Nie rozpakowałam walizki. Trzeci dzień leży otwarta na podłodze. Oczywiście, mogę się tłumaczyć, że zwykle nie jest tak – posprzątane, ogarnięte od ręki (choć i to nie do końca prawda pewnie). W każdym razie leży tam. W kącie, bo w kącie, ale jednak przeszkadza. Odwraca uwagę, uwiera.
Patrzę na nią i myślę, jak łatwo było w sumie się spakować. Bach, bach – i porzucamy swoje zwykłe życie. Znika w tle, niemożliwe jest być tu i tu jednocześnie. Nie chodzi nawet o powód tego – ale o to, że skoro jakiś był, tośmy się spakowali. Jaką naiwnością jest sądzić, że to niemożliwe! Że zatrzymają nas ważne sprawy albo te pilne poganiane pilniejszymi. Nie. Pakuję się i wychodzę, nie wiedząc nawet, czy odpowiednio zamknęłam drzwi.
Tak właściwie to jest w tym jakaś ulga. Że skoro można było tak zrobić, to w ogóle można, kolejny raz. Pojawia się tyle istotnych możliwości, tyle dróg się otwiera. Długo odkładane spotkania, rekolekcje, dzień-dwa odpoczynku – nic wielkiego: wrzucić kilka ubrań, świst zamka i już. Tyle. Można iść.
*
I. na przykład biegał. Codziennie rano, po cztery i pół kilometra, trzydzieści dni. Takie miał zadanie. Jak w kapsule jakiejś, odtąd-dotąd, tyle i tyle chcę, nic więcej. Nie wiem co ważniejsze – wysiłek czy cezura – co bardziej uczy. Nadanie ograniczeń sobie samemu, by życie się nie rozlało, nie zatopiły nas ambicja i chaos pospołu.
W rezultacie: rodząca się chęć zmian. Nikła, ale jest. Nadzieja, że skoro on, to inni też mogą. Ja. Gdzieś, coś. Kiedy – ważne kiedy, ile. Liczby, okresy. To, co da się nazwać, dać. Ta nieznajoma jeszcze przestrzeń, nieoswojona a własna. Możliwa.
*
Zobaczyłam jak siada do nauki. Szuka miejsca, mości się, jakby wymagało to specjalnego rytuału. Wprostowane plecy, skupienie po czubki palców. Tak, widziałam nie pierwszy raz, w tamtej chwili jakoś na świeżo po prostu, z zaskoczenia. W domu przecież rozgardiasz jak zwykle. I jak to wieczorem: co to jeszcze da się uszczknąć z obowiązków i zabawy, jak wymknąć się rutynie, „czemu ten talerz” i „gdzie moje coś-tam”.
A tu nie – narzuciła własną narrację. Z nami, razem, a jednak obok. Wśród tego czym dysponujemy, a jednak w wyłączeniu z tego, jakkby lekko ponad. Bez całego „potrzebuję wpierw spełnienia warunków wstępnych, których lista jest długa jak stąd do książyca”.
*
Co to wszsytko ma wspólnego z Wielkim Postem? Oprócz oczywiście wnikliwości i głębi obserwacji charakterystycznych dla udanych nauk… (żartuję). Ano myślę, że w sumie nie ma co marudzić: że się nie da, że nie ma jak, że nie zdążylismy jeszcze, że brak szans… Bo przecież mamy co mamy. Przecież jeszcze tu jesteśmy.