Znalezienie Jezusa w Fatimie

Chciałem tylko zobaczyć najpopularniejsze w tym roku maryjne sanktuarium. A przeżyłem jedne z najważniejszych dni w moim życiu.

Reklama

Fatima budziła moje zainteresowanie od dawna. Czytałem trochę o trzech tajemnicach, orędziu, historii, która wypełniła tragicznymi faktami przekazane dzieciom proroctwa. Chciałem jednak zobaczyć to miejsce na własne oczy, poczuć jego atmosferę. W swojej statycznej pobożności nie spodziewałem się niezwykłych przeżyć. Ot, taki przeciętny, niby wierzący niedowiarek wybrał się na religijną turystyczną wyprawę.

Maryja – Gwiazda wieczoru

Wylądowaliśmy w Porto 13 października i ruszyliśmy do Fatimy, aby zdążyć na wieczorny Różaniec i procesję na zakończenie setnej rocznicy objawień. Było parę minut po dwudziestej, kiedy wchodziliśmy na ogromny plac sanktuarium. Przywitał nas rozpięty na tle nocnego nieba rozświetlony gigantyczny różaniec. W kaplicy objawień, wokół figury Matki Bożej i ołtarza, krążyli na kolanach pokutnicy. W tym momencie nie pomyślałem nawet, że mógłbym do nich dołączyć (ten typ pobożności to jednak nie dla mnie). Widziałem twarze z całego świata, słyszałem szepty w wielu językach... Wszyscy wpatrzeni w białą figurę Maryi.

Tkwiłem chwilę, wciśnięty pomiędzy zupełnie obce osoby i zapatrzony tam, gdzie wszyscy. Mijały minuty, a ja czułem, jak napływały do mojej świadomości przywiezione tu liczne lęki, troski, problemy, załamania, sprawy trudne i wydawałoby się nie do rozwiązania. Przypomniałem sobie o intencjach od przyjaciół i znajomych, którzy przed wyjazdem poprosili o modlitwę w Fatimie. Jakoś szczególnie pomyślałem o Marku, znanym dziennikarzu, ojcu dwojga dzieci (trzecie rozwija się pod sercem jego żony). Napisałem do niego krótkiego SMS-a, że pamiętam, że się pomodlę.

Emocje narastały we mnie gwałtownie i nawet nie pamiętam, kiedy znalazłem się na kolanach. Wyciągnąłem z kieszeni różaniec. Paciorek za paciorkiem, myśl za myślą. Na każde ukłucie lęku, niespełnienia czy strachu – jedno „Zdrowaś...” pokoju i ukojenia. Zgromadzeni wokół mnie rozmodleni ludzie prawdopodobnie czuli to samo i ta świadomość stała się dla mnie niezwykłym odkryciem. Każdy modlił się po swojemu, w swoich intencjach, ale byliśmy tam razem, w spragnionej pomocy wspólnocie obcych sobie przecież ludzi.

Po chwili rozpoczął się prowadzony przez biskupa Różaniec. Zapaliliśmy świece. Spojrzałem za siebie: na placu tysiące światełek, skupione twarze, ogromna „rzesza, z każdego pokolenia, języka i narodu”. Modlitwa przemieszanych języków grzmiała donośnie na całym placu, ale wszyscy wołaliśmy tak samo melodyjne: „Ave, ave, ave Maria!”.

Po chwili w tłumie pojawił się świecący białym światłem krzyż, a za nim – oświetlona figura Matki Bożej. Procesja ruszyła w stronę placu. Pielgrzymi filmują, fotografują swoimi smartfonami, przesyłają te obrazy do swoich bliskich i znajomych. Ewidentnie Matka Boża była Gwiazdą tego wieczoru.

Na kolanach

Następnego dnia rankiem wybraliśmy się na zwiedzanie Nazare – turystycznego, rybackiego miasteczka, a potem na plażę, by podziwiać skalne urwiska i spiętrzone oceaniczne fale. Minął nas czarnoskóry mężczyzna, idący brzegiem zamaszystym krokiem. Masywna, wysportowana sylwetka, a w ręce... różaniec. Spojrzeliśmy sobie wymownie w oczy. Wsiedliśmy do auta i popędziliśmy do Fatimy.

Na miejscu po chwili cichej modlitwy, wiedziony wewnętrznym impulsem, ruszyłem na kolanach z różańcem w ręku wokół figury i ołtarza. Nie liczyłem okrążeń. Mijały mnie starsze osoby, którym towarzyszyły dzieci, czasem wnuki. Patrzyłem z podziwem na sunące na kolanach matki z dziećmi na ręku. Gdy były na wysokości figury, wznosiły swoje potomstwo do Bożej Matki ze wzruszeniem i łzami. Ja swoich nie czułem, płynęły bezwiednie... Wieczorem odkryłem ranę na kolanie. Wtedy zrozumiałem sens słów o „słodkim jarzmie”. To może nieprawdopodobne, ale można z radością zapragnąć prostej pokuty, zatęsknić, żeby jeszcze...

Lęki w ogniu

Następnego dnia znowu pędzimy do Fatimy. Jakiś wewnętrzny impuls kazał mi tym razem zatrzymać się na końcu kolejki ludzi stojących przed miejscem, gdzie pali się długie świece. Poczułem, że muszę do nich dołączyć i wrzucić w ogień dręczące mnie strachy, lęki, problemy, rozpaczliwe prośby. Nie znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wciąż są i ważą sporo. Gdy zbliżyłem się do płomieni, wrzuciłem to wszystko w ogień, a potem, jakby z przyzwyczajenia, z naturalnej potrzeby, zrobiłem parę okrążeń na kolanach wokół ołtarza i figury.

Tego dnia przyjąłem Jezusa całymi wylewającymi się ze mnie uczuciami, zaciskając wilgotne powieki. Pamięć przywołała równie pełną emocji chwilę: moją Pierwszą Komunię. Czas zatoczył koło.

Nowy początek

Gdy wróciłem do Polski, zadzwonił Marek, do którego podczas pierwszego nabożeństwa napisałem SMS-a. Gdy ja modliłem się przy figurze, on znalazł się w poważnym stanie w szpitalu. Kiedy odczytał moją wiadomość, chwycił różaniec i przymykając z bólu oczy, poczuł, jakby był na placu w Fatimie... To twardy facet. Kiedy mi o tym opowiadał, ja przypomniałem sobie morze światełek, które jak czyśćcowe dusze podążały za białą figurką. Po tej rozmowie odruchowo sięgnąłem po różaniec. Myśl za myślą, paciorek za paciorkiem: „Zaprowadź wszystkie dusze do nieba”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10