Między historią a mitologią

O dobrej i złej pamięci, biciu w cudze i własne piersi oraz o kościelnych źródłach antysemityzmu z abp. Grzegorzem Rysiem rozmawia Jacek Dziedzina.

Jacek Dziedzina: „Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy” – mówi prorok Izajasz. Historycy mogą siedzieć spokojnie w aktach, teczkach i innych źródłach czy powinni pomyśleć o zmianie zawodu?

Abp Grzegorz Ryś: Słowa Izajasza to jest obietnica, zapewnienie, że człowiek nie jest uwięziony w historii. Czym innym jest ogląd historii, jaki ma historyk, a czym innym ogląd przeszłości i teraźniejszości, jaki ma prorok. Ufamy, że prorok z natchnienia Bożego ma inną i wiarygodniejszą intuicję. Prorok potrafi, tak jak Ezechiel, stanąć nad doliną pełną wyschłych kości i powiedzieć, że z tego jeszcze powstanie wojsko, bardzo silne. Żaden historyk pewnie by tego nie powiedział. Ta obietnica Pana Boga jest bardzo ważna, bo Bóg jest najważniejszym aktorem ludzkiej historii. Nie widzimy Go tylko ponad czasem i historią, ale również w samym jej środku. A dopóki On jest jednym z graczy tej historii, to wszystko jest możliwe.

W ostatnich tygodniach można było odnieść wrażenie, że narody polski i żydowski są jednak zakładnikami swojej historii; spór polsko-izraelski pokazał, jak bardzo ona nam ciąży.

Nie mam wrażenia, żeby ostatni spór był sporem historyków. Historycy wypowiadają się w nim akurat najrzadziej, a jeśli już to robią, czynią to w sposób bardzo oszczędny i tonujący debatę. Człowiek bez historii jest biedakiem. Tak samo jak biedakiem jest człowiek, który przestraszył się jakiejś części swojej historii i zamiast historii chce tworzyć jakąś jednostronną mitologię. Brak uwięzienia w kleszczach historii oznacza, że my mamy wybór. Trzeba znać całą historię, żeby się zastanowić, którą jej część chcemy kontynuować.

W sytuacji konfliktu dwóch osób w pewnym momencie obie strony mogą przestać się licytować, kto bardziej zawinił, otwierając przestrzeń dla przebaczenia. Czy to jest możliwe na poziomie wspólnoty narodowej? Czy mam prawo wybaczyć także w imieniu tych, którzy chcą się jeszcze licytować?

Biada nam, gdybyśmy sobie odmówili takiego prawa. W 1965 roku cała masa ideologów wytykała polskim biskupom, że nie mają prawa mówić w imieniu narodu polskiego do narodu niemieckiego: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.

Prawdopodobnie dziś spotkałoby się to z takim samym niezrozumieniem…

Więcej – niektórzy nawet pytają, czy taki list byłby dzisiaj w ogóle możliwy. To są jakieś niewyobrażalne paradoksy. Przecież w 1965 roku żyło jeszcze mnóstwo ludzi, którzy wojnę znali z autopsji, a możliwe, że dzisiaj protesty przeciwko takiemu listowi byłyby równie mocne i wychodziłyby z ust i spod piór ludzi, którzy wojny nie widzieli i znają ją z filmów. Dialogowi najlepiej służy taka postawa, kiedy każdy bije się we własne piersi, a nie w cudze. Słowo „przepraszam” otwiera rozmowę. Nie musi zawsze spotkać się z pozytywnym odzewem. Jest wypowiedziane bezinteresownie, nie zakłada więc, że koniecznie z drugiej strony musi paść takie samo słowo.

A jeśli druga strona nie tylko nie daje mi tego samego, ale wręcz zarzuca mi rzeczy, których nie popełniłem? Jako osoba prywatna mogę to jeszcze przełknąć. Ale czy jako reprezentant większej społeczności mam prawo zgodzić się na fałszywe oskarżenia, czy raczej obowiązek bronić dobrego imienia tej grupy?

Każdy ma prawo do dobrego imienia. To prawo przyznane jest nam z natury. Z tym prawem nie kłóci się powściągliwość w sprawach, które naprawdę są bardzo złożone i nie przekładają się na uproszczone sądy. Chcemy arbitralnie wyrokować, zanim zostaną przeprowadzone rzetelne prace naukowe. W takich sporach ważne jest, żeby choć na moment usiłować wczuć się we wrażliwość drugiego. Zastanówmy się na przykład nad wszechobecną prawie dwa tysiące lat w Kościele tzw. teologią zastępstwa w stosunku do Żydów – mówiącą, jakoby Kościół zastąpił Żydów w roli narodu wybranego, a Bóg zerwał przymierze z narodem pierwszego wybrania. Warto by się zastanowić, w jaki sposób przeżywali i przeżywają to Żydzi. Może czuli się – i nadal czują – jak starsi synowie wyrzuceni z domu i wydziedziczeni? Łatwo sobie uprawiać akademicki dyskurs, nie patrząc, jak boleśnie dotyka on konkretnych osób. To, że Żydzi są na zawsze narodem wybranym i że Bóg nie zerwał z nimi przymierza, mówi dopiero – cytując wprost św. Pawła (a więc nie wymyślając nowej teologii!) – soborowa deklaracja „Nostra aetate”, a my od 50 lat do tego dojrzewamy na nowo, po dwóch tysiącach lat zupełnie innej refleksji.

Izajasz, mówiąc „Nie wspominajcie dni minionych”, wzywa do uwolnienia się od ciężarów przeszłości, ale jednocześnie w Starym Testamencie wiele razy pojawia się słowo zachor – pamiętaj. Między amnezją a martyrologią jest miejsce na dobrą pamięć?

W tym „pamiętaj” jest przede wszystkim wezwanie do pamięci o Bogu, który jest obecny i mocny w historii. Pamiętaj Jego działanie i pamiętaj także to, z jakich sytuacji nieszczęśliwych i trudnych Pan Bóg cię wyprowadził. W dokumentach kościelnych nierzadko pada pojęcie memoria futuri – pamięć z uwagi na przyszłość. Przywiązanie do tradycji ma sens głównie ze względu na przyszłość.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12