Prosto z beczki

Marcin Jakimowicz

GN 42/2021 |

publikacja 21.10.2021 00:45

Czy to możliwe, by po kazaniu do nowicjatu wstąpiła setka kandydatów? Tak, pod warunkiem, że kaznodzieją jest Jan Kapistran. „Wszyscy cisnęli się, by choć szaty jego dotknąć. Aby go ujrzeć, ludzie wchodzili na dachy, aż pod nimi łamały się krokwie”.

Prosto z beczki archiwum o. Rufina Kyca

Słyszałem w życiu tysiące kazań. Czy po którymś z nich stojący obok mnie mężczyźni decydowali się przekroczyć furtę klasztoru? Gdy św. Jan Kapistran, gorliwy uczeń wielkiego reformatora zakonu franciszkańskiego Bernardyna ze Sieny, przybył w 1453 roku do Krakowa, po jego płomiennych homiliach do nowicjatu bernardynów wstąpiła… setka mężczyzn.

Rynek pękał w szwach. Niepozornej postury, łysiejący, brodaty zakonnik stał na beczce pod maciupeńkim kościółkiem św. Wojciecha, bo żadna ze świątyń nie była w stanie pomieścić tłumów, które garnęły się, by słuchać jego kazań. Choć rynek ma aż 4 hektary powierzchni, ludzie ledwie mieścili się między kamienicami. Zakonnik wzywał wiernych do pokuty. Jego oczy płonęły. Wierny uczeń Bernardyna ze Sieny (nie rozstawał się z jego relikwiami, a na zakończenie kazania błogosławił krakusów ampułkami z jego krwią) przybył nad Wisłę na osobiste zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i kardynała Zbigniewa Oleśnickiego. Zatrzymał się tu na 8 miesięcy.

Pod Wawel przybył z Wrocławia 28 sierpnia 1453 roku. Czekał na niego nie tylko sam król z matką Zofią, ale i długa procesja duchownych, rajców miejskich z chorągwiami. „Wylegli tłumnie na dwie mile” – notowali kronikarze.

Kazania głosił po włosku lub po łacinie, ale na bieżąco je tłumaczono. Gdy zgodnie ze wskazówkami mistrza nawołującego do przywrócenia surowej, pierwotnej reguły piętnował zbytki, na krakowskich ulicach płonęły stosy z ozdobami, zwierciadłami i kosztownymi strojami mieszczan. Kilka miesięcy wcześniej, stojąc na wrocławskim placu Solnym, trzymając w ręku ludzką czaszkę, wołał: „To zwierciadło, w którym możecie wszystko zobaczyć, co uczyniliście i do czego wasza miłość was doprowadziła. Patrzcie, gdzie są włosy, które tak trefiliście, gdzie nos, którym wdychaliście przyjemne zapachy, gdzie język, którym kłamaliście. Wszystko zjadły robaki!”.

Pod Wawelem przebywał niecałe pół roku. Dwa razy dziennie odwiedzał chorych, a kronikarze zanotowali wówczas ponad sto przypadków uzdrowień.

– Zrezygnowałbym z próby oceny socjologicznej czy racjonalnej tego zjawiska – wyjaśnia o. Cyprian Moryc, bernardyn. – Dawna literatura bernardyńska wskazuje jasno, że na takie wydarzenia trzeba patrzeć w duchu biblijnym. Jan Kapistran czy Bernardyn byli ludźmi kategorii proroków. Dziś chyba zapominamy, że taka instytucja w ogóle istnieje! Bóg potwierdzał ich nauczanie znakami. To, co działo się na krakowskim rynku, było wielką eksplozją mocy Ducha. Kapistran podchodził do ludzi z ampułką krwi Bernardyna. Dotykał nią chorych, a ci odzyskiwali zdrowie. To była klasyczna działalność charyzmatyczna. A przy tym wszystkim św. Jan był znakomitym dyplomatą, legatem papieskim. Nic dziwnego, że w ciągu kilku miesięcy zgromadził w klasztorze prawie setkę nowicjuszy, w tym profesorów i żaków Akademii.

Na Stradomiu, pod murami Wawelu, stanął pierwszy drewniany klasztor, w którym w 1453 r. zamieszkało 16 zakonników. Ich gwardianem został Węgier Władysław Thari.

Sznur się zerwał

Giovanni da Capestrano urodził się 24 czerwca 1386 roku nieopodal L’Aquili, w środkowych Włoszech. Ten wykształcony na uniwersytecie w Perugii prawnik błyskawicznie piął się po szczeblach kariery i zaszedłby wysoko, gdyby nie życiowe trzęsienie ziemi… Od razu po studiach pełnił urząd doradcy i kancelisty na dworze króla neapolitańskiego, a jako 26-latek został administratorem jednego z okręgów Perugii. Gdy w 1415 roku wybuchła wojna, został uwięziony. Chciał uciec z karceru, ale skręcony z bielizny sznur nie wytrzymał ciężaru ciała. Jan runął na ziemię i boleśnie się potłukł. Długie miesiące spędzone w niezwykle ciężkim więzieniu sprawiły, że przeżył nawrócenie. Szukał wytchnienia w gorącej modlitwie, a po opuszczeniu więzienia (musiał zapłacić wysoką kaucję) swe kroki skierował do braci franciszkanów. W czasie studiów filozoficznych i teologicznych spotkał charyzmatycznego mówcę i reformatora zakonu Bernardyna ze Sieny. Przyjaźnili się aż do śmierci mistrza.

Od 1417 roku podróżował po Europie jako wędrowny kaznodzieja. Jego płomiennych kazań słuchali mieszkańcy Wiednia, Bawarii czy Śląska. Jak grzyby po deszczu wyrastały nowe klasztory obserwantów. Wedle historyków Kapistran pozyskał dla zakonu niemal cztery tysiące mężczyzn. Spowiadał, zakładał szpitale. Był doradcą papieży i cenionym negocjatorem między zwaśnionymi regionami. Jako wizytator domów franciszkańskich w Europie i Ziemi Świętej przypominał współbraciom o heroicznym ubóstwie św. Franciszka, a w 1446 roku za zgodą papieża Eugeniusza IV postanowił opuścić dotychczasową rodzinę zakonną, by założyć nową, bardziej przestrzegającą surowości Reguły.

Bernardyni? A kto to?

Po śmierci Biedaczyny z Asyżu w gronie jego naśladowców doszło do napięć i gorących dyskusji. Dotyczyły przede wszystkim stylu życia, jaki proponował założyciel. Ogromne kontrowersje wzbudzał zwłaszcza ślub ubóstwa. Część braci uważała, że aby skutecznie ewangelizować, potrzebne jest zaplecze: klasztory z bogatymi księgozbiorami, inni (zwłaszcza związani z kolebką zakonu w Asyżu), że można zachować prosty, ubogi sposób życia. Z czasem bracia zwani konwentualnymi zaprzestali wędrownego kaznodziejstwa na rzecz duszpasterstwa w miastach. Wyłoniła się też grupa braci, która chciała prowadzić ewangelizację na sposób wędrowny. To właśnie Jan Kapistran doprowadził w 1446 roku do uznania przez papieża Eugeniusza IV niezależności obserwantów od franciszkanów konwentualnych.

Bernardyni to popularna polska nazwa jednej z prowincji Zakonu Braci Mniejszych (OFM). Gdy zamieszkali w Krakowie franciszkanie „czarni” (zwani od 1517 r. konwentualnymi), ludzie nazywali ich braćmi świętego Franciszka. – Szło się do „braciszków” ulicą Bracką – słyszę u stóp Wawelu, w klasztorze, w którym znajduje się grób św. Szymona z Lipnicy. – Gdy pojawiliśmy się my i św. Jan Kapistran za patrona naszego kościoła wziął świętego Bernardyna ze Sieny, ludzie – by ułatwić sobie życie – zaczęli nazywać nas „bernardynami”.

Gdy w 1451 roku cesarz Fryderyk III prosił papieża o ogłoszenie krucjaty przeciwko Turkom, Mikołaj V mianował Kapistrana legatem. 10 października 1456 r. wyczerpany Jan po zwycięskich walkach pod Belgradem (na koniu pędził tam, gdzie załamywały się szeregi, by dodać odwagi walczącym) zmarł w mieście Ulia.

Hej, rycerze, co się z wami stało?

– Jan Kapistran przypomina nam, że u naszych źródeł stoją wielkie pragnienia – opowiada o. Rufin Kyc, bernardyn z Leżajska. – Jakiś czas temu otrzymałem wyjątkowy list. Mój przyjaciel dominikanin, o. Tomasz Gałuszka, zajmował się edycją listów św. Jana Kapistrana i wśród nich odnalazł jeden wyjątkowy. Pisał do braci w Krakowie zaledwie pół roku po tym, jak założył pierwszą na naszych ziemiach wspólnotę. List wysłał w styczniu 1455 r. nie po to, by pozdrowić braci czy napisać, że żyje i bezpiecznie dotarł do kolejnego miejsca. Usłyszał, iż, zaczynają tracić nadzieję i coraz częściej mówią, że „to wszystko nie ma sensu”, że „ta cała odnowa jest niemożliwa”. Czuł, że próbują kombinować, by szukać życia łagodniejszego, a nawet powrócić do świata (na przykład na Akademię Krakowską). To pokazuje, że już pół roku po założeniu wspólnoty był pierwszy kryzys (śmiech). Jak widzisz, kryzysy mamy wpisane w nasze geny, w naszą historię i tożsamość. Co robi Jan Kapistran? Krzyczy? Wydaje jakieś zarządzenia? Nie! Rozpoczyna niezwykłą operację na żywym sercu. Zaczyna od słów: „Moja miłość do was jest większa niż miłość właściwa matce”. Patrzy na braci jak na synów. Daje im sygnał: nie jesteście sierotami! A potem zaczyna zadawać im pytania: „Co się stało z waszymi wielkimi pragnieniami?” – by rzeczywiście podjąć pokutę, by nauczyć się cierpieć, by być jak żołnierze (pisze: „Co się stało z waszymi metalowymi kolczugami?”). „Któż z was teraz pragnie być opluwany i pogardzany przez wszystkich, jak gdyby to była największa przyjemność?” – pyta. „Któż z was teraz trwa na modlitwie od zmierzchu do świtu, rozkoszując się niewysłowioną słodyczą Ducha Świętego?”. „Hej, rycerze, co się stało z wami? Dlaczego nie marzycie o wielkich misjach? Dlaczego nie chcecie już iść na krańce świata?”. Na koniec prosi braci o to, by – jeśli pewnego dnia wróci do nich – mógł wśród nich odpocząć. Oj, bardzo mnie ten list nawrócił... Zacząłem myśleć: czy bracia i wierni przy mnie odpoczywają? Czy znajdują w mojej obecności wytchnienie? – kończy o. Rufin.

Pod koniec życia 70-letni Kapistran powiedział do braci: „Droga, jaką pokonałem, przemierzając Europę, wyczerpałaby nawet kamienie”...•