Najpierw ja, a potem mój wózek

– Jeśli Bóg coś nam daje, to tylko w obfitości – przekonuje Basia Turek, która z dwojgiem przyjaciół autostopem dotarła do Rzymu, by przekazać papieżowi... 10 tys. intencji z prośbą o modlitwę.

Reklama

Pielgrzymka była o tyle niezwykła, że Basia jest niepełnosprawna (porusza się na wózku inwalidzkim) i wymaga pełnej opieki. – Do Watykanu dojechaliśmy w nieco ponad 48 godzin. To Jezus czuwał nad tą wyprawą. Sami nie dalibyśmy rady – nie ma wątpliwości dziewczyna, która czerpie z życia pełnymi garściami. Nie zawsze jednak było tak różowo...

Skok na głęboką wodę

Kiedyś Basia czuła się niczym księżniczka zamknięta w wieży – nie miała przyjaciół i bardzo rzadko bywała „w wielkim świecie”. Przełom nastąpił 7 lat temu, gdy była na II roku studiów i wyprowadziła się od rodziców. Wylądowała w akademiku, bo bardzo chciała się usamodzielnić, mimo że wielu osobom ten pomysł wydawał się irracjonalny. „Jak ty sobie, dziewczyno, poradzisz?!” – pytali. A Basia była pewna, że wycofać się już nie może. Nie była też sama, bo od jakiegoś czasu bliżej poznawała Boga.

– Zawsze byłam wierząca, ale wtedy weszłam na inny „poziom wtajemniczenia” i wszystko zaczęło się zmieniać. Na lepsze! – wspomina. Pierwszym krokiem do tego była przyjaźń ze św. Dominikiem, która zaczęła się tuż po maturze od marzenia o wyjeździe na Lednicę. Google podpowiedział, że Basia powinna poszukać pomocy w „Klice”, czyli w działającym przy krakowskich dominikanach Katolickim Stowarzyszeniu Osób Niepełnosprawnych i Ich Przyjaciół. To było jak skok na głęboką wodę, bo dzięki „Klice” zobaczyła, że wózek to nie koniec świata, i że może wychodzić z domu. Do życia zmobilizowało ją też Duszpasterstwo Akademickie „Beczka”, do którego trafiła dzięki o. Adamowi Szustakowi OP.

– To tam poznałam smak eskapad w góry i zrozumiałam, że to, co do tej pory było dla mnie niemożliwe, może być możliwe – śmieje się Basia. – Sama czasem nie dowierzam, jak to jest, że w jednym momencie chcę lecieć do Londynu, bo marzę o spotkaniu z franciszkanami Odnowy (tymi wywodzącymi się z Bronxu), i w drugim już tam ląduję, bo ktoś dał mi bilet na samolot – opowiada. Takie osoby, „podrzucane” przez opatrzność, są w Basi codzienności fenomenem. Nawet niedawno, gdy była w szpitalu, pielęgniarki z zaskoczeniem odnotowywały ich obecność, pytając, kim są ci wszyscy ludzie, którzy wpadają w odwiedziny, i czy oni naprawdę robią to za darmo. – To, że cały czas mam ich obok siebie, jest tajemnicą Pana Boga i Jego miłosierdzia w moim życiu. Bo prawda jest taka, że sama nawet nie wstanę z łóżka, jeśli rano ktoś do mnie nie zajrzy – mówi Basia. Nic dziwnego, że lista spraw, które załatwiają przyjaciele bliżsi i dalsi, jest imponująca – od pomocy przy codziennej toalecie zaczynając, na wsadzeniu Basi lub wysadzeniu z tramwaju kończąc. Czasem więc to, że ktoś ma akurat dwie godziny wolnego czasu i może wpaść do niej, oznacza, że rozsypane puzzle całego dnia układają się w całość. – Żeby jednak była jasność: nie zawsze wszystko jest bezproblemowe. Czasem jest trudno i są łzy, czasem muszę z czegoś zrezygnować albo na kogoś zaczekać, lecz świadomie wybieram trudniejszą drogę życia i staram się działać tak, żeby Bóg zawsze był na pierwszym miejscu. Wtedy to On przejmuje stery – przekonuje Basia. I ma rację, bo Bóg od chwili jej przyjścia na świat pokazuje, że Mu na niej zależy.

Ósmy cud świata

– Urodziłam się w 6. miesiącu ciąży, po prawie 48-godzinnym porodzie. Z brzucha mamy zostałam wręcz wyciśnięta. Doszło do niedotlenienia mózgu i wylewu krwi. Dlatego jestem niepełnosprawna – opowiada. Jej mama, idąc do szpitala na badania, nie przypuszczała, że za kilka chwil pęknie pęcherz płodowy i zacznie się walka o życie córeczki. Lekarze nie dawali dziecku szans. W najlepszym razie miało żyć, ale nie mówić, nie widzieć, nie słyszeć, nie chodzić. Z biegiem czasu nazwali jednak Basię ósmym cudem świata, bo dziewczynka z całych sił udowadniała, że medycyna (która 28 lat temu była na niższym poziomie niż obecnie) się myli, a rodzice nie szczędzili sił na rehabilitację dziecka. – Niestety, gdy miałam 5 lat i zaczynałam chodzić, lekarze znów popełnili błąd. Stawałam na palcach, a nie na całej stopie, więc zaproponowali mamie, że mi pomogą i zoperują. Mama nie wiedziała, że gdy mięśnie rosną, to się ich nie podcina, bo to grozi przykurczami... A na dodatek podcięto nie te mięśnie, co trzeba, i pogrzebane zostały szanse, że będę chodziła – wspomina B. Turek. Od tego czasu przeszła ponad 20 operacji, aż powiedziała, że ma dość i chce normalnie chodzić do gimnazjum. Problem w tym, że była w psychicznej rozsypce i myślała, że wszyscy wokoło korzystają z życia, a ona swoje przegrała i nikt jej nie rozumie. – Dziś wiem, że sama siebie nie rozumiałam, bo trudno mi było przyjąć moją historię. Pan Bóg jednak nie odpuszczał i kilka rzeczy mi pokazywał, choć na siłę nic nie robił – mówi Basia, świeżo upieczona pani pedagog i dyplomowany trener personalny. – Teraz, z Jego pomocą, powoli odnajduję swoją drogę i wiem, że najpierw jestem ja, a dopiero potem mój wózek. Marzę też, żebym – bazując na swoim doświadczeniu – mogła pracować z niepełnosprawnymi dziećmi i ich rodzicami – zdradza plany na przyszłość. Póki co, Basia podbija świat – i ten bliższy, i ten nieco dalszy.

Pielgrzymka zaufania

Oprócz wypadu do Londynu w ostatnich miesiącach była m.in. na Jasnej Górze (kolejny raz, z Dominikańską Pieszą Pielgrzymką), w Poznaniu, Czernej (gdzie na rekolekcjach uczyła się tańczyć na wózku), Gorlicach i w Watykanie, u papieża Franciszka. Dotarła tam autostopem, z dwójką przyjaciół – Kingą i Hubertem. – Mój przyjaciel, franciszkanin o. Kordian Szwarc, który prowadzi wspólnotę Siedem Aniołów i opiekuje się dziećmi z trudnych rodzin, zbiera intencje z odprawianych dla nich Mszy św. Zadzwoniłam kiedyś do niego, mówiąc, że chcę coś dla tych dzieci zrobić – opowiada Basia, która wymyśliła, by wszystkie intencje zawieźć Ojcu Świętemu. Potem pomysł się rozszerzył, bo przecież sporo osób potrzebuje modlitwy i intencji można zawieźć tyle, ile się uzbiera. – Zostałam nimi zasypana! Zawieźliśmy ok. 10 tysięcy intencji! A pierwsze cuda zaczęły się dziać, nim wyjechaliśmy. Już wtedy dostawaliśmy informacje o nawróceniach i innych wielkich rzeczach, które były znakiem działalności Pana Boga – mówi dziewczyna.

Autostopowej pielgrzymki zaufania w kilku zdaniach streścić się nie da. Trójce śmiałków w ciągu 48 godzin pomagali wszyscy spotkani po drodze ludzie: wierzący i niewierzący, a nawet muzułmanie, którzy w ramach podziękowania za transport tirem dostali... różaniec, ale bez krzyża. Najważniejsze jest jednak to, że intencje dotarły do papieża. Co prawda, nie było szans, by dać Ojcu Świętemu specjalną przesyłkę, gdy przejeżdżał papamobilem przez plac św. Piotra (tuż obok Basi), więc trzeba było zrealizować plan awaryjny. A ten – po odbyciu wielu rozmów – skończył się w Domu św. Marty, gdzie worek pełen intencji przyjęła Gwardia Szwajcarska, a sekretarz Franciszka dostarczył go do jego rąk. Miesiąc później Basia dostała od papieża list. Zapewnił w nim, że będzie się modlił w tych wszystkich sprawach i podziękował trójce Polaków za ich świadectwo wiary i wytrwałości. – Przed podróżą Hubert wymyślił, żebyśmy zostawiali spotkanym ludziom jakiś ślad po sobie. Tym śladem były obrazki Jezusa Miłosiernego (rozdaliśmy ich ok. 350), do których dokładaliśmy obrazki Maryi niosącej Ducha Świętego. Jesteśmy pewni, że to właśnie Miłosierny prowadził nas do Rzymu i podsyłał ludzi, którzy nam pomagali. To On był moją, naszą wizytówką – przekonuje Basia i dodaje, że miłosierdzie jest dla niej czymś, bez czego trudno żyć, i że nie da Mu się zawierzyć raz, tylko trzeba to robić nieustannie. Więcej o Barbarze Turek można przeczytać na jej profilu „Pełnymi garściami” na Facebooku

Czekamy na świadectwa

Z okazji 15. rocznicy konsekracji bazyliki Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach i zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu przez Jana Pawła II rozpoczęliśmy roczny cykl tekstów. Szukamy osób, które na serio potraktowały papieski akt i też zaufały Bożemu miłosierdziu. Być może stało się to od razu, w sierpniu 2002 r., a być może wcześniej lub później, na przestrzeni 15 lat. Zapraszamy Czytelników do podzielenia się swoimi świadectwami. Zgłoszenia prosimy przysyłać na adres: monika.lacka@gosc.pl. Niektóre historie opublikujemy (po skontaktowaniu się z ich autorami) w druku, inne – na: krakow.gosc.pl.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9