Tylko Ktoś wychowa Kogoś

Franciszek Kucharczak

GN 41/2021 |

publikacja 14.10.2021 00:00

Świadectwo nauczyciela wpływa na świadectwo (w każdym sensie) ucznia. Dlatego jest wielu świętych nauczycieli, którzy pozostawili po sobie świętych uczniów... i kolejnych świętych nauczycieli.

Św. Aniela Merici. wikimedia Św. Aniela Merici.

Święta Aniela Merici miała ponad 60 lat, gdy w roku 1535 założyła Towarzystwo św. Urszuli (dziś – urszulanki, których główną misją jest nauczanie i wychowywanie młodych). Siostry, nie wyróżniając się strojem, zgodnie z zaleceniem duchowej matki „poszły w lud”. Wówczas było to coś zupełnie nowego – kobiety konsekrowane żyjące poza ścisłą klauzurą! Dzisiaj to normalne, że są zgromadzenia czynne czy instytuty świeckie, które na różne sposoby niosą pomoc bliźnim. – Kocham i coraz bardziej doceniam to, że św. Aniela zaprosiła mnie, bym mogła żyć i służyć jak ona – cieszy się s. Aleksandra Stachnik, urszulanka Unii Rzymskiej z Poznania. – Ucząc nas posłuszeństwa, Aniela mówi jasno, by słuchać biskupa, przełożonych, rodziców, zachowywać prawo państwowe, ale na koniec zaznacza: „A przede wszystkim trzeba słuchać rad i natchnień, które Duch Święty nieustannie wzbudza w naszych sercach”. To jest źródło prawdziwej mądrości! Także dla katolickiego wychowawcy: Duch Święty – akcentuje.
Przywołuje najważniejszą zasadę, oczywistą dla św. Anieli: „Nie możesz czegoś chcieć od innych, jeśli sam tego nie robisz”. – Czyli po prostu świadectwo. Na pewno trzeba mieć rzetelną wiedzę, ale też musisz być Kimś, żeby wychować Kogoś – zaznacza siostra. Z pasją cytuje jednego ze świadków życia Anieli Merici: „Jej słowa były żarliwe, potężne i pełne słodyczy, wypowiadane z taką nową mocą łaski, że nikt nie mógł powstrzymać się od przekonania: tu jest Bóg”.
– Święta Aniela mówiła: „Żyjcie i zachowujcie się tak, aby córki wasze [wychowanki] mogły się w was przeglądać”. Sprowadza się to do zasady: „Jak żyjesz, tak będziesz formował innych”. Kropka. Cała reszta jest temu podporządkowana – podkreśla s. Aleksandra. Przypomina, że święta miała jasny cel: „Miłość Boża i zbawienie dusz”. Była świadoma, że największym głodem ludzkiego serca jest głód Pana Boga. – Dziś człowiek często nie umie tego nazwać, podobnie jak w czasach Anieli. Kochać Boga i prowadzić ludzi do Niego – to istota. Aniela uczy też, że nie można się zabierać do kształtowania człowieka, jeśli nie ma się w sercu miłości. Bo w wychowaniu nie da się stosować schematów. Młodzi to szybko wyczuwają, gdy nie wkładam serca, gdy nie staram się patrzeć na każdego z nich z osobna – przyznaje, dodając, że gdy człowiek wierzący bierze się do wychowania, musi wiedzieć, że to Pan Bóg ma ostatnie słowo. – Jesteśmy dziś tacy „profesjonalni”, że nawet gdy się nosi habit, łatwo o tym zapomnieć – zauważa urszulanka.

Ludzie znaki

W roku 1681 powstała we Francji pierwsza szkoła prowadzona przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Założycielem zgromadzenia był św. Jan de la Salle, francuski kapłan. Sto lat później liczne szkoły „lasaliańskie” były znane w całej Francji. Dziś placówki zgromadzenia rozsiane są w prawie 90 krajach. Skąd tak wielka popularność?

– Święty Jan de la Salle był odpowiedzią na czasy, w których przyszło mu żyć. Edukacja była w tamtym okresie deficytowa, przeznaczona tylko dla bogatych. Tymczasem św. Jan stworzył szkoły ogólnie dostępne – mówi brat Artur Skoczek, polski prowincjał braci szkolnych. – Pokazał, czym jest i czym powinna być edukacja, kim powinien być nauczyciel. Według świętego nauczyciel to „minister”, czyli osoba, która służy, ale też prowadzi. A zatem wychowanie przez służbę, obecność i prowadzenie młodego człowieka – wskazuje zakonnik.

Placówki braci szkolnych niezmiennie cieszą się dobrą renomą. Prowincjał widzi w tym owoc zasad wprowadzonych przez św. Jana. – To są zasady związane z chrześcijaństwem, wynikają z fundamentów Ewangelii – wskazuje.

Jedynym kapłanem wśród braci szkolnych był ich założyciel. – To zgromadzenie brackie. Nie ma u nas księży nie dlatego, że jesteśmy antyklerykalni. Święty Jan de la Salle pisał, że nauczyciel, pedagog, który realizuje jego charyzmat, nie powinien przyjmować innych obowiązków. Jako ksiądz miał świadomość, jak wiele zaangażowania i czasu wymaga praca kapłana, uznał więc, że jeśli chce się być dobrym nauczycielem i pedagogiem, nie powinno się przyjmować święceń – właśnie dlatego, żeby mieć więcej czasu na samokształcenie i kształcenie – wyjaśnia prowincjał. – Dlatego moje zgromadzenie zajmuje się wyłącznie edukacją, a duszpasterstwo zostawiamy księżom, kapelanom naszych szkół, ośrodków i innych dzieł – dodaje. Zastrzega jednak, że założyciel zażądał od braci, żeby byli świadkami, czyli ludźmi, którzy żyją według wiary, którą deklarują. – Naszym zawołaniem jest „Signum fidei” (Znak wiary). Mamy być takimi znakami dla uczniów, a przez to osobami, które podprowadzają ich do wiary – podkreśla.

Nie tylko

Z rodziny urszulańskiej wywodzi się Zgromadzenie Urszulanek Serca Jezusa Konającego. Ludmiła Świerczyna widziała, że siostry zajmują się dziećmi i młodzieżą, a ona chciała być nauczycielką. Pięć dni po tym, jak wstąpiła do zgromadzenia, religia wróciła do szkół. Miała przygotowanie katechetyczne, więc siostry skierowały ją od razu do katechizacji. Od początku inspiracją była dla niej założycielka zgromadzenia – Urszula Ledóchowska.

Święta poczuła się wezwana do opieki nad młodzieżą jeszcze w Krakowie, w nowicjacie Urszulanek Unii Rzymskiej, do których wstąpiła w 1887 roku. Uczyła tam matematyki i przedmiotów przyrodniczych, a także języków obcych. Historię sztuki i literatury wykładała po francusku. Udzielała lekcji malarstwa i sama chętnie malowała. O tym, jaką musiała być osobowością świadczy fakt, że gdy w 1907 roku dostała propozycję wyjazdu do polskiego gimnazjum w Petersburgu, kilka jej uczennic chciało jechać razem z nią.

Ze względu na zakaz działalności zakonów w carskiej Rosji zwróciła się do papieża o zgodę na przywdzianie świeckiego stroju dla siebie i innych urszulanek. „Choćby w różowych sukniach, z moim błogosławieństwem tam jedźcie” – miał powiedzieć Ojciec Święty. – To pokazuje myślenie św. Urszuli o wychowaniu: była gotowa wychodzić poza przyjęte formy, jeśli wymagała tego sytuacja – podkreśla s. Ludmiła. – Święci wygrywali tym, że nie bali się ryzyka. Nie kalkulowali: czy nam wystarczy pieniędzy, czy wystarczy nam sił, czy przyjdą ludzie. Jest coś potrzebne? To robimy to. Jak się nie uda, trudno. Pan Bóg się o to zatroszczy – opowiada z zapałem. – Jestem przekonana, że żaden z świętych nauczycieli i wychowawców nie miał na względzie tylko nauczania języka polskiego, francuskiego czy matematyki. Im chodziło o wychowanie całościowe – przekonuje. Wyraz temu dawała sama św. Urszula. Uczyła różnych przedmiotów, ale uczestniczyła także w zabawie. Gdy młodzież miała potańcówkę, ona grała na pianinie. – Do tańca. „Niepobożne” piosenki – zaznacza siostra. – Trzeba więc być nie tylko nauczycielem. I tacy są święci nauczyciele – zauważa.

Dla siostry Ludmiły ważne były słowa uczennicy, która na zakończenie gimnazjum powiedziała: „Nie mogę powiedzieć, że przez te siostry lekcje specjalnie się nawróciłam, ale wiary nie straciłam”. – W gimnazjum usłyszeć coś takiego to jest coś. Wzruszyło mnie to – uśmiecha się.

Łagodna twarz Boga

Jan Bosko był dzieckiem, gdy usłyszał podczas snu: „Nie biciem, ale łagodnością i miłością będziesz musiał pozyskać sobie w nich przyjaciół”. Powiedział to jaśniejący Nieznajomy, wskazując na gromadę bijących się chłopców. I dodał: „Powiedz im natychmiast o brzydocie grzechu i wartości cnoty”.

Od tamtej pory święty nie przestawał myśleć o przyjściu z pomocą zagubionej młodzieży, której za jego czasów, czyli w połowie XIX wieku, było wiele. Ksiądz Bosko, widząc, w jak tragicznych materialnie i moralnie warunkach rosną młodzi, stworzył dla nich oratorium – miejsce, w którym łobuzy mogły odnaleźć dom i doświadczyć w nim prawdziwej miłości. W krótkim czasie wokół kapłana powstała wspólnota ludzi przejętych losem młodzieży. Ich aktywność zaowocowała powstaniem niezliczonych szkół i ośrodków, w których wychowankowie znajdowali i wciąż znajdują życiową harmonię. Tak powstali salezjanie – zgromadzenie, którego podstawowym charyzmatem jest praca z młodzieżą.

– Ja osobiście odnalazłem w postawie księdza Bosko niesamowitą, trzeźwą odpowiedź na to, co teraz mamy – mówi ks. Zygmunt Kostka SDB, wiceprowincjał Inspektorii Krakowskiej salezjanów. Jest przekonany, że duchowość salezjańska jest jedną z najlepszych odpowiedzi na kryzys Kościoła, a także na zagubienie wielu ludzi, zwłaszcza młodzieży. – My, salezjanie, nie idziemy z mieczem, nie sypiemy okopów, tylko wyciągamy rękę z uśmiechem na twarzy. Staramy się zachować dobroć, łagodność i wszystkie inne cechy, które ksiądz Bosko nam polecał – zauważa kapłan. Cytuje fragment konstytucji zgromadzenia: „Salezjanin nie zniechęca się trudnościami, ponieważ pełną ufność pokłada w Bogu. (...) Wierzy w przyrodzone i nadprzyrodzone możliwości człowieka, nie lekceważąc jednak jego słabości. Przyjmuje wartości tego świata i wystrzega się narzekania na swoje czasy: zachowuje wszystko, co dobre, zwłaszcza to, co drogie dla młodzieży. Ponieważ głosi Dobrą Nowinę, jest zawsze radosny. Szerzy tę radość, umie wychowywać do optymizmu życia chrześcijańskiego i kształtować zmysł pogodnego świętowania”.

Duchowny podkreśla jeszcze jedną ważną cechę akcentowaną przez księdza Bosko: łagodność. I puentuje: „Pokazujemy łagodne oblicze Boga”.•