Bądź wola Twoja w… Komańczy

KAI |

dodane 20.05.2011 06:56

Niedługo po święceniach miałem okazję być w prywatnej kaplicy księdza Prymasa. W brewiarzu miał dwie kartki. Na jednej miał zapisane nazwiska wszystkich księży, którzy odeszli z kapłaństwa. Powiedział, że każdego dnia za nich się modli. A na drugiej kartce było nazwisko Bolesława Bieruta [Milena Kindziuk, Prymas Tysiąclecia].

Bądź wola Twoja w… Komańczy "Prymas Tysiąclecia" Milena Kindziuk, wydawnictwo Ringier Axel Springer Polska

Bądź wola Twoja w… Komańczy

Lata spędzone w więzieniu Prymas wykorzystywał najlepiej jak mógł, wciąż pogłębiając swe życie duchowe. To silna, pełna ufności wiara w Boga i systematyczna modlitwa trzymały go przy życiu i sprawiły, że się nie załamał. Umiał znaleźć ukryty sens zdarzeń, których nie chciał i których nie rozumiał.

„Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i w Komańczy” – notował w Zapiskach. I dodawał: „Wola Twoja jest tak potężna, że skłania mnie do uznania w pełni tego faktu, że zdobywa sobie moją pełną uległość. Czuję nad sobą moc Twoją, korzę się przed nią”. W innym miejscu napisał: „Gdybyś nawet nie miał dla mnie, Ojcze Najlepszy, nic więcej jak kamień rzucony złośliwą ręką, to pragnę przyjąć go jak największą łaskę Twoją; pragnę go ucałować”.

Był to przejaw świętości.

Tylko święty mógł zareagować jak Wyszyński na śmierć swego krzywdziciela – Bolesława Bieruta. Właśnie w Komańczy Wyszyński miał sen: szedł ulicą z prezydentem Bierutem i z nim rozmawiał. Gdy się rozstali, Bierut przeszedł w poprzek na drugą stronę ulicy, nie zważając na przepisy drogowe. „Jemu to wszystko wolno, nawet gwałcić przepisy o ruchu ulicznym” – pomyślał Prymas. Szukał potem wzrokiem Bieruta, ale on zniknął gdzieś w oddali. I wtedy Prymas się obudził… Tego samego dnia dowiedział się, że Bierut nie żyje. Umarł w Moskwie, obciążony ekskomuniką kościelną.

Jak zareagował na to Prymas Wyszyński?

Natychmiast się za niego pomodlił. W Zapiskach zanotował: „Pragnę modlić się o miłosierdzie Boże dla człowieka, który mnie skrzywdził. Jutro odprawię Mszę świętą za zmarłego. Już teraz odpuszczam memu winowajcy, ufny, że sprawiedliwy Bóg znajdzie w tym życiu jaśniejsze czyny, które zjednają Boże Miłosierdzie”.

Wieczorem Wyszyński myślał o swoim śnie. Był pewien: „Istnieje w świecie komunikacja duchów ludzkich”. Pisał: „Tyle razy w ciągu swego więzienia modliłem się za Bolesława Bieruta. Może ta modlitwa nas związała tak, że przyszedł po pomoc. Oglądałem się za nim we śnie – i nie zapomnę o pomocy modlitwy. Może wszyscy o nim zapomną rychło, ale ja tego nie uczynię. Tego wymaga ode mnie moje chrześcijaństwo”.

O Bierucie Prymas nie zapomniał do końca życia. Jak opowiada ks. Andrzej Gałka, Wyszyński codziennie zanosił błaganie o miłosierdzie dla niego przed Boży tron.

– Do dziś pamiętam, kiedy niedługo po święceniach miałem okazję być w prywatnej kaplicy księdza Prymasa, i otworzył on swój pożółkły brewiarz, po czym wyjął z niego dwie kartki. Na jednej miał zapisane nazwiska wszystkich księży, którzy odeszli z kapłaństwa. Powiedział, że każdego dnia za nich się modli. A na drugiej kartce było nazwisko Bolesława Bieruta. „Codziennie modlę się za niego, gdyż był to człowiek, który dokonał w życiu złych wyborów. Ale w gruncie rzeczy to nie był zły człowiek” – usłyszałem. Byłem zaskoczony.