To nie jest kombajn

O „Panu od muzyki”, psalmie z filmu i bramkach, do których grają muzycy, mówi ks. Jacek Czechowski, muzykolog. 


Reklama

Ks. Roman Tomaszczuk: Nie przesadzasz? Szkoła psałterzysty – dużo powiedziane. 


Ks. Jacek Czechowski: Czyżbym posługiwał się niewłaściwym nazewnictwem? Nie przypuszczam, by w dobie powszechnego dążenia do „poszerzania horyzontów” kogokolwiek to określenie jeszcze raziło. Szkołę kojarzę przede wszystkim z solidną i z rozciągniętą w czasie edukacją. Nie da się nauczyć muzyki podczas trzech zjazdów. Potrzeba regularnych ćwiczeń pod okiem zaangażowanego instruktora. Marzę po cichu, by taka właśnie była moja „szkoła” i będę się upierał przy tej pompatycznej nomenklaturze. Nie szukam klientów, ale uczniów. Staram się serio traktować moje zadanie.  W szkole pracują przecież prawdziwi znawcy tematu, nierzadko pasjonaci swojego kierunku. Dla takich warto nawet zostać po lekcjach. 

Masz już doświadczenie pracy z dziećmi i młodzieżą. Jak wymagać od nich systematyczności, bez której nie można się rozwijać muzycznie?


To chyba trochę nie tak. O doświadczeniu mógłby powiedzieć nauczyciel po 25 latach pracy w zawodzie. Miniony rok szkolny uznać mogę za obfitujący w nowe doświadczenia. Po powrocie z Lublina uczyłem się, jak uczyć innych. 
Dziecięca schola liturgiczna wpisała się wtedy w jedno z trzech wokalnych wyzwań świdnickiego „Pana od muzyki” (wszystkim miłośnikom pracy z dziećmi polecam ten francuski film). Nie miałem wtedy zielonego pojęcia, jak uczyć sześcio – czy siedmiolatki. Dla nich świat liter nie był jeszcze osiągalny. Śpiewały z pamięci, przynajmniej pierwszą zwrotkę. Nic by z tego nie było, gdyby nie rodzice dzieci. Powtarzali z nimi w domach tekst i regularnie przyprowadzali na piątkowe próby. Podziwiam ich determinację. 
W grudniu miałem tylko pięcioro małych śpiewaków i wydawało się, że schola przestanie istnieć. Ćwiczyłem jednak z nimi regularnie, bo maluchy chciały przychodzić i śpiewać w kościele. Do dzisiaj pamiętam, jak dziewczynki z zerówki, próbując naśladować nieco starsze koleżanki, wpatrywały się w tekst pieśni z dziecięcego segregatora (dziewczynki otrzymały czerwone, a chłopcy fioletowe). To nic, że akurat „czytały do góry nogami”. W swojej bezradności były rozbrajająco szczere. W tym czasie rozstałem się z dawnym chórem katedralnym. W drugim semestrze zwiększyłem liczbę prób. Odtąd widujemy się nie tylko w piątki, ale i w poniedziałki. Zbieranie doświadczeń trwa.


Masz swoją ulubioną melodię psalmu?


Pamiętasz postać ks. Jana, zarażonego HIV, z filmu „Kto nigdy nie żył”? Jeszcze w Nowej Rudzie, gdzie byłem wikariuszem, kilkakrotnie oglądałem ten film z licealistami. Utkwiła mi w pamięci scena, kiedy ks. Jan po ucieczce ze swojej przymusowej pustelni próbuje zatrzeć swoją tożsamość, jakby za wszelka cenę chciał uciec przed głosem Pana Boga. Reżyser świetnie pokazuje jego wewnętrzne rozdarcie. Wtedy właśnie z kościoła dobiegają słowa psalmu. To jest moja ulubiona melodia.

Co sądzisz o repertuarze w naszych kościołach?


Znam tylko ten, który miałem okazję usłyszeć w ubiegłym roku, głównie w kościołach naszego dekanatu. Delikatnie mówiąc, jest bardzo zróżnicowany. 


Udziwnione melodie psalmów męczą ludzi, bo jak tu zaśpiewać refren pełny melizmatów?


Dziwni są niektórzy kantorzy /psalmisci i muzycy kościelni, przystający na takie fanaberie. Jeśli każe się zgromadzonym powtarzać rytm synkopowany albo używa się melodii z dwiema szesnastkami w refrenie, to nie dziwmy się potem, że prawie nikt tego nie potrafi powtórzyć. Nie melodie są problemem, ale nieroztropni wykonawcy, którzy chwilami mylą kościół z estradą. A przecież w każdym „Śpiewniku kościelnym” ks. Siedleckiego znajdziesz melodie estetyczne, w żadnym razie nie ekstrawaganckie. Z drugiej jednak strony kto miałby zwrócić uwagę młodym wykonawcom na udziwnione melodie, skoro dzisiaj bycie gwiazdą jest w modzie, a prosty (nie prostacki, ale zwyczajny) śpiew liturgiczny nie jest trendy. Stąd powstaje mylne przekonanie, że im melodia trudniejsza do wykonania, tym lepsza. Zapomina się przy tym także o zasadach prozodii języka polskiego. Muzyka psalmu powinna być ściśle zespolona ze słowami, które ma eksponować. Psalm to poezja, natchniona i uświęcona przez Boga. Każde słowo tego utworu jest na wagę złota.


Nie byłoby lepiej, gdybyś uczył organistów? Przez nich można dotrzeć do zdolnych parafialnych muzyków.


Z trzech trybów języka polskiego, najbardziej lubię oznajmujący. Tryb przypuszczający jest pełen niespełnionych marzeń... Edukacją organistów zajmują się ks. referent ds. muzyki kościelnej i pan dyrektor Studium Organistowskiego.


No więc szkoła. Jej idealny absolwent to...


I tu się mylisz, bo idealnych nie oczekuję. Zapraszam zwyczajnych, ale z dobrym słuchem muzycznym, zaangażowanych w życie liturgiczne swoich parafii. 


W Świdnicy istnieje kilka różnych formacji muzycznych związanych z Kościołem. Nie byłoby lepiej, żebyście połączyli swoje siły i stworzyli koalicję na rzecz kultury muzycznej diecezji?


Przypomniałem sobie w tym momencie jedną z inscenizacji szkolnych i wypowiedziane na niej słynne zdanie: „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Łatwiej byłoby zaśpiewać w Wielki Czwartek załóżmy, „Ubi caritas et amor”, niż rzeczywiście połączyć siły. Dopóki gramy do różnych bramek, a wydaje się, że tak jest, nigdy to nie nastąpi.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6