Gdy święta Urszula chce mieć portret

Czasem święci przychodzą wtedy, gdy się ich wcale nie spodziewamy…

Reklama

Namaluj mnie!

Jakiś czas temu za panią Anną zaczął chodzić pewien obraz.

– To było po prostu dziwne, bo niemal wszędzie widziałam obraz Jezusa w koronie cierniowej i szkarłatnym płaszczu. Napotykałam ten wizerunek gdzieś w książkach, w przestrzeni, stawał mi w oczach. Czułam, że muszę go namalować.

Pani Anna jednak odrzucała tę myśl, bo nie czuła się na siłach, by sprostać zadaniu. Kiedy jednak opowiedziała koleżance o tajemniczym Jezusie, jej syn rzucił: „To na pewno »Ecce Homo« Alberta Chmielowskiego”. Pani Anna odszukała ten wizerunek. I rzeczywiście, to był on. Ale po co malować obraz, który został już namalowany?

– Zaczęłam malować. Nie kopiować. To był wzór, ale cała reszta była moja: z serca, przemyślana i przemodlona. A może i nie moja, bo przyszła z Góry? – zastanawia się. – Chciałam koniecznie skończyć przed wspomnieniem Brata Alberta. Ponieważ jednak kończyłam obraz bez mojej nauczycielki, poprosiłam Brata Alberta: „Maluj wraz ze mną”.

Święty chyba pomógł i namalował. Obraz wyszedł zaskakująco dobry…

  archiwum domowe Anny Saczuk Św. Urszula Ledóchowska, Anna M. Saczuk, olej na płótnie, 2017.
Po namalowaniu Chrystusa za panią Anną zaczęła chodzić… św. Urszula Ledóchowska.

– Jestem twarda i konkretna. Daleko mi do jakichś „wizji”, a mimo to właśnie św. Urszula zaczęła mi o sobie przypominać. Zaczęłam o niej czytać, dowiadywać się, czym się zajmowała. Fascynujące życie niesamowitej, mądrej, wykształconej, energicznej i znającej swoją wartość kobiety. Poczułam z nią więź, jakąś bliskość, i może nawet podobieństwo charakterów. Namalowałam ją z wielką radością, poznając wielką kobietę.

Następnie pani Anna namalowała św. Charbela. – Do mojej parafii sprowadzono jego relikwie. Wtedy poznałam jego życie, zafascynował mnie. Namalowałam go tak, jakby wychodził z obrazu. W pozie znanej z jedynej fotografii, wykonanej przecież już po jego śmierci.

 

Najnowszym portretem świętego pędzla pani Anny jest wizerunek świętego Maksymiliana Kolbego.

– To też przypadek, czy też może jakaś… prośba samego świętego. Mój pradziadek Jakub Radwański – legionista, brał udział w konspiracji, był więźniem w Auschwitz. Miał pięcioro dzieci. Został zamordowany w tym samym miejscu co św. Maksymilian. I podobnie jak święty był człowiekiem wielu talentów i pasji. Losy mojej rodziny, poprzez miejsce i czas, są więc w jakiś sposób powiązane ze św. Maksymilianem. Zastanawiam się czasem, co by było, gdyby święty uratował właśnie mojego pradziadka. Jego bohaterstwo i uratowanie pana Gajowniczka są dla mnie symboliczne: Maksymilian uratował niewinnego, dobrego człowieka. I tym uratował cały świat…

Pani Anna maluje też pejzaże, swoją rodzinę i chmury nad Wilanowem, w którym mieszka. – Trochę te moje tematy i obrazy są od Sasa do Lasa – śmieje się pani Anna. – Ale ponownie zakochałam się w sztaludze, a pasja daje mi szczęście. Dzięki niej poznaję siebie. Czuję też, że to taki dobry czas, który dostałam od Boga. I jestem pewna: Bóg dla każdego ma plan. A gdy musi coś nam zabrać, choćby w dramatyczny sposób, oddaje w trójnasób. 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6