś między wiarą w niewidzialną rękę wolnego rynku a ręcznym sterowaniem przez państwo. Katolicka nauka społeczna wypracowała oczywiście pewne ogólne zasady, ale w praktyce czasem trudno orzec, czy czegoś w gospodarce jest za dużo czy za mało. Ogólnie państwo ma stwarzać dobre warunki do rozwoju gospodarczego, a gdzie nie trzeba, nie powinno zastępować inicjatywy obywateli. Ale kiedy trzeba a kiedy nie? Najważniejsze chyba w tym kontekście jest pytanie o wielkie, międzynarodowe firmy, korporacje, które potrafią narzucać państwom swoje warunki. Godzić się czy wojować? Ważne, bo przecież chodzi o to, czy ich działalność wzbogaci obywateli państwa, w którym działają, czy tylko pozwoli pomnożyć zyski właścicielom....

Tak, chrześcijanie powinni pomóc budować demokrację i gospodarkę na wartościach. Sami powinni je uwzględniać swoich działaniach. Nie może cel uświęcać środków. Tylko że właśnie te wartości są czasem oskarżane o bycie totalitaryzmem. A chrześcijanie takim tezom przyklaskują.

Patriotyzm zagrożony nie tylko z prawa

Lekcja dziesiąta, mądry patriotyzm.... Oczywiście jestem za. Jestem przecież człowiekiem pogranicza. Z rodowodem „skażonym” krwią polskości obcą. Na Śląsku od wieków krzyżowały się wpływy polskie, niemieckie i czeskie. Z tej choćby racji chyba lepiej niż mieszkańcy innych, odwiecznie polskich części kraju, zdaję sobie sprawę, że dzielenie na dobry – zły  według kryteriów narodowościowych jest nonsensem. Zresztą zbyt wielu znam Polaków, za których się wstydzę, żebym miał swój naród gloryfikować. Dla mnie ta idea w swoich skrajnościach jest tak obca, jak kultura pruskich junkrów. Jednocześnie jednak obce jest mi tak szeroko dziś rozpowszechnione krytykowanie wszystkiego co polskie i uważanie tego za zaścianek. „Polacy nie gęsi, swój język mają” piał niegdyś Mikołaj Rej i można to odnieść do wielu dzisiejszych spraw.

To, że u nas w Polsce jest coś inaczej niż na Zachodzie nie znaczy, że jest zaściankowe, zacofane. Mocno irytują mnie pozbawiona refleksji ciągoty do naśladowania Zachodu we wszystkim. Nawet w tym, co uznał za błąd i z czego już się powoli wycofuje. Mądry patriotyzm będzie oczywiście odrzucał coś, co upraszczając, nazwałbym nacjonalizmem. Ale mądry patriotyzm musi też odrzucać szeroko obecne w naszej kulturze deprecjonowanie wszystkiego, co polskie, a ciągłe pienia z zachwytu nad tym, co Zachodnie. Tymczasem, mam wrażenie, spora część „nowoczesnych”, „otwartych” chrześcijan dostrzega zagrożenie tylko z tej jednej, „patriotycznej” strony. Zagrożenia ze strony „internacjonalizmu” czy „kosmoplityzmu”, bezrefleksyjnie uważających za dobre i nowoczesne wszystko, co przychodzi z Zachodu, już nie dostrzega. A tych, którzy ośmielają się krytykować, uważa za zamknięty na nowoczesność zaścianek.

Z tego rodzi się uprawianie polityki wstydu. Jesteśmy nieudacznikami, jesteśmy w ogonie Europy, nigdy nic nie potrafimy dobrze zrobić. Gorsi byliśmy (to przecież my, jak żaden inny naród umożliwiliśmy hitlerowcom zabijanie Żydów), gorsi jesteśmy i gorsi na zawsze już będziemy. Przesadzam? Nie tak dawno jeszcze za wielkie osiągnięcie Polski i Polaków rządzące wtedy elity uznały, że otwarto granice. I że  dzięki temu polski doktor fizyki ma możliwość pracy na zmywaku w Wielkiej Brytanii a polonistka w Niemczech jako opiekunka osób starszych. Patriotyzm?

Wydaje mi się, że jako chrześcijanie powinniśmy być rozsądnie krytyczni zarówno wobec patriotyzmu skręcającego w nacjonalizm, jak i deprecjonowania patriotyzmu z powodu zachłyśnięcia się rzekomo mądrzejszym i lepszym Zachodem. Tymczasem cześć „katolickich elit”... Hmmm..  Może i dostrzega zagrożenie z obu stron, ale na pewno nie jednakowo doń podchodzi. Wobec przychodzących z Zachodu, często mocno lewicowych pomysłów, postulują otwartość. „Trzeba rozmawiać, trzeba prowadzić dialog”. Wobec środowisk narodowych? Potępić, odrzucić, nie ma w ogóle o czym z nimi rozmawiać. Czy coś takiego można nazwać otwartością? Czy nie trzeba z  miłością podchodzić do wszystkich błądzących, niezależnie od tego, czy są – upraszczając – z prawa czy z lewa?

Myślę, że tych 10 lekcji Jana Pawła II  o których pisał o. Zięba to piękne i ważne wskazania. Mam nadzieję, że patrząc dziś już na nas z nieba z tymi moimi zastrzeżeniami, dopowiedzeniami, przynajmniej w dużej części by się zgodził.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6