Nie jest łatwo stale być na świeczniku

Wystarczy mieć wiary tyle co za paznokciem, aby cieszyć się z tego, że dzieci poszły na służbę u Pana Boga – mówi Edward Mikulski.

Reklama

Każdy rodzic dokładnie pamięta ten dzień, ze wszystkimi szczegółami. Pamięta nawet, gdzie wtedy stał w swoim domu i co robił – mówi pani Joanna Altman. Momentu, kiedy syn lub córka oznajmia, że chce pójść do seminarium lub zakonu, nie zapomni się do końca życia – mówią zgodnie rodzice kapłanów i sióstr zakonnych z naszej diecezji.

– Na początku jest to szok i niedowierzanie – mówi Krystyna Charytoniuk, której córka jest boromeuszką w Trzebnicy. – Być może ten szok jest mniejszy, gdy dziecko np. działa aktywnie w Kościele; nasz Czarek nawet nie był ministrantem – uśmiechają się państwo Zbigniew i Iza Ejsymontowie, rodzice ks. Cezarego Ejsymonta. – W klasie maturalnej rzucił raz czy dwa hasło, że może zostanie księdzem, ale nie braliśmy tego na serio. Syn cały czas marzył o studiowaniu prawa. Kiedy po maturze rozpoczął ten kierunek, wszystko wyglądało na to, że tak już zostanie – opowiadają.

Żołnierz Armii Pana

Podobnie ten czas wspominają państwo Joanna i Edward Altmanowie, rodzice ks. Jakuba Altmana. – Nasz syn chciał być żołnierzem – mówi pani Joanna. Wspomina, że gdy usłyszała tę nowinę, prawie spadła z krzesła. Już to było ogromnym przeżyciem, ale nie spodziewała się tego, co spotkało ją dwa tygodnie później. Syn złożył dokumenty w WKU i zapisał się do jednostki Marynarki Wojennej w Gdyni. Tam od razu otrzymał propozycję pracy i służbowe mieszkanie. – Rozwój wydarzeń jak marzenie – wspominają rodzice. To jednak nie było to. Po mniej więcej dwóch tygodniach wrócił do domu i oznajmił, że jego drogą będzie seminarium, a nie wojsko. – Patrząc z drugiej strony, mimo wszystko pozostał w armii, ale w armii Pana – śmieją się rodzice. – Kiedy zapisywał się do seminarium, ksiądz rektor był bardzo zdziwiony, że będzie miał pierwszego kleryka żołnierza.

Nieco dłużej zajęło zrozumienie ks. Cezaremu, że Pan Bóg nie chce, by był on prawnikiem. – To było już po zakończeniu pierwszego roku studiów – opowiada tata. Syn wrócił na wakacje do domu i oznajmił, że prawo nie jest czymś, czemu chciałby poświęcić całe życie. – Kiedy zapytaliśmy, co w takim razie zamierza robić, seminarium było ostatnią odpowiedzią, jakiej się spodziewaliśmy.

Pewnie im przejdzie

– Nasza córka była zawsze blisko Pana Boga – mówi pani Krystyna Charytoniuk. Wylicza liczne pielgrzymki swojego dziecka, aktywność w kościele i grupach wspólnotowych. – Przez cały czas marzyła o medycynie. Byliśmy przekonani, że wybierze tę właśnie drogę. Ale nie spodziewaliśmy się, że będzie chciała to połączyć ze służbą w zakonie – opowiada. Dzień, w którym oznajmiła tę decyzję, na zawsze pozostanie w pamięci matki. – Córka już wtedy studiowała na akademii medycznej. Wróciła z zajęć do domu. Był wieczór. Ja przygotowywałam kolację w kuchni. Wtedy mi powiedziała – opowiada pani Krystyna, która do dziś pamięta niedowierzanie.

Wśród większości rodziców z początku panowało przekonanie, że „pewnie im przejdzie”. – W przypadku sióstr boromeuszek od wstąpienia do złożenia ślubów wieczystych mija przecież aż 7 lat – mówi Aleksandra Gabriel. Jej córka, s. Jana, również jest w zakonie św. Karola Boromeusza w Trzebnicy. – Kiedy obserwujemy wchodzenie dziecka w tę wspólnotę i widzimy, że powołanie było prawdziwe, z czasem zaczynamy rozumieć, że to jednak nie przejdzie – przyznają zgodnie mamy sióstr zakonnych.

Duma i zadanie

Rodzice osób konsekrowanych mówią, że posiadanie takich dzieci to nie tylko duma, ale również poważne zadanie. – Jeśli mieszka się w niewielkim środowisku, jak my, to jako rodzice księdza jesteśmy niejako stale na świeczniku – wyjaśniają państwo Ejsymontowie. Jak mówią, społeczeństwo oczekuje, że jeśli z tej rodziny wyszedł ksiądz, to i oni muszą świecić przykładem. – Staramy się tak czynić, choć przyznajemy, że nie jest to łatwe – dodają. To trudne zadanie nie spada na nich jednak z dnia na dzień. – My wraz z naszymi dziećmi przygotowujemy się przez cały okres seminarium do roli, jaka nas czeka – mówi Zbigniew Ejsymont. W tym czasie spotykają się z innymi rodzicami, uczęszczają na nauki i wymieniają między sobą uwagami. – Myślę, że po takim czasie jesteśmy już lepiej przygotowani – dodaje.

Nie zawsze jednak ten czas jest łatwy i dla wszystkich jednakowo oczywisty. – Mój mąż namawiał córkę, aby „wróciła do cywila”, niemal do samego dnia złożenia ślubów wieczystych – wspomina Krystyna Charytoniuk. Do akceptacji wyboru takiej, a nie innej drogi życiowej przez dziecko trzeba jednak dojrzeć. – My również początkowo byliśmy sceptyczni. Oczywiście nie przeszkadzaliśmy, ale wielokrotnie prosiliśmy syna, aby się zastanowił – zgadzają się państwo Ejsymontowie.

Przepis na szczęście

– Nasza córka już od zdania matury mówiła o wstąpieniu do zakonu, więc u nas nie było sprzeciwu – mówi z kolei Edward Mikulski, którego dzieci wybrały życie poświęcone wyłącznie służbie Bożej. Syn Robert jest księdzem w Kościerzynie, zaś córka Magdalena, dziś s. Beatrycze, posługuje jako karmelitanka w Elblągu. – Mówiliśmy jednak córce: Pan Jezus jest tak wiernym narzeczonym, że na ciebie poczeka. Pragnęliśmy, aby skończyła studia. I tak też się stało. Magdalena po skończeniu edukacji na Uniwersytecie Gdańskim pracowała 1,5 roku w radiu diecezjalnym Głos, po czym wstąpiła do zakonu. – Dziś już mija 17. rok, od kiedy została karmelitanką – pan Edward jest wyraźnie wzruszony.

Przede wszystkim jednak, jak mówią, posiadanie dzieci, które poszły na służbę Panu Bogu, to wielka radość. – Jeżeli ma się wiary choćby tyle, że mieści się pod paznokciem, to jest się bardzo zadowolonym – mówi pan Edward. – Być może dla niektórych to niezrozumiałe, jak bardzo jest to dla nas radosna okoliczność – dodaje. – Modlimy się codziennie, aby nasze dzieci dobrze wypełniały wolę Bożą i dobrze służyły ludziom. To taka nasza prosta recepta na szczęście.

– Bo my jesteśmy po prostu szczęśliwi, kiedy nasze dzieci są szczęśliwe – wtrąca Joanna Altman, a pan Edward potakuje z aprobatą. – A jako rodzice zawsze doskonale wiemy, kiedy tak jest. Oficjalnie zawsze mówią, że jest wszystko w porządku. Gdy dzwonię do syna, jestem w stanie nawet po tonie głosu rozpoznać, kiedy ma lepszy lub gorszy dzień. Bo przecież takie też przychodzą. Ale matka to zawsze wie – przyznaje Iza Ejsymont.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10