publikacja 12.05.2026 18:04
Skąd wiadomo, że Bóg istnieje? Skąd pewność, że to właśnie chrześcijaństwo przynosi najpełniejsze o Nim objawienie, a nie inne religie? Nie trzeba się takich pytań bać.
Mirosław Rzepka
Stworzenie
Gliniany dzbanek? To człowiek. Krzemienny nóż? To człowiek. Kolorowe kwiaty i motyl? Same wyewoluowały dzięki przypadkowo powstałym prawom przyrody
Z cyklu (in spe) „Nieoczywistości”
Strasznie irytujące to, wstępujące zwłaszcza w anglosaskich filmach, przedstawianie wierzących – księży, siostry zakonne – jako osoby, które, pytane o jakąś sprawę dotyczącą ich religijnych przekonań, nie próbują tłumaczyć, a wszystko kwitują stwierdzeniami typu „trzeba mieć wiarę”. Nie inaczej zda się dziś mówić wielu tych, którzy Boga biorą na sztandar, ale niespecjalnie mają Go w sercu. Wiara, owszem, to ważna sprawa. Tyle że nie znaczy to, że powinna porzucić rozum. Kościół przez wieki sprzeciwiał się fideizmowy – czyli poglądowi głoszącemu prymat wiary nad poznaniem rozumu, czemu wyraz dał ostatecznie, jak się wydaje, XIX wieczny Sobór Watykański I, w konstytucji „Dei Filius”. Wiara nie musi i nie powinna bać się rozumu. Gdy tak jest, każda podpowiadana przez rozum wątpliwość urasta do rangi wielkiego problemu. Ot, w historii kwestia sporu miedzy geocentryzmem a heliocenryzem, dziś bardziej problem pochodzenia człowieka od wspólnego z małpą przodka czy też psychologiczne teorie, np. sprowadzające człowieka do istoty miotanej tylko i wyłącznie pożądaniami. Albo i konstruowana dziś, właśnie na potrzebne odrzucenia wiary w Stwórcę, hipoteza wieloświata; że istnieje nieskończenie wiele światów, a tylko nasz jest tym, który „się udał”. Można używając rozumu rzucić na takie sprawy, na takie argumenty przeciwne wierze, sporo światła. Ale gdy człowiek się uprze i nie chce go użyć, a tylko twardo trzyma się tego, że musi wierzyć, ryzyko, że w pewnym momencie wszystko trzaśnie i człowiek wiarę odrzuci, całkiem spore.
Jak więc to jest z tym istnieniem Boga? Czy Chrystus faktycznie był tym, za kogo się podawał? Przemawiają za wiarą w Boga objawionego przez Jezusa Chrystusa jakieś racjonalne argumenty czy trzeba tylko zacisnąć zęby i na przekór rozumowi powiedzieć „wierzę”?
Pewność: czy to nie fikcja?
„Święta Matka Kościół utrzymuje i naucza, że naturalnym światłem rozumu ludzkiego można z rzeczy stworzonych w sposób pewny poznać Boga, początek i cel wszystkich rzeczy” – ogłosił wspomniany Sobór Watykański I (zobacz Katechizm Kościoła Katolickiego 36). Sęk w tym, że owa „pewność” nie jest, jak wielu by chciało, pewnością stuprocentową, rozwiewającą w tej kwestii wszelkie wątpliwości. To pewność pozwalająca podjąć decyzję „tak, wierzę”, ale nie pewność, która wyleczy wszelkie w tym względzie ludzkie lęki i obawy. Zauważmy: choć nie mamy stuprocentowej pewności, że ruszając do pracy samochodem szczęśliwie do niej dojedziemy, nie przeszkadzam nam to kilka razy w tygodniu na taką podróż się decydować. Podobnie powinno być z wiarą w Boga, w Chrystusa: cień wątpliwości nie musi oznaczać, że nasze „tak” Chrystusowi nie jest szczere, pełne. Niestety, w tej kwestii ludzie nieraz to trzymanie się cienia wątpliwości uznają za postawę godną człowieka rozumnego...
Tymczasem, gdyby trzymać się cienia wątpliwości... Nie, Kartezjusz swoim „Myślę więc jestem” dawno rozstrzygnął spór o to, czy istnienie jest wielką iluzją czy też istniejemy faktycznie. Nie rozstrzygnął jednak kwestii, czy świat rzeczywiście jest takim, jakim go poznajemy. A może, jak w filmie Matrix, leżymy zanurzeni w jakiejś cieczy z podłączonymi do naszych głów (o ile faktycznie je mamy) elektrodami i cały ten świat, który, jak się wydaje, otacza nas, jest tylko wynikiem impulsów elektrycznych, którymi steruje jakaś wyższa istota czy istoty? Kto może zaręczyć, że tak nie jest? Wszak... Ot, takie kolory. Przecież nie istnieją, prawda? To tylko nasz mózg tak a nie inaczej interpretuje niektóre długości fal elektromagnetycznych. Niektóre, bo podczerwień i nadfiolet są dla nas niewidoczne. Jak to więc jest z tą nasza pewnością, gdy chodzi o poznanie otaczającej nas rzeczywistości? Jako wierzący możemy przypuszczać, że kochający nas Bóg nie wprowadzałby nas w błąd. Ale kto odrzuca istnienie Boga, wiarę chrześcijan....
Bóg istnieje. To właściwie pewne
Jak to więc jest z tym istnieniem Boga? Czy istnieją jakieś na Jego istnienie dowody? Ha. Dowody, w sensie ścisłym, istnieją tylko w naukach formalnych. Ot, takich jak matematyka czy logika. W innych dziedzinach (także gdy chodzi o sprawy dotyczące przestępstw) mówimy raczej o mocniejszych czy słabszych argumentach. Ale generalnie istnienie Boga jest raczej pewne. Dlaczego?
Najbardziej przekonującym dowodem na istnienie Boga jest to, że istnieje świat. Doświadczenie uczy, że nic nie bierze się z niczego; że każdy skutek ma jakąś swoją przyczynę. Dlaczego więc istnienie świata miałoby nie mieć swojej przyczyny? Dlaczego świat istnieje, choć równie dobrze mógłby nie istnieć? Istnieją tylko dwie możliwe odpowiedzi na to pytanie: świat istnieje w sposób konieczny od zawsze (przed Wielkim Wybuchem tych 14 miliardów lat temu był inny, ale był) albo istnieje, bo stworzył go (zarówno materię jak i kierujące nią prawa) odwiecznie istniejący Bóg. Nie ma w zasadzie innej możliwości. Pół na pół. Dlaczego wiara w istnienie Boga miałaby być mniej racjonalna niż odrzucenie wiary w Niego, to już kwestia, którą trzeba zostawić do wyjaśnienia psychologom.
Tymczasem za istnieniem Boga przemawiają i inne argumenty. Ot, to wszystko, co nazywamy „zasadą antropiczną”. To znaczy że wszechświat, od podstawowych praw fizyki (chodzi np. o siły w atomie) przez budowę Kosmosu (m in to, jak z wodoru i helu powstają potrzebne do powstania życia pierwiastki cięższe) aż do zasad rządzących biochemią ukształtowany jest tak, jakby jego celem było powstanie życia? Przypadek? Gdy podczas wykopalisk archeolog odkopuje uszczerbiony garnek do głowy mu nie przychodzi, by uznać to za dzieło przypadkowo działajacych sił przyrody. Jeśli patrzymy na obrazy (niekoniecznie zaraz współczesne) do głowy nam nie przyjdzie, że obraz jelenia na rykowisku powstał przez przypadkowe rozlanie się farby. Gdy chodzi jednak o świat, mądrze uporządkowany zaskakującymi prawami fizyki i biochemii, odrzucający istnienie Boga twierdzą, że to zbieg okoliczności.
Żeby wytłumaczyć jakoś fakt istnienia tych nakładających się na siebie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności powstała zresztą wspomniana wyżej koncepcja wieloświata: istnieje nieskończenie wiele światów, a nasz jest jedynym w którym te wszystkie niezwykle małe prawdopodobieństwa się zrealizowały. Faktycznie, żeby wydarzyło się coś nieskończenie nieprawdopodobnego trzeba nieskończenie wiele prób... I tak, uważający się za kierujących się względami naukowymi, przyjęli istnienie obok naszego świata nieskończenie wielu innych, nieudanych, o których nauka nic powiedzieć nie może, ale które istnieć muszą, by wyjaśnić dlaczego w naszym świecie zdarzyło się to wszystko nieprawdopodobne. A odrzucają znacznie prostsze wyjaśnienie: że ten świat stworzył mądry Bóg. Stworzył go jako precyzyjny mechanizm, w który, żeby działał, nie trzeba już ingerować...
Argumentów za istnieniem Boga jest więcej. Jednym z nich jest np. fenomen ludzkiej wolności. Dlaczego w świecie zdeterminowanym prawami natury powstała istota, która potrafi powiedzieć „nie”? Czy nie świadczy to o tym, że człowiek faktycznie jest, jak uczy Biblia, nie tylko cząstką świata przyrody, ale cząstką świata ducha? Albo to ludzkie pragnienie, by istniał Bóg, pragnienie życia wiecznego. Skąd by się wzięło w tym materialnym świecie? Pragnienie wieczności wytworzyły prawa przyrody?
Żaden z tym argumentów nie jest oczywiście argumentem rozstrzygającym. Wzięte razem mają już jednak swoją znaczącą wagę. W ich świetle istnienie Stwórcy wydaje się znacznie sensowniejszym wytłumaczeniem istnienia takiego a nie innego świata, niż odwoływanie się do przypadkowo powstałych praw natury i przypadkowo istniejącej materii. Że go nie widać? Że nie można Go zbadać? To, że człowiek ma rozum też wymyka się umiejętności zbadania przez fizyków czy biologów. Przecież badając ich metodami widzimy tylko prądy. To, że człowiek jest istotą rozumną jest jednak dla nas oczywiste, bo widzimy skutki tej rozumności. I podobnie świat jest dla wierzących widocznym skutkiem istnienia wszechmocnego, rozumnego Boga.
A skąd wiadomo, że ten Bóg, to ten sam, którego objawił nam Jezus Chrystus? No to dociekajmy dalej.
Mało prawdopodobne, że to zmyślenie
I w tej kwestii jest sporo argumentów mniejszej wagi. Ot, cała historia Izraela Starego Testamentu, która wskazuje na istnienie Boga ingerującego w jego losy. Można oczywiście wyjście z Egiptu uznać za bajki, a wyzwolenie z niewoli babilońskiej za zbieg okoliczności, ale więcej niż o nieistnieniu Boga mówi to sceptycyzmie tych, którzy wiarę w Boga odrzucają. Dla chrześcijan jednak kluczem do wiary w Boga takiego, jakim objawił Go Jezus Chrystus, będą odpowiedzi na pytania związane z Jego (Jezusa) zmartwychwstaniem. Jak więc? Czy Jezus naprawdę pokonał śmierć? Czy faktycznie zabity powstał do nowego życia? Bo jeśli dokonał, jak zapowiedział, niemożliwego, to pewnie wszystko, co mówił, było prawdą. Zmartwychwstanie byłoby dowodem...
I tu można, porzucając dociekania, powiedzieć, że to wszystko bajki. Ale twierdzenie takie nie ma wiele wspólnego z rozumną próbą dojścia do prawdy. Zastanówmy się więc: czy Jezus faktycznie zmartwychwstał? Co o tym świadczy?
Jeśli nie, to znaczy, że ktoś oszukuje, a ktoś został oszukany. Czy to możliwe, że oszukali nas uczniowie Jezusa, Apostołowie? W Ewangeliach napisano, że sami byli przyniesioną przez kobiety wiadomością o pustym grobie Jezusa zaskoczeni. Piotr i Jan pobiegli sprawdzić. Ta wzmianka o biegu już nadaje sytuacji znamię autentyczności. Dość sprytny byłby to zabieg, gdyby chodziło o sytuację zmyśloną. Potem, pisze Jan, zobaczyli płótna. I dopiero wtedy Jan uwierzył. Wcześniej nie. Czy przyznawałby się do niewiary w słowa Mistrza, gdyby to nie było prawdą? Czy pisaliby o tym, ze sami nie wierzyli, jak Tomasz, który żądał dowodu i chciał dotknąć Jezusa? Ich wyjaśnienia wyglądają na szczere. Właśnie dlatego, że przyznają się do swojego niedowiarstwa. Ba, nawet do zostawienia Jezusa w chwili najcięższej próby samego. Tak nie robą ludzie, którzy kłamią. Zwłaszcza gdy spodziewają się, że dzięki kłamstwu osiągną jakieś korzyści.
Dalej: czy gdyby ta historia została zmyślona, to czy poświęciliby jej resztę życia i w końcu wszyscy prócz Jana, oddaliby za nią swoje życie? Jaki sens jest umierać za wymyśloną przez siebie historię? A przecież nie chodzi o jednego czy dwóch ludzi, ale co najmniej dziesięciu (nie licząc Jana). Wariaci? Rybacy, celnik mieliby być ludźmi, którzy dali się omamić własnym wymysłem? To się nie klei.
No i przede wszystkim wiemy, że ci jego uczniowie doświadczali w sobie mocy Jezusa. Czytamy o tym w Dziejach Apostolskich. Skąd się wzięła w nich moc uzdrawiania? Bujda? To jak to się stało, ze ludzie w takiej masie zaczęli im wierzyć? Tak na słowo? To, że ich nauczaniu towarzyszyły wielkie znaki wydaje się w tym kontekście pewne. Każdy z wymienionych wyżej argumentów pojedynczo nie musi przekonywać. Ale wzięte razem mają już sporą siłę...
Mało prawdopodobne więc, że Apostołowie zmartwychwstanie Jezusa zmyślili. Niektórzy mówią, że ulegli autosugestii.... Temu argumentowi przeczy trzeci z przytoczonych wyżej argumentów. Autosugestia nie sprawia, ze człowiek zyskuje moc uzdrawiania albo przekonywania tłumów....
Są też tacy, którzy twierdzą, ze to sam Jezus, albo do spółki z Nim inni, tajemni uczniowie, oszukali Apostołów... Jezus nie umarł na krzyżu? Apostoł Jan pisze o przebitym włócznią żołnierza boku Jezusa i wypływającej z niej krwi i wodzie... Ale nawet gdyby Jezus wtedy naprawdę nie umarł, to ciężko skatowany pokazałby się swoim uczniom kilkadziesiąt godzin później? I spotkaliby Go potem jeszcze, np. po tygodniu, gdy Tomasz dotykał Jego ran? Skatowany przed ukrzyżowaniem człowiek? Człowiek, którego serce przebiła włócznia żołnierza? I przyszedłby do nich po tygodniu pełen życia. I pytał o jedzenie? No i jak wszedł do Wieczernika mimo zamkniętych drzwi? Tajne wyjście z grobu, tajne wejście do Wieczernika nie tłumaczą, jak prawie zabity – jak muszą przyjąć mówiący o oszustwie – nagle odzyskuje siły. No i nie tłumaczą tego, o czym była mowa wcześniej: skąd w uczniach Jezusa wzięły się potem te wszystkie nadzwyczajne moce.
Nie, to nie są stuprocentowo pewne argumenty za zmartwychwstaniem Jezusa. Wzięte jednak wszystkie razem sporo ważą. Znacznie więcej niż sceptycyzm, uznający to wszystko za czcze wymysły. O twierdzeniu niektórych, jakoby historia Jezusa w całości została wymyślona znacznie później już nie mówiąc....
Wiara poszukująca zrozumienia
Człowiek który zmierzył się z przedstawianymi wyżej dylematami, pytany o swoje przekonania w tym względzie, będzie świadom, że jego pewność w wierze jest.. pewnością wiary, a niekoniecznie rozumu. Rozum, owszem, wskazuje, że wiara w Boga i w Chrystusa jako Zbawiciela jest racjonalną, że przemawiają za nią mocne argumenty. Ale nie jest to, zwłaszcza to drugie, pewność absolutna, pewność, która pozwalałaby lekceważyć wszelkie ludzkie wątpliwości w tym względzie. I taka właśnie wiara, wiara dopuszczająca wątpliwości – swoje, innych – jest wiarą, która może przekonać niezdecydowanych. Jest wiarą, która zachęca, by powiedzieć Bogu „tak”, choć lęk i podszyty nim rozum kreślą różne inne, mało prawdopodobne scenariusze. Wiara, która ignoruje argumenty rozumu, a domaga się jedynie ślepego zaufania, tak naprawdę poszukujących odstręcza. A sama, nie zahartowana w poszukiwaniu, w zetknięciu z przeciwnymi argumentami, może się łatwo zawalić.