Czuwajcie, bądźcie gotowi! Ileż to razy słyszeliśmy te słowa i wydawały się domeną ludzi silnych, dojrzałych w wierze, tych wszystkich przyjaciół Pana Młodego z pogłębioną duchowością.
Być może pełnych wielkanocnej świeżości, być może życiem doświadczonych, na pewno wytrwałych i… No tak, można by tu dopisać paręnaście trafnych epitetów. W każdym razie niekoniecznie takich jak my – zmachani i zmechaceni zazwyczaj. Jak to się czasem mówi: inna liga. Proszę wybaczyć ironię, ale czytając czasem coś z tak zwanej literatury religijnej, pytam sama siebie: do kogo oni to piszą?! Duszyczek pobożnych, poukładanych, herosów buntu i wichury, ludzi mających głębokie, a na stówę sformułowane pytania do Stwórcy Wszechrzeczy? Tak, do tych i tamtych pewnie tak – ale to raczej nie mój adres.
Czuwanie zatem nie wydaje się w naszym zasięgu, za dużo spraw na głowie, za mało duchowej poprawności. A jednak jest coś w tym słowie, w tej postawie, dziwnie znajomego, czyż nie?
Opróżnij oba zbiorniki, dosyp ziarna kawy, włóż nowy filtr, za mało tonera, zrób kopię zapasową… Przeważnie nie w porę, przeważnie gdy zależy nam na czasie, przeważnie gdy myślimy: „jeszcze i to”. A przecież pokornie przeliczamy tabletki (czy na pewno wzięliśmy dzisiaj?), ustawiamy ciało w pozycji do wstania (tak, tak, trzeba powolutku, od odpowiedniej strony), mówimy: „to już za dużo dla mnie, nie, dziękuję” (za ciasto, kolejną kawę/pracę/rolę).
Więc może jednak czuwamy, nawet nie wiedząc o tym? Wiemy, że nie zaczyna się zdania od „więc”; że trzeba buty wytrzeć, wchodząc, bo inaczej, wiadomo; że bez kanapek nie skupimy się w pracy i lepiej włożyć czepek niż potem żałować, nawet jeśli on nam nie dodaje urody.
W książce Marka Stokowskiego „Święty Leonard z pól” (zaraz na początku, zaczęłam dopiero wczoraj), jest taka scena, kiedy anioł (?) motocyklista mówi Leo, że ten musi wyruszyć w drogę („Trzeba ruszyć stare dupsko” – tak jest napisane). „– Dlaczego (…) Co to w ogóle ma do rzeczy? (Leo pyta). – Trzeba patrolować okolicę. – Ale po co? – Żeby służyć. – Służyć? Komu? – Napotkanym. – W jaki sposób? – Jako opiekun. – Kto taki? – Posłaniec”.
I Leo rusza (notabene „od pierwszych dni maja”), patroluje, napotyka, służy. Jest coś pociągającego w tym: że tak zupełnie zwyczajnie, że czasem trzeba. Patrol. Mój własny. Skoro i tak tu jestem, w okolicy…
Czujność, czuwanie. Niekoniecznie są przecież zapatrzeniem w horyzont, w dal. Przeciwnie, nagle okazują się tu i teraz. W zupełnie zwyczajnym, banalnym tym co jest.
Cii… Słyszysz? Podaj hasło, podłącz ładowarkę, trzeba zmienić opony…