Na kolędę po wiarę

Najlepszy rozmówca to ten, który potrafi słuchać. Na dobry początek...

Reklama

O kolędzie piszę co roku. Bynajmniej nie dlatego, że jest to moje ulubione zajęcie. Przeciwnie – te trzy tygodnie są dla mnie ciężarem i nieomal przerwą w życiorysie. Nie żebym czuł niechęć do Parafian (duża litera jako wyraz szacunku). Ale codzienne 7 godzin rozmów powoduje taki zamęt w głowie, że wieczorem nie wiem, w którą stronę mam do domu. Bieda w tym, że nie potrafię rozmawiać, nie słuchając. To byłby świetny mechanizm obronny. Ale nie jest. Dlatego zdarza mi się westchnąć: gdybym przed 45 laty wiedział, co to kolęda, to bym księdzem nie został. Trudno, w każdym zawodzie są jakieś niedogodności.

Następnego dnia idę więc dalej. I każdego następnego dnia bywam nieodmiennie zaskoczony tym, jak uroczyście parafianie czekają na swego proboszcza. To nie to samo, gdy wpadnę do kogoś przy innej okazji, coś załatwić, czy o coś zapytać – choćbym wtedy nawet posiedział dłużej. Bo w kolędowych odwiedzinach jest jakiś inny duch. Nie na darmo, gdy wchodzę do każdego mieszkania, wypowiadam słowa Jezusa: „Gdzie dwaj albo trzej są zebrani w imię moje...”, a ministranci gromko dopowiadają: „Tam i ja jestem pośród nich!”. A skoro w czasie kolędy spełnia się Jezusowa obietnica obecności, to nie mogę się od kolędy wykręcać. I nie widzę sposobu, by jakoś zmienić ten męczący obyczaj.

W kolędzie tkwi pewien szczegół. Dla niektórych drażliwy. Dla niektórych księży, niektórych parafian, dla niektórych biskupów także. Ofiara kolędowa, czyli pieniądze. Po latach księżowskiego życia widzę, w czym tkwi drażliwość sprawy. Otóż nie w przyjmowaniu datku, lecz w sposobie obracania parafialnym pieniądzem. A poza tym, jeśli ofiary kolędowe to tylko co dziesiąta złotówka parafialnego przychodu (tak jest w mojej parafii), wypada zachować podobną proporcję w komentowaniu. Zatem – ani słowa więcej.

Jest jeszcze jeden kolędowy temat. Treść rozmów. Najlepszy rozmówca to ten, który potrafi słuchać. Wiem też na pewno, że w kilkuminutowej rozmowie nie nawrócę nikogo, nie odwiodę od złej drogi, nie przekonam ani do gorliwszego udziału w religijnym życiu, ani nie zmienię jego moralnych zapatrywań. Kiedyś uważałem inaczej. Nawracałem. I nie nawróciłem nikogo. Na stare lata wiem, że ważniejsze jest świadectwo radości, spokoju wiary, nadziei, na którą parafianie czekają. Jeśli ja na coś czekam w czasie kolędowych odwiedzin, to dokładnie na to samo – na świadectwo wiary parafian. Bo to nieprawda, że przepływ tego świadectwa jest jednokierunkowy, „od góry do dołu” – od księdza, od biskupa czy od papieża. Pamiętacie, jak Jan Paweł II nieraz podkreślał, że jego wiara karmi się wiarą ludu i z niej wyrasta? Może więc warto iść na kolędę właśnie po wiarę?

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • kacper
    13.01.2011 10:34
    Znam Księży, którzy potrafią z większą euforią odwiedzać swoich parafian i nie uznają tego za jakiś "męczący" element pracy duszpasterskiej. Nie ukrywają zmęczenia, ale faktycznie odwiedziny duszpasterskie są dla nich ogromnym źródłem wiedzy o tym, co dzieje się w poszczególnych rodzinach, u poszczególnych osób. Zgadzam się z autorem artykułu, że kolędowe odwiedziny kapłana są bardzo uroczyste, odświętne. Nie chciałbym, by kolędę kapłańską zamieniono na inny obyczaj, czy obchodzono go w innym casie.
    Serdeczności!!!!
  • katolik
    13.01.2011 14:52
    Wyjasniłem księdzu na kolędzie, że jest tylko jeden Bóg i jedna religia, ale nie wiem, czy się nawróci.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9