Do roboty! Przecież to (chyba) ma sens!

Gdyby każdy z nas dał grosz, to już mamy koło 380 tysięcy złotych. Wspólnie możemy zrobić bardzo wiele.

Reklama

Zadzwonił dzwonek. Pracowicie dłubiący przez całą lekcję słonecznik (spróbowalibyście mu zabronić, przecież on nic takiego nie robi!) chwilę rozglądał się bezradnie, po czym zamaszystym ruchem ręki zrzucił wszystkie starannie zebrane na ławce łupinki na podłogę.

 – Musisz śmiecić?

Moje pytanie wydało mu się chyba niezrozumiałe.

– Przecież od tego są sprzątaczki, żeby posprzątać.

– A ja do tego czasu ma siedzieć w chlewiku?

To nie był pojedynczy wybryk nieopierzonego gołowąsa. W ciągu kilkunastu lat pracy w szkole rozmowę taka powtarzałem kilka razy z kilkoma osobami. Jakoś nie mieściło im się w głowie, że to nie tylko jego sala i że powinien choćby tylko przez to, że nie śmieci, przyczynić się do naszego dobra wspólnego.

Ach ci młodzi – oburzy się ten i ów. Sęk w tym, że nie tylko oni. Stojąc czasem w korku patrzę, jak ten czy ów, całkiem dorosły,  wyprzedza stojących karnie w rządku poboczem albo pasem, który zaraz się kończy. Kiedy ma obcą rejestrację – wiadomo, mógł nie znać drogi. Ale tubylcy? Widać uważają się za lepszych, takich, którym się należy. W tym wypadku ominięcie kolejki w korku, w innym pewnie i inne rzeczy. Tymczasem Kościół uczy, że każdy obywatel ma prawo, ale i obowiązek troski o wspólne dobro. To tak zwana zasada uczestnictwa. Dotycząca oczywiście spraw znacznie bardziej istotnych niż łupinki ze słonecznika czy samochodowy korek.

Owo uczestnictwo zasadniczo wyraża się „w działaniach, dzięki którym obywatel jako jednostka lub w stowarzyszeniu z innymi, bezpośrednio albo poprzez swoich reprezentantów, wnosi swój wkład w życie kulturalne, ekonomiczne, społeczne i polityczne wspólnoty obywatelskiej”. To prawo, ale też obowiązek każdego obywatela. Powinien być on wypełniany „świadomie, odpowiedzialnie i ze względu na dobro wspólne”. I nikt nie powinien ani się z tego obowiązku zwalniać, ani zwalniać z niego tych, którzy chcą w życiu społecznym uczestniczyć.

„Wy się tym nie interesujcie, to nie są wasze sprawy, przecież i tak się na nich znacie”. Kto tak mówi? Raczej nie powie tak mechanik samochodowy swoim klientom, bo szybko ich straci. Bankowiec? Może nawijać ludziom makaron na uszy, ale jak chcą wyjaśnień, musi w końcu ich udzielić. Odwagę powiedzenia obywatelom czegoś takiego mają tylko politycy. I nie tylko zazwyczaj zarozumiali (przynajmniej w Polsce) ministrowie finansów.

Tak, to prawda, że sejm, rząd czy sądy sprawują władzę na podstawie uprawnień przyznanych im przez obywateli. Ale to znaczy też, że „różne podmioty obywatelskie, na każdym jej (władzy) poziomie, są formowane, słuchane i włączane w pełnione przez władze zadania”. Bo demokracja „powinna być systemem zapewniającym uczestnictwo obywateli”. I to, że oddaliśmy władzę w ręce naszych przedstawicieli nie znaczy, że nie mamy się już interesować jak ją sprawują.

Dla dobra wspólnego każe też katolicka nauka społeczna przeciwstawiać się wszystkiemu, co może do owego uczestnictwa w życiu społecznym zniechęcać. To na przykład fakt, że w społeczeństwie wytworzyły się grupy „równiejszych od równych”, których demokratyczne wybory nie są w stanie od rzeczywistego wpływu na państwo odsunąć. Albo wszystkie działania mające sprowadzić obywateli tylko i wyłącznie do roli głosujących w wyborach albo nawet i do tego zniechęcające.

W Polsce ostatnio takim czynnikiem jest chyba na przykład silna pozycja partyjnych liderów. Po co głosujemy na obywatela X czy Y, skoro jako członek partii A czy B musi zagłosować, jak mu szef każe? Nawet do spraw światopoglądowych wprowadza się już partyjna dyscyplinę...

Uczestnictwo w życiu społecznym to nasze prawo. Nie tylko oczywiście w życiu politycznym. kulturalnym, ekonomicznym czy społecznym też. Działania mające na celu ograniczenie wpływu na życie społeczne poszczególnych obywateli czy ich grup trzeba uznać za niezgodne z podmiotowym traktowaniem człowieka i dobrym wspólnym. Z drugiej strony owo uczestnictwo w życiu społecznym to nasz obowiązek. Chętnie brać, ale nijak nie dołożyć swojego do owego wspólnego dobra, niewiele się różni od postawy owego młodzieńca  zrzucającego słonecznik na podłogę albo kierowców wymuszających przepuszczenie ich w ulicznym korku.

Korzystałem z „Kompendium nauki społecznej Kościoła” opracowanego przez Papieską Radę Iustitia et Pax, Jedność, Kielce, 2005.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9