Padre, zostań z nami

O misjach w zielonym piekle, tęsknocie za tlenem i o swoim miejscu na ziemi mówi ks. Józef Zyzak.

Reklama

Grzegorz Brożek: Na pewno od prawie 7 lat jest Ksiądz na emeryturze?

Ks. Józef Zyzak: Urodziłem się w 1939 roku, a wyświęcony na kapłana zostałem w Tarnowie w 1964 roku. Pracowałem w Przyszowej, Padwi Narodowej. Tam spotkałem ks. Kica, który chciał jechać na misje. Byłem w seminarium, kiedy ks. Tadeusz Adamczyk pojechał do Brazylii. Kiedy wrócił do Polski na urlop, ostatecznie mnie namówił. Poszedłem w tej sprawie do biskupa Ablewicza, ale powiedział, że jestem za młody i na razie nigdzie nie pojadę. Zostałem. Pracowałem w Zasowie, Gumniskach. Byłem proboszczem w Lipnicy Wielkiej (13 lat) i Nowej Jastrząbce (20 lat). Skończyłem siedemdziesiątkę i zgodnie z regułami przeszedłem na emeryturę.

Po czym spakowałem walizkę i wyjechałem na misje do Boliwii…

Utrzymywałem przez całe kapłaństwo kontakt z misjonarzami. Byłem w Nowej Gwinei, na Filipinach, w Nowej Zelandii, w Afryce, Ameryce Południowej. Odwiedzałem misje, do mnie także przyjeżdżali misjonarze. Zazdrościłem im trochę. Czegoś mi w życiu brakowało do pełni kapłaństwa, przyznaję. Skończyłem pracę jako proboszcz tu, to pojechałem tam.

Do pracy?

Do Boliwii na odpoczynek, zobaczyć pracę misjonarzy, bo miałem tam księdza rodaka. Kilka miesięcy spędziłem w boliwijskim tropiku. Potem w Cochabamba. Kiedy zbliżała się Wielkanoc, redemptoryści poprosili, żebym odprawił nabożeństwa wielkopostne w wiosce Tumompasa, której proboszcz zmarł w wakacje. Jest Wielki Tydzień, jadę, idę odprawiać, otwieram mszał i widzę, że ostatnia Eucharystia celebrowana była na Trzech Króli. Potem, do Niedzieli Palmowej, Mszy nie było. Chciałem stamtąd jechać robić zdjęcia w Ixiamas, gdzie w czasie 3 dni Wielkiego Tygodnia rządziła policja kościelna. Nie pojechałem, bo ludzie z Tumompasa nie chcieli mnie puścić: „Padre, zostań z nami”. Przyleciałem potem na chwilę do Polski i we wrześniu do nich wróciłem, ale tylko na kilka miesięcy, bo nie da się tam wytrzymać. To jest dżungla, zielone piekło. Temperatura, wilgoć, robactwo, które wchodzi pod skórę i składa larwy... Nogi mi puchły, musiałem przenieść się w góry, na wysokość 3700 metrów n.p.m. do miasta Oruro. Tam jestem już od 5 lat. Dwa lata w tropiku, a tam 5 lat.

Pojechał ksiądz bez przygotowania. A co z językiem hiszpańskim?

Uczyłem się na miejscu. Nauczyłem się. Nie myślałem nigdy, żeby na emeryturze być bezczynnym. Widziałem, że zdrowie w miarę jest, mogę pracować, więc przeszkód zasadniczo nie ma. Kto pracował w Polsce, zwłaszcza dawniej, za komuny, kiedy każdy dzień był od rana do wieczora wypełniony zadaniami, to niech wie, że tam jest tak samo.

Praca wśród Indian, sytuacja na miejscu jest chyba trochę inna niż w Polsce…

Fakt. Pracuję wśród Indian, którzy stanowią 80 proc. mieszkańców Boliwii. Ja mam w Oruro parafię, która liczy 15 tys. mieszkańców. Do kościoła przychodzi 100 osób: 30 dzieci do I Komunii Świętej, 12 młodzieży do bierzmowania, czasem starsi i rodzice. Działa dużo sekt. Czy parafianie są zewangelizowani? Cóż. Przewodnicząca rady parafialnej nie ma ślubu kościelnego… Muszę namawiać, zachęcać. Mamy nowy kościół. Drzwi, okna i tynki mamy, ale potrzebujemy posadzki, ławek, ołtarza, konfesjonału i całej reszty, dlatego gdy mam wolne, to zabiegam o pieniądze.

Nie żal księdzu spokojnej emerytury?

Z emeryckich przywilejów cieszę się tym, że na konto wpływają co miesiąc jakieś pieniądze. Przydają się na misjach. Całą emeryturę, zabrane z Polski stypendia mszalne, gregorianki zabieram do Boliwii. Po odliczeniu kosztu biletu i mojego wyżywienia, wszystko idzie na pomoc dla Kościoła w Oruro. Przez tych 7 lat rozdałem na miejscu 63 ornaty, 6 kielichów, sprowadziłem 8 tabernakulów. Na diecezjalne radio poszło 60 tys. dolarów, a 40 tys. dolarów na pomoc dla chorych, biednych. Na przykład na obiady, które teraz rozdajemy.

Nie jest księdzu ciężko?

Owszem, zwłaszcza gdy przyklęknę na podniesieniu w czasie Mszy św. Muszę zrobić pauzę, żeby złapać powietrze. (śmiech) W powietrzu jest mało tlenu, czasem świeczki gasną, kiedy drzwi są zamknięte. Po powrocie do Boliwii parę dni mam nogi jak z waty i zawroty w głowie, ale to przechodzi. Taki urok.

We wrześniu wraca ksiądz do Boliwii, czyli dokąd?

Do siebie. Tak myślę o tym miejscu. Tam jest moje miejsce, tam na mnie czekają siostry, których jestem kapelanem, ludzie, którym proboszczuję, radio, którego doglądam. Ludzie tam żyją, modlą się. Nie wszyscy, ale dla tych stu trzeba tam być. Mam prawie 77 lat. Dopóki będę wiedział, jak się nazywam, to będę pracował.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7