publikacja 21.04.2022 00:00
Żołnierz zapytał, czy mamy broń. Jedna z mniszek wyciągnęła różaniec i odparła: „Mamy najlepszą broń – różańce!”.
archiwum sióstr karmelitanek
Karmelitanki bose musiały uciekać z Charkowa zaraz po wybuchu wojny.
Pokotylówka, dzielnica Charkowa. Klasztor pw. Matki Bożej Pośredniczki Łask i Świętych Apostołów Piotra i Andrzeja, diecezja charkowsko-zaporoska. To tutaj nieprzerwanie od 1995 roku żyły karmelitanki bose. Najpierw Polki, po latach już wspólnota międzynarodowa: Polki, Ukrainki, Słowaczka. Wojna zmieniła wszystko. Musiały uciekać.
Mniszki zadomowiły się w Charkowie. Wiernych w katolickiej parafii przybywało. – To był spokojny, harmonijny czas modlitwy i pracy. Aż do Majdanu. W 2014 roku w naszej diecezji rozpoczęły się walki i ruszył proces, który można nazwać rewolucją godności – opowiada siostra Mariola. – Czułyśmy się względnie bezpieczne. Pozostałyśmy na miejscu, mając kontakt z naszymi duchownymi, wspierając ich wysiłki, by nieść pomoc sierotom wojennym, ludziom, którzy już wówczas doświadczyli okropności wojny. Mówiąc szczerze, w Charkowie i okolicach wszyscy trochę przyzwyczaili się do trwającej tak niedaleko wojny. Dlatego mimo że w styczniu tego roku znów zaczęło być niespokojnie i mówiło się o możliwej eskalacji walk, mało kto w to wierzył. My, karmelitanki, wiedziałyśmy od naszego biskupa Pawła Gonczaruka, że może być ciężko. Biskup Paweł był kapelanem wojennym. Mądrze przygotował nas do tego, co się może wydarzyć. Nie straszył, ale dodawał sił. My postanowiłyśmy, że gdyby wojna wybuchła, pozostaniemy w Charkowie – by się modlić o pokój i w ten sposób wspierać Ukrainę.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł