Duchowy oddział ratunkowy

Nie są wolontariuszami, którzy wykonują przy chorych czynności pielęgnacyjne. Po prostu się modlą. Wierzą, że to tak, jakby dać głodnemu i spragnionemu jeść i pić.

Reklama

Wchodzimy na oddział hospicyjny w szpitalu. Pani oddziałowa, która nas wprowadza, wyjaśnia nam krótko, jaki jest stan chorych w poszczególnych salach. W pewnym momencie mówi: „Tu leżu pan, z którym nie ma kontaktu”. Kurtuazyjnie jednak wchodzimy do tej sali, mówimy: „Szczęść Boże”, przedstawiamy się i zaczynamy modlitwę. Trzymam w dłoniach obrazek Jezusa Miłosiernego, który dostałam w czasie rekolekcji u księży pallotynów. Najpierw jest modlitwa spontaniczna, potem Koronka do Bożego Miłosierdzia, akt oddania się Jezusowi Miłosiernemu.

Ten pan miał oczy półprzymknięte. Jednak gdy zaczęliśmy się modlić, on otworzył oczy szeroko. A ja trzymam tak obrazek, by widział wizerunek Jezusa Miłosiernego. Chcemy już odchodzić, ale w pewnym momencie ów pan, z którym nie było kontaktu, mówi do mnie: „Siadaj!”. Chciał, byśmy pozostali przy nim. O czym mówiliśmy? O wielkości, o wspaniałości Boga, o nadziei, jaką daje – opowiada Danuta z Ciechanowa, która razem z mężem uczestniczy w ewangelizacyjnym przedsięwzięciu „Duchowy szpital”.

Co tydzień, także w środku słonecznego i urlopowego lata, za zgodą władz szpitala i w porozumieniu z ks. kapelanem Maciejem Szostakiem przychodzą do chorych leżących na szpitalnym oddziale hospicyjnym, by ofiarować im pokarm – chleb dla duszy.

Nie można czekać

Czym jest „Duchowy szpital”? To inicjatywa diecezjalnej Szkoły Nowej Ewangelizacji pw. św. Łukasza Ewangelisty, która już w kwietniu zorganizowała specjalne warsztaty dla świeckich, przygotowujące do takiej misji. – Wzywa nas do niej Chrystus. Jego posługa była posługą Słowa, głoszenia królestwa Bożego i uzdrawiania. Dziś, gdy szukamy ludzi, „którzy źle się mają”, znajdujemy ich w szpitalach. Nie możemy czekać, aż do nas przyjdą; idziemy z posługą miłosierdzia tam, gdzie jest ona potrzebna – wyjaśnia dr Iwona Zielonka, dyrektor SNE w naszej diecezji. 21 uczestników tamtych szkoleń słuchało tego, co o pracy i posłudze w szpitalu ma do powiedzenia psycholog i kapelan. Dowiedzieli się na przykład, jak bardzo różnią się postawy ludzi wobec choroby w zależności od wieku i jak odmienne są relacje na linii: chory–lekarz, personel medyczny–kapelan czy chory–rodzina. Zakończyli warsztaty zaopatrzeni też w praktyczne rady dotyczące postawy wobec pacjenta objętego opieką terminalną. Takie wytyczne jak słuchanie, poświęcenie uwagi choremu czy empatia mogłyby się wydawać oczywiste, tymczasem w czasie spotkania z osobą cierpiącą podobny mentalny „podręcznik” postępowania okazuje się nie do przecenienia.

„Duchowy szpital” nie zakończył się na samych warsztatach i przeniósł się rzeczywiście do sal, a jeszcze bardziej do kaplic szpitalnych w Ciechanowie, Mławie i Płocku, gdzie organizowane są Msze św. i spotkania ewangelizacyjne dzięki ludziom zaangażowanym w SNE i Odnowę w Duchu Świętym. Ludziom, którzy wierzą w moc modlitwy.

Bez lęku

– Modlitwa była zawsze czymś bardzo naturalnym w moim rodzinnym domu – opowiada mieszkanka Ciechanowa, która swoje korzenie ma na Podlasiu. Tamta lokalna ojczyzna, z jej tradycyjną i głęboką pobożnością i otwartością mocno ją ukształtowała. Danuta nie boi się tematu śmierci. Pamięta, jak odchodziła jej babcia. Świadomie, bez paniki, spokojnie, z radością, bo przecież po drugiej stronie czeka tylu dawnych znajomych i czeka Bóg. Pamięta też, jak dawniej modlono się całymi rodzinami przy zmarłym, bo trumna z ciałem pozostawała na noc w domu. – Dzięki temu trwało się na modlitwie. Cały czas, do momentu pogrzebu modlitwa w tym domu nie ustawała. Dzisiaj cykl życia się nie zmienia, pomimo tego, że ktoś umarł. Gdzie my mamy czas na modlitwę i pożegnanie odchodzącej osoby? – zastanawia się Danuta. Może właśnie dzięki tamtym doświadczeniom nie obawia się przekroczyć progu szpitala i hospicjum.

– Trwoga i lęk powodują, że zwykle widzi się śmierć zawsze gdzieś poza nami, tak jakby nas to nie dotyczyło – mówi o ogólnoludzkim doświadczeniu jej mąż, Rajmund. – Tak naprawdę trzeba zadać sobie pytanie o rzeczy ostateczne i uświadomić sobie, że i ja będę w tym uczestniczył. To dotyczy każdego i od tego się nikt nie „wywinie” i nie wykupi za żadne pieniądze. Jednak śmierć nie jest końcem, tylko otwiera nasze życie w innej przestrzeni. I mimo że mamy lęk, trwogę, a te przecież także były doświadczeniem Jezusa Chrystusa, to pragnienie miłości jest większe od nich. W tym momencie wszystko przestaje mieć wartość. Istotne jest tylko spotkanie człowieka z Bogiem. Modlitwa daje nam tę świadomość, że Pan Bóg jest miłością, że czeka na nas ze swoją łaską i przygotował tych mieszkań wiele – mówi ciechanowianin.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6