Nie pozwalał Wojtyle przegrywać

KAI |

publikacja 19.05.2011 10:43

Nigdy nie pozwalał przegrać w piłkę kardynałowi Wojtyle, chętnie śpiewał, żartował, opowiadał dowcipy – mówi o kardynale Wyszyńskim Barbara Dembińska, która od 1970 roku pracowała w Sekretariacie Prymasa Polski.

Przypominamy materiał archiwalny KAI z czerwca 2001 roku.

KAI: Z kard. Wyszyńskim nie tylko Pani pracowała, ale wyjeżdżała także na urlop. Co szczególnie utkwiło w Pani pamięci ze wspólnie przeżytych chwil?

– Nigdy nie zapomnę wspólnych wieczorów na Bachledówce w Tatrach. Właśnie tam Ksiądz Prymas najchętniej spędzał wakacje, często także w towarzystwie kardynała Wojtyły. Jeździliśmy tam w lipcu, zazwyczaj całą grupą: pracownicy Sekretariatu, członkinie Instytutu Prymasowskiego, kierowca Księdza Prymasa, ojcowie i bracia paulini. Zawsze odwiedzali nas wtedy: kardynał Wojtyła i ksiądz Staś – obecnie ksiądz biskup Dziwisz [obecnie kardynał]. Pamiętam, że graliśmy razem w piłkę.

W piłkę nożną?

– Nie, w siatkówkę. Ksiądz Prymas był sędzią, ale mimo to „podjudzał” nas i powtarzał powtarzał: „Słuchajcie, musimy przegrać!”. Chodziło o to, że drużyna, w której jest kard. Wojtyła, obowiązkowo miała wygrać. Potem były długie, letnie wieczory i nie kończące się wspólne śpiewy, które trwały nawet do drugiej w nocy.

I kardynał Wyszyński wytrzymywał do drugiej w nocy? Nie lubił chyba późno chodzić spać. Czy tak?

– Tak, toteż zwykle przed północą się wymykał. Dopóki jednak był z nami, było bardzo wesoło. Zwłaszcza, gdy rozmowa toczyła się między Księdzem Prymasem a kard. Wojtyłą. Obaj mieli niesamowite poczucie humoru. I świetnie się rozumieli, niekiedy nawet bez słów. Kard. Wojtyła był reżyserem tych spotkań. Pamiętam, że dużo śpiewał, także solo. Były to harcerskie piosenki, ballady, ale także piosenki religijne, pielgrzymkowe.

Te spotkania miały jakąś niezwykłą atmosferę. Zwłaszcza gdy obok Księdza Prymasa był ks. kard. Wojtyła. Nigdy nie zapomnę, jak wielkim szacunkiem, graniczącym z pietyzmem, darzył on kardynała Wyszyńskiego. Zawsze też pierwszy składał mu życzenia imieninowe. W tym celu specjalnie przyjeżdżał pod koniec lipca do Ojca, bez względu na to gdzie on się znajdował, by nikt go w tym nie uprzedził.

Wiadomo, że Kardynał Wyszyński dużo czytał. Czy miał swoje ulubione lektury?

– Ojciec, bo tak go nazywaliśmy, uwielbiał powieści Kornela Makuszyńskiego. Chętnie też czytał „Alchemię słowa” Parandowskiego czy Sienkiewiczowską „Trylogię”. Nadto przeglądał wszystkie książki, które przynosili mu autorzy, wśród nich publikacje ekonomiczne czy z dziedziny fizyki. Można powiedzieć, że w dużym stopniu przeznaczał urlop na czytanie. Zawsze powtarzał: spędzać wakacje to nie znaczy leniuchować. W myśl tej zasady Ojciec organizował nam też tzw. akademie historyczne. Czytaliśmy wtedy wspólnie książki z historii Kościoła i Polski, Ksiądz Prymas tłumaczył nam wiele rzeczy, uaktualniał. Naprawdę wiele wówczas skorzystaliśmy, do dziś jestem Ojcu za to bardzo wdzięczna.

A czy pamięta Pani swoje pierwsze spotkanie z kardynałem Wyszyńskim?

– Tak, doskonale pamiętam. Miało ono miejsce w kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Ksiądz Prymas przyjechał tam na zakończenie rekolekcji wielkopostnych. Pamiętam, że ogromne wrażenie wywarły na mnie wtedy słowa, jakimi zwykł zresztą zawsze rozpoczynać swe homilie i przemówienia: „Umiłowane dzieci Boże, dzieci moje”.

Dlaczego wywarły one na Panią tak wielkie wrażenie?

– Ze względu na sposób, w jaki Ksiądz Prymas je wypowiedział. Z jednej strony – z jakąś niezwykłą powagą i dostojeństwem, z drugiej zaś czułam, że kryje się za tym wielkie serce. I wiedziałam, że to, co mówi jest autentyczne. Że nie jest to żadna gra ani poza.
W roku 1968 odkryłam swoje powołanie do życia w Instytucie Prymasowskim, który założył kard. Wyszyński. Później otrzymałam propozycję pracy w Sekretariacie Prymasa Polski. Od 1970 roku aż do śmierci Ojca w roku 1981, mogłam obcować z nim na co dzień. Wraz z upływem czasu, utwierdzałam się w przekonaniu, że jest to człowiek nie tylko wielkiej dobroci i wielkiego serca, ale na prawdę święty.