Powiązani

Katarzyna Solecka

Potrzebny jest pewnie rodzaj, nazwijmy to, trzeźwego myślenia o sobie samych i o innych, o naszej wspólnej przyszłości.

Powiązani

Kościół gdzieś na wakacyjnej trasie, nieodwiedzony ani razu wcześniej i, prawdopodobnie, ani razu potem. Homilia w Piotra i Pawła – i nóż się człowiekowi w kieszeni otwiera. Bo czy ta garstka zgromadzonych w nim wieczorem ludzi (z których wielu pewnie bywa tam codziennie) naprawdę potrzebuje wysłuchać ze szczegółami dwóch znanych im apostolskich życiorysów? Ot, trochę malowniczych szczegółów (skąd?), trochę biblijnego kopiuj-wklej.

Oczywiście wie człowiek po namyśle, że księdza wcześniej na oczy nie widział, kontekstu parafialnego nie zna, jest zmęczony po podróży, spragniony duchowej świeżości i ocenami szafuje pochopnie. Ale ta sytuacja, kiedy wszyscy tak grzeczniutko siedzą, słuchają przydługiego kazania, ba, dziękują na koniec i nikt nigdy nie powie „dosyć” – czyż nam czegoś nie przypomina?

Nie chodzi tu w ogóle o język kazań, sytuacje okołoliturgiczne, świeckich–kapłanów i temu podobne. Chodzi o takie okoliczności, w których ktoś w najbliższym otoczeniu powiedzieć nam jasno powinien: „Człowieku, przestań, przeginasz!”.

Czy jednak my mamy takich ludzi wokół siebie? Czy my sami potrafimy być tacy? Wygarnięcie komuś „prawdy” w emocjach, w rozpaczy, w złości – tutaj odpada. Wykazanie własnej wiedzy czy wyższości – również. Potrzebny jest pewnie rodzaj, nazwijmy to, trzeźwego myślenia o sobie samych i o innych, o naszej wspólnej przyszłości. Tak by nie iść w słowach za daleko, ale i nie wykręcać się dobrym wychowaniem, że niby nie wypada. Pokora? Oczywiście. Ale nie mylona z podszytą pięknymi słówkami obojętnością na innych w gruncie rzeczy.

Kluczem do sprawy są pewnie wzajemne relacje. Inaczej się słucha kogoś, mówi komuś, kto – przekonaliśmy się niejednokrotnie – jest nam życzliwy. Ta więź jest fundamentalna na wspólnej drodze: ale jest budowana wiele dni, w różnorakich doświadczeniach. Potrzeba innym siebie samego pokazać, jakoś się odsłonić, pozwolić na taką wzajemną relację. Zdobywa się też wtedy rozeznanie, komu, co, w jaki sposób… Żartem czy na poważnie, w cztery oczy? Zapytać czy machnąć ręką? Ja powinnam czy poprosić kogoś innego? Jutro czy jednak dziś? Czasem przecież nie chodzi o sprawy wielkiego kalibru, ale o te codzienne, które odciągają od dobra, utrudniają życie.
Takie wytknięcie palcami nie jest przyjemne. Ale pomyślmy! Gdyby nas samych w porę utemperować, to jakie szczyty byśmy… – kto wie!