publikacja 11.08.2022 00:00
Jeżdżą do wiosek przylegających do linii frontu, bo tam największa bieda. Wożą żywność i lekarstwa, ale przede wszystkim wsparcie duchowe. – Ludzie pragną teraz Boga bardziej niż chleba – mówią polskie szarytki z Odessy.
archiwum sióstr szarytek
Osoby zgłaszające się do sióstr po pomoc humanitarną chętnie przyjmują Cudowne Medaliki.
W wiadomościach z Ukrainy słyszę: „Rosjanie przypuścili zmasowany atak na Mikołajów. Miasto znajduje się pod ostrzałem artyleryjskim, który obrońcy nieugięcie odpierają”. Ta nazwa nie jest mi obca – ma twarz polskich zakonnic, które udając się na przyfrontowe tereny, zawsze tędy przejeżdżają. Objeżdżają cały obwód mikołajowski, docierając aż pod oblężony Chersoń, bo tam, w podchersońskich wioskach, żyją najbardziej potrzebujący ludzie. – To są bardzo ubogie tereny, a mieszkańcy poprzyjmowali wielu ludzi, których domy zostały zniszczone przez Rosjan. Staramy się odwiedzać te miejscowości, aby objąć pomocą jak najwięcej osób. Jeździmy tam, gdzie nikt inny nie pojedzie – mówi „Gościowi” siostra Magdalena Czekaj ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, popularnie zwanego szarytkami. Pomoc humanitarna realizowana jest we współpracy z wincentyńskim stowarzyszeniem DePaul, w którego ramach od dwunastu lat siostry w Odessie pomagają bezdomnym i odrzuconym na margines z powodu różnych uzależnień. – To są ludzie słabo związani z Kościołem, ale nasza obecność jest dla nich znakiem, że Pan Bóg ich nie zostawił i że cokolwiek by się działo, to są siostry, On też z nimi jest.
Siostry były w ciągłym kontakcie z podopiecznymi z Odessy, cały czas gotowe do powrotu. Wróciły w Wielką Sobotę. – To trudno nawet opisać, bo dla nas Wielkanoc zaczęła się w Wielki Piątek telefonem od przełożonej z Krakowa, że możemy wracać i same mamy zdecydować, kiedy to zrobimy. Zdecydowałyśmy się zrobić to natychmiast – wspomina siostra Marta. W drogę ruszyły o świcie, gdy tylko minęła godzina policyjna. – Dojechałyśmy do Odessy tuż przed wielkosobotnią liturgią. Nigdy jeszcze „Alleluja” nie brzmiało dla nas z taką mocą – mówią siostry. Gdy dotarły do domu, na ulicę wyszła ich niewierząca sąsiadka i ze łzami w oczach wołała: „Siostry, jak dobrze, że jesteście”. – Dla nas było to potwierdzenie, że jesteśmy w domu. Przeżywałam to tak jak matka wracająca do swoich dzieci – mówi siostra Marta. Szarytki wyznają, że już wcześniej ludzie dawali im znać, że ich obecność jest dla nich ważna, jednak ten wojenny czas jakby odsłonił całe ich serca i jeszcze mocniej pokazał, jak bardzo przywiązani są do sióstr. A i same siostry zobaczyły, jak ci ludzie są dla nich ważni.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł