Zostawiam, nie porzucam

– Mamo, tato, idę do seminarium, wstępuję do zakonu! – taka deklaracja wiele zmienia nie tylko w życiu osoby, która słyszy Boże wezwanie. Powołanie w jakimś sensie dotyka całej jej rodziny.

Reklama

Reakcje bywają różne i mieszczą się między dwiema skrajnościami. Czasami osoba powołana napotyka wyraźny sprzeciw. – Jest w naszym zgromadzeniu taka siostra, której początki były bardzo trudne. Właściwie wyjechała z domu wbrew woli rodziców, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Na szczęście z czasem wszystko się ułożyło – mówi s. Paulina Kopacz, przełożona z Góry Chełmskiej. Bywają sytuacje przeciwne, kiedy to najbliżsi siłą wypychają dziecko na drogę powołania, realizując swoje marzenia. W wydanej już jakiś czas temu książce „Porzucone sutanny” opisany jest przypadek księdza, który na odejście z kapłaństwa czekał do śmierci matki, która bardzo pragnęła, aby on został kapłanem. Był nim, bo nie chciał sprawić jej przykrości.

Popłakać nie zaszkodzi

– Emilka zaprosiła mnie do swojej ulubionej kafejki i tam mi to powiedziała. Może wiedziała, że w publicznym miejscu nie będę urządzać scen. (śmiech)W takim momencie jest ogromne kłębowisko myśli, uczuć i emocji, że trudno to ująć w słowa. Tym bardziej, że to jedynaczka. Nie byłam na „nie”, ale po ludzku bardzo to przeżywałam. Płakałam i modliłam się – wspomina Katarzyna Pechman z Kołobrzegu, której córka dwa lata temu wstąpiła do klarysek od Wieczystej Adoracji w Słupsku. – Ja oczywiście dowiedziałem się o wszystkim po spotkaniu w kawiarni. Stałem z boku i patrzyłem na matkę i córkę. Jedną i drugą musiałem pocieszać – opowiada Jacek Pechman, mąż pani Katarzyny.

– Teraz widujemy się przez kratę. Pierwsze wizyty były ciężkie. Chciałoby się przytulić, a tu nie ma jak. Dlatego czekam do pierwszych ślubów. Jak znam siebie, to cały czas będę ryczała – przyznaje mama klaryski. – Najprawdopodobniej tak się skleją, że będzie je ciężko oderwać od siebie – dodaje tata. Oboje bez cienia wątpliwości przyznają, że są szczęśliwi szczęściem swojej córki.

– Czułem, że coś się święci, ale dowiedzieliśmy się dopiero w klasie maturalnej. Syn w końcu się przyznał. Nie miałem oporów, ale żona oczywiście na każdym kroku w płacz. Ja też to przeżywałem, ale nie wypadało płakać – dzieli się Mirosław Szymanowski, ojciec kleryka V roku z koszalińskiego seminarium. – Tomasz miał iść na prawo. Przed maturą oznajmił, że zmienia decyzję i idzie do seminarium. Powiedziałam, że będę go w tym wspierać. Przy nim jakoś się trzymałam, ale gdy go nie było – płakałam. Tym bardziej, że w tym samym roku umarł mąż. Jednak jestem szczęśliwa, że taką drogę wybrał – mówi Janina Żuchowska z Sianowa, mama kleryka I roku.

Nic na siłę

Urszula Górska ze Sławna ma pięciu synów. Trzech z nich zostało księżmi. – Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, że któryś z moich synów może zostać księdzem. A tu proszę, jest trzech – śmieje się pani Urszula. – Ale bardziej niż dumę czuję potrzebę pokory. Przecież to Pan Bóg ich wybrał. To nie ja ich wysłałam czy wypchnęłam. To nie moja zasługa – przyznaje mieszkanka Sławna.

Mama trzech kapłanów uważa jednak, że jest ktoś, kto przyczynił się do takiego obrotu sprawy. – Myślę, że dużą rolę odegrała tutaj moja babcia. Ona zawsze bardzo pragnęła, żeby w rodzinie byli księża i dużo się w tej intencji modliła. Przyznała mi się kiedyś, że bardzo chciała, żeby to mój brat poszedł do seminarium. Tak się nie stało, ale ona cierpliwie modliła się dalej. I okazało się, że Pan Bóg każdą modlitwę wysłuchuje, tylko nie wtedy, kiedy sobie tego życzymy, ale wtedy, kiedy On sam chce – opowiada.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9