Ile nadziei w Kościele?

Szymon Babuchowski

GN 17/2020 |

publikacja 23.04.2020 00:00

Publicyści recenzujący postawę polskiego Kościoła katolickiego w obliczu koronawirusa najwyraźniej nie chcą widzieć Kościoła, który służy.

W Jadłodajni Caritas w Poznaniu elżbietanki wydawały bezdomnym śniadanie wielkanocne. Jakub Kaczmarczyk /pap W Jadłodajni Caritas w Poznaniu elżbietanki wydawały bezdomnym śniadanie wielkanocne.

Sto respiratorów i 10 tys. kombinezonów ochronnych zamówionych przez Caritas dla polskich szpitali w ramach akcji Wdzięczni Medykom, współpraca diecezjalnych Caritas z lokalnymi instytucjami i firmami w niesieniu pomocy seniorom, jałmużna postna księży archidiecezji katowickiej, którzy przekazali 400 tys. zł na rzecz śląskich szpitali, abp Grzegorz Ryś ofiarujący środki swojej archidiecezji i organizujący zbiórkę funduszy na zakup respiratorów, inicjatywa abp. Józefa Kupnego, by tworzyć „parafialne tarcze antykryzysowe”, siostry dominikanki, które pojechały służyć podopiecznym bocheńskiego domu pomocy społecznej, gdzie stwierdzono COVID-19 – to tylko niektóre formy obecności polskiego Kościoła wśród potrzebujących w czasach pandemii. A przecież obok materialnej pomocy jest jeszcze ta duchowa, mniej spektakularna i sprawowana w warunkach wymagających dużej rozwagi, a czasem także kreatywności.

Absolutnie nic?

A jednak zdaniem niektórych publicystów Kościół w tym trudnym czasie nie robi nic i nie daje ludziom nadziei. Dziennikarz Jarosław Makowski i pastor kalwiński Kazimierz Bem podjęli się na stronach „Newsweeka” zrecenzowania działań polskiego Kościoła katolickiego w obliczu koronawirusa. Ich ocena jest miażdżąca: „(…) Polacy stają twarzą w twarz z faktem, że gros polskiego kleru i episkopatu nie ma im absolutnie nic do powiedzenia”. Jeszcze dalej idzie w swojej krytyce działaczka społeczna, niegdyś mocno zaangażowana w politykę, Barbara Labuda, która w rozmowie z Elizą Michalik dla portalu Onet stwierdza wprost: „Kościół katolicki zachowuje się zgodnie ze swoją egoistyczną naturą. A kto śledzi historię Kościoła, wie, że ta instytucja nigdy nikomu nic nie daje i nie pomaga materialnie, chyba że zostanie do tego zmuszona, że się jej coś na siłę wyszarpie. Kościół dobrowolnie nigdy nie dzieli się swoimi dobrami”.

A tymczasem to, kościelna przecież, Caritas zorganizowała wielką akcję Wdzięczni Medykom, dzięki której możliwe jest już zamówienie sprzętu za ponad 3 mln zł. Włączyły się w nią zarówno firmy, jak i indywidualni darczyńcy (zapewne także ci „dobrzy ludzie Kościoła”, którzy, zdaniem Barbary Labudy, są „wyjątkami gnębionymi i żyjącymi w biedzie” w przeciwieństwie do „egoistycznej” instytucji). 100 respiratorów, które trafią wkrótce do polskich szpitali walczących z epidemią koronawirusa, to naprawdę dużo (przypomnijmy, że Unia Europejska zapowiada na razie wysłanie na całą wspólnotę 150 respiratorów, będących dopiero w produkcji). Oprócz respiratorów Caritas zamówiła też 10 tys. całościowych kombinezonów ochronnych, 14 tys. maseczek chirurgicznych i 9 tys. maseczek KN95. A do tego wszystkiego współpracowała w zakresie znajdowania dostawcy i negocjowania ceny z… Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, przełamując mity o wzajemnej wrogości obu organizacji. – Bardzo za tę pomoc dziękujemy. Myślę, że to dobry przykład łączenia sił polskich organizacji w walce ze światową pandemią. WOŚP od lat kupuje sprzęt medyczny i ma w tej dziedzinie ogromne doświadczenie, którym się z nami podzieliła – podkreśla koordynujący dostawy Paweł Ślusarczyk z Caritas Polska.

Niespójność oczekiwań

Oczywiście, zarzuty publicystów bardziej wymierzone są w instytucję niż w ogół wierzących, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że sami nie do końca wiedzą, czego od Kościoła oczekują. Makowski i Bem z jednej strony atakują katolickich publicystów, którzy „wyciągnęli działa najcięższe, strasząc ludzi, że jeśli przez wirusa nie będą chodzić do kościoła, to mogą nie dostąpić życia wiecznego”, z drugiej mają żal do bliżej niezidentyfikowanych biskupów, którzy „nie odwiedzają chorych na izbach przyjęć, nie celebrują Mszy i nie prowadzą pogrzebów”. Zarzut, trzeba przyznać, dość dziwny. Po pierwsze nie słyszałem, by którykolwiek biskup nie celebrował Mszy, a po drugie autorzy tekstu powinni się zdecydować: to w końcu Eucharystia powinna być dostępna dla wiernych czy nie powinna?

To prawda, że komunikaty episkopatu zmieniały się: od początkowych apeli do księży o zwiększenie liczby Mszy, by rozrzedzić potencjalnych uczestników, po późniejsze apele do wiernych, by pozostać w domu. Jednak niech każdy z nas uczciwie przypomni sobie: czy i nasze podejście do koronawirusa nie zmieniało się wraz z rozwojem sytuacji? Jeżeli czegoś zabrakło w tych pierwszych dniach, to mocnego głosu w przestrzeni medialnej, który by wiernym zdezorientowanym w sprawie: „pójść czy nie pójść do kościoła” wytłumaczył sprawę od strony teologicznej. Pokazał, że uzdrawiająca moc Mszy to nie automat czy działanie czarodziejskiej różdżki, ale łaska samego Boga, który swoich darów udziela tak, jak chce. Do tego pojawiły się wprowadzające w błąd wypowiedzi niektórych duchownych, m.in. ks. prof. Tadeusza Guza, który stwierdził w telewizji, że konsekrowane dłonie kapłana nie mogą zarażać podczas udzielania Komunii Świętej. Dobrze, że w tej sprawie zareagował rzecznik lubelskiej kurii, przypominając, że „Hostia zachowuje wszystkie właściwości chleba, dlatego Episkopat Polski zobowiązał kapłanów do przestrzegania zasad higieny, w tym mycia i dezynfekcji dłoni oraz zachowania wszystkich środków ostrożności”.

Nie jest jednak prawdą to, co piszą publicyści, że księża nie przywracają swoim wiernym nadziei. Wystarczy choć trochę prześledzić parafialne strony internetowe czy kapłańskie profile w portalach społecznościowych, by zobaczyć, ile tam inwencji pozwalającej wykorzystać możliwości współczesnych mediów do niesienia nadziei, ile troski o wiernych i ich codzienne potrzeby, ile ciepłych słów do nich skierowanych. A już zupełną niesprawiedliwością jest sprowadzanie obecnej działalności duchownych do domagania się „co łaska” na tacę. Przeciwnie, choć przez brak wiernych na niedzielnej Eucharystii parafie zostały pozbawione większości środków pozwalających na ich utrzymanie, podobne apele w ustach księży należą raczej do rzadkości. Znacznie częściej to sami wierni zauważają taką potrzebę i skrzykują się, by ofiarę złożyć przez internet.

Odruchy serca

Pojawiają się natomiast kościelne inicjatywy, które mają pomóc wiernym znajdującym się w potrzebie. Jedną z nich jest pomysł metropolity wrocławskiego abp. Józefa Kupnego: – Pomyślałem o utworzeniu czegoś w rodzaju „parafialnej tarczy antykryzysowej”, która polegałaby na zebraniu w jednym miejscu (strona internetowa, fanpage w mediach społecznościowych, ewentualnie przykościelna tablica ogłoszeń) informacji o tych, którzy mieszkają bądź pracują na terenie naszych parafii, by następnie zachęcać wszystkich do korzystania z ich oferty – tłumaczy arcybiskup, apelując: – Poprośmy wiernych, by robili zakupy w osiedlowych sklepikach, a kiedy to będzie możliwe, korzystali z usług m.in. fryzjerów, fizjoterapeutów, rehabilitantów czy mechaników samochodowych, którzy pracują na terenie naszych parafii. Zachęćmy ich do odwiedzania restauracji i kawiarni, które znajdują się w pobliżu naszego miejsca zamieszkania. Można to robić nie tylko poprzez internet czy gazetki parafialne, ale także podczas ogłoszeń duszpasterskich. Dobrze by było, gdyby sąsiadujące ze sobą parafie wymieniły się takimi danymi, tak by osoby dotknięte epidemią otrzymały realną pomoc i mogły spokojnie patrzeć w przyszłość, nie martwiąc się o los swoich rodzin.

Do tej, oczywiście niepełnej, listy kościelnych aktywności w dobie koronawirusa należałoby koniecznie dodać działania tych, którzy udzielają się na pierwszej linii frontu. Siostry dominikanki z Krakowa, Kielc, Krużlowej i Białej Niżnej ruszyły na pomoc, gdy w bocheńskim DPS-ie zakażenie koronawirusem stwierdzono u 26 ze 152 pensjonariuszy i u 15 osób z personelu. Po profesjonalnym przeszkoleniu i zaopatrzeniu w odpowiedni sprzęt w ciągu kilku dni opanowały sytuację w ośrodku. – To był naturalny odruch serca. Skoro była taka potrzeba w tej specyficznej sytuacji, która dotyka praktycznie wszystkich ludzi, to nie było kalkulacji, czy jechać, czy nie. Zostawiłam w kaplicy w połowie przygotowaną dekorację na Święta Wielkanocne i pojechałyśmy z siostrami – opowiada s. Julietta Homa OP w rozmowie z dziennikarką naszego oddziału tarnowskiego, Beatą Malec-Suwarą. Do sióstr dołączył w Wielką Sobotę ks. Piotr Dydo-Rożniecki, pochodzący z Mielca misjonarz w Kazachstanie, który stwierdził, że „po coś go Pan Bóg w Polsce zostawił, zamykając granice”. Jego zdjęcie w masce, przyłbicy i kombinezonie przepasanym stułą wywołało lawinę pozytywnych komentarzy na Facebooku. Szkoda jednak, że takie przykłady umykają niektórym publicystom. Autorzy tekstu z „Newsweeka” chcą w duchownych widzieć jedynie „dziedziców” wysługujących się „chłopami pańszczyźnianymi”, czyli wiernymi. Pewnie dlatego nie potrafią zauważyć Kościoła, który służy.•