Śluby narodu

Andrzej Grajewski

GN 15/2006 |

dodane 05.04.2006 23:17

Zgromadzeni 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej pw. Wniebowzięcia NMP czuli, że uczestniczą w niezwykłym misterium. Król na kolanach oddawał Polskę pod opiekę Maryi. Za Jej pośrednictwem, w imieniu narodu, zawierał przymierze z Bogiem.

Śluby narodu Śluby Jana Kazimierza na obrazie Jana Matejki (fragment) - Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Niewiele w naszej historii było aktów tak głęboko zapadających w świadomość społeczną oraz kształtujących duchowość narodu jak właśnie śluby lwowskie. Nieco egzotyczna para królewska – on Szwed, ona Francuzka – ślubami lwowskimi utwierdziła Polaków w przekonaniu, że wierność religijnemu dziedzictwu jest jednym z zasadniczych elementów narodowej świadomości.

We Lwowie

W absolutnej ciszy, pomimo tłumu wypełniającego świątynię, król z przejęciem powtarzał słowa ślubowania: „Wielka Boga Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico! Ja, Jan Kazimierz (...) Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram. Tak samego siebie, jak i moje Królestwo polskie, księstwo litewskie, ruskie, pruskie, mazowieckie, żmudzkie, inflanckie, smoleńskie, czernichowskie oraz wojsko obu narodów i wszystkie moje ludy Twojej osobliwej opiece i obronie polecam. Twej pomocy i zlitowania w tym klęsk pełnym i opłakanym Królestwa mego stanie przeciw nieprzyjaciołom Rzymskiego Kościoła pokornie przyzywam”.

Król przyrzekał także szerzyć chwałę Maryi. Ślubował wyjednać u Stolicy Apostolskiej specjalne święto ku Jej czci w rocznicę tych ślubów. W ślubach zawarta była także ważna obietnica reform społecznych. Jan Kazimierz publicznie wyznawał, że wszelkie nieszczęścia ostatnich lat były „chłostą za jęki i uciemiężenie chłopów”. Deklarował, że „po nastaniu pokoju wraz ze wszystkimi stanami wszelkich będę używał środków, aby lud Królestwa mego od niesprawiedliwych ciężarów i ucisków wyzwolić”.

Według tradycji, pomysł ślubów i oddania Rzeczpospolitej pod opiekę Matki Bożej został przedstawiony przez Ludwikę Marię, żonę Jana Kazimierza. Obecnie zwraca się uwagę na list papieskiego nuncjusza Piotra Vidoniego, który informuje Rzym, że autorem pomysłu był prymas Polski, Andrzej Leszczyński. Jako jeden z nielicznych państwowych dostojników towarzyszył królowi w czasie wygnania na Śląsku. Nigdy nie stracił wiary w to, że Szwedów można pobić i odzyskać królestwo. Z wygnania słał listy do Rzymu, w których prosił o pomoc w walce z protestanckim najazdem. Wspierał go w tych działaniach papieski nuncjusz Piotr Vidoni. Prawdopodobnie w trakcie dyskusji, w gronie nuncjusza, prymasa, Ludwiki Marii oraz Jana Kazimierza, zredagowany został ostateczny tekst ślubów.

Utrącić róg
Wiadomość o ślubach lwowskich szybko obiegła całą Europę, jednych wprawiając w podziw i skłaniając do naśladowania, u innych wywołując gniew. Ten gniew najlepiej wyraził jeden z najwybitniejszych liderów przymierza antykatolickiego w Europie, zwycięski lord protektor Olivier Cromwell. Zachęcając Szwedów do wytrwania w walce z Polakami, przekonywał, że Polskę należy zniszczyć, aby utrącić róg na łbie bestii, czyli Kościoła katolickiego. Kilka miesięcy po ślubach lwowskich, w grudniu 1656 r., w Radnot na Węgrzech podpisany został pierwszy traktat rozbiorowy, który dzielił Rzeczpospolitą między luterańską Szwecję i Brandenburgię oraz Bogusława Radziwiłła, Kozaków i księcia Rakoczego z Siedmiogrodu.

Szczęśliwie wówczas udało się pokrzyżować zabójcze plany i wyjść cało z opresji. Ale pewien sposób myślenia o rozwiązaniu problemu „rogu na łbie bestii” zakiełkował w świadomości europejskich polityków.
Jan Kazimierz był głęboko przekonany, że tylko odrodzenie wiary może spowodować przebudzenie społeczeństwa oraz doprowadzić do szczęśliwego kresu zmagania ze szwedzkim potopem. Gdyby okolice Częstochowy były wolne od Szwedów, śluby z pewnością miałyby miejsce na Jasnej Górze. Polski król wiedział doskonale, że to pod murami Jasnej Góry, której szczupła załoga odparła szwedzkie oblężenie, odmieniły się losy tej nieszczęsnej wojny, w której dały się poznać zarówno najgorsze, jak i najlepsze cechy Polaków.

Szwedzka nawałnica
Kilkanaście miesięcy wcześniej, latem 1655 r., cały kraj obiegła informacja, że wojska szwedzkie przekroczyły granice Polski. Pretekstem były spory dynastyczne o to, że Jan Kazimierz z rodu Wazów nadal formalnie używał tytułu króla Szwecji. W rzeczywistości ambitny Karol X Gustaw przystąpił do realizacji planu przekształcenia Bałtyku w wewnętrzne morze szwedzkie. Jego załogi miały opanować główne miasta handlowe i ujścia największych rzek, wpływających do Bałtyku, gdzie zakładano szwedzkie komory celne.

Szwedów prowadził doświadczony wódz, marszałek Arifrid Wittenberg. Nie było ich wielu, zaledwie 17 tys. biednego, źle zaopatrzonego, ale za to znakomicie wyszkolonego i bitnego wojska. Mieli dokonać podboju Rzeczpospolitej Obojga Narodów, największego państwa ówczesnej Europy. Dalsze posiłki przyprowadził wkrótce król Karol Gustaw. Szwedzi niczym wataha wilków szli przez obcy kraj, wszędzie siejąc panikę, strach i zniszczenie. Zebrane pod Ujściem w Wielkopolsce szlacheckie wojsko poddało się bez walki. Wkrótce w Kiejdanach na Litwie poddał się Szwedom także hetman Janusz Radziwiłł. Przy królu została garstka wojska, a Krakowa próbował bronić samotnie hetman Stefan Czarniecki.

Gdy próbowano nakłonić go do szybkiej kapitulacji, przekonując o bezsensowności dalszej walki, powiedział, że „ludzie są śmiertelni, a Rzeczpospolita wieczna”. Bardzo niewielu wierzyło jednak w Rzeczpospolitą. Opuszczony król musiał uciekać na Śląsk, coraz bardziej pogrążony w samotności i apatii. Dopiero informacja o zwycięskiej obronie Jasnej Góry natchnęła wszystkich duchem walki. Jeszcze w ostatnich dniach grudnia 1655 r. w Tyszowcach zawiązana została konfederacja wojskowo-szlachecka, która powoływała pod broń całą szlachtę, a nawet ogłaszała pobór wszystkich stanów. Rozpoczęła się wojna, jakiej Polska jeszcze nie znała. Wojna w obronie wiary i wolności. Po raz pierwszy w jednym szeregu stanęli szlachta, mieszczanie i chłopi.

Niespełniona obietnica
Jan Kazimierz chciał wypełnić śluby lwowskie. W czasie obrad Senatu w 1658 r. zaproponował reformę państwową, naprawę parlamentaryzmu i rządu. Proponował zerwać ze zgubną zasadą liberum veto, oznaczającą, że jeden szlachecki warchoł mógł zerwać obrady całego Sejmu, niwecząc wszystkie plany izby poselskiej. Królewska propozycja, aby decyzje w Sejmie zapadały większością 2/3 głosów, została odrzucona. Podobnie jak projekt reform skarbowych – wprowadzenie stałych czynszów – akcyzy i cła generalnego. O jakiejkolwiek zmianie losu chłopa pańszczyźnianego szlachta nawet słyszeć nie chciała. Kto będzie obrabiał nasze folwarki, jeśli chłopom da się wolność, wrzeszczano na sejmikach jak kraj długi i szeroki. Królowi także często brakowało taktu i dyplomacji przy rozwiązywaniu trudnych kwestii ustrojowych państwa. Zapatrzony w monarchię absolutną Ludwika XIV we Francji, gdzie król był wszystkim, Jan Kazimierz chciał wzmocnić władzę królewską bardziej dla własnego prestiżu aniżeli dla poprawy stanu państwa.

Dalsze jego panowanie było pasmem porażek, pomimo że udało mu się odeprzeć wszystkie najazdy. W końcu zgorzkniały dobrowolnie zrzekł się korony. Stało się to we wrześniu 1668 r. Choć nigdy nie był w kraju specjalnie lubiany, gdy przed Sejmem składał koronę, wielu posłów miało łzy w oczach. Żegnali władcę, którego panowanie przypadało na okres szczególnie trudny. Był to czas buntów kozackich, potopu, wojen z Moskwą, Tatarami i Siedmiogrodem. Pamiętali Jana Kazimierza, jak zwycięsko poprowadził ich do batalii pod Beresteczkiem w czerwcu 1651 r. Tam, dzięki jego odwadze oraz zdolnościom dowódczym, pokonane zostały ogromne siły tatarsko-kozackie, co uratowało wówczas Polskę, a może i całą Europę Środkową. Nade wszystko pamiętali jednak króla klęczącego w katedrze lwowskiej i powtarzającego słowa zawierzenia losów narodu Maryi. Ostatnie kroki, przed opuszczeniem kraju i podróżą do Francji, Jan Kazimierz skierował na Jasną Górę.

Tagi: