Trudna lekcja Kościoła

Joanna M. Kociszewska

Każdy chyba ma świadomość, jak ważna jest w rodzinie komunikacja. Ciche dni, emigracja wewnętrzna, pozorna, zewnętrzna jedność to prosta droga do rozpadu. Znacznie lepsze są nawet kłótnie: pozwalają się nawzajem usłyszeć.

Trudna lekcja Kościoła

Czym jest Kościół? To pytanie staje się coraz bardziej aktualne. Łatwiej nam chyba powiedzieć, czym Kościół nie jest, a przynajmniej czym nie jest tylko. A czym jest?

Wspólnotą ludzi wierzących – odpowie wielu. Co to znaczy? Każdą wspólnotą? “Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” - podpowiada katechizm za Lumen Gentium. To z kolei słowa tak wielkie, że niczego nie wyjaśniają w praktyce. Zwłaszcza, że – umówmy się – nie widać w nas tego zjednoczenia. Dla wielu jesteśmy raczej znakiem podziałów. Co to znaczy: 'narzędziem'? W jaki sposób? I skąd tak wielkie ambicje, że mówimy o całym rodzaju ludzkim?

To nie jest dywagacja akademicka i bez znaczenia. Kościół coraz częściej sprawia nam problem. Bywa mylony z hierarchią. W odpowiedzi możemy usłyszeć: my jesteśmy Kościołem. Tymczasem ze sposobu myślenia o Kościele wynika sposób życia w nim jako chrześcijanin. Wynika także podatność na zgorszenie...

Od Kościoła, który jest instytucją odejść bardzo łatwo. Podobnie jak łatwo porzucić wspieranie jakiejś organizacji czy partii. Postrzeganie Kościoła jako dawcy Chrystusa w Eucharystii sprawia, że wprawdzie trudniej go porzucić, ale łatwo wyemigrować wewnętrznie. Jestem ja i Chrystus, cała reszta staje się zewnętrzna. Postrzeganie Kościoła jako wspólnoty każe pytać o relacje w tej wspólnocie. Prowokuje także do pytania o to, czy nie można sobie znaleźć lepszej, bardziej wspierającej wspólnoty? Oferta jest przecież dziś spora...

Gdy myślę 'Kościół' na myśl przychodzą mi słowa z Listu do Hebrajczyków (12,20-24):

Przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu, do Pośrednika Nowego Testamentu - Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla.

Tak, mamy wspólnotę. Wspólnotę ludzką rozciągniętą na zboczach góry (ten obraz to już moja wyobraźnia oczywiście), sięgającą od Adama i Ewy aż po dzień dzisiejszy i tych, którzy przyjdą do nas aż do Paruzji. Obejmuje ona tych, których obmyła Krew Chrystusa (do Kościoła włącza chrzest), ale nie tylko: wszystkich, którzy są 'zapisani w niebiosach', a zatem także tych, o których wie tylko Bóg, który zna ludzkie serca i nie jest związany sakramentami. My wszyscy jesteśmy jednym Ciałem, a Głową jest Chrystus. To w Nim (i tylko w Nim) mamy odpuszczenie grzechów – możemy przystąpić do Boga żyjącego... Czy w tej wspólnoty, z tej rodziny (to słowo jest bardzo ważne) ktoś chciałby zrezygnować?

To jest sedno Kościoła, to jest obraz jedności z Bogiem i całego rodzaju ludzkiego. Nie ma innej drogi niż Kościół. W nim mamy słowo, sakramenty, prowadzenie Ducha Świętego. Mamy też hierarchię: biskupów, wyznaczonych na pasterzy i biskupa Rzymu. Ten opis Kościoła jest bardzo daleki od utożsamienia z jedną denominacją, ale jednocześnie nie jest “wszystko jedno” gdzie jesteśmy, co jest nam dostępne, a z czego rezygnujemy.

Człowiek żyje jednak tu i teraz. Kościołem lokalnym jest wspólnota zgromadzona wokół swojego biskupa, w jedności z nim, innymi biskupami i biskupem Rzymu, sprawująca razem liturgię według własnego obrządku (w naszym przypadku jest to zwykle obrządek rzymski). Nie ma Kościoła bez biskupa. Ale to nie jest Kościól biskupa, tylko Kościół Chrystusa, jedna rodzina.

Napisałam, że słowo rodzina jest bardzo ważne. Doświadczenie rodziny – piękne lub trudne – ma każdy z nas. Każdy też chyba ma świadomość, jak ważna jest w rodzinie komunikacja. Ciche dni, emigracja wewnętrzna, pozorna, zewnętrzna jedność to prosta droga do rozpadu. Znacznie lepsze są nawet kłótnie: pozwalają się nawzajem usłyszeć. Myślę, że w tym kluczu warto widzieć ostatnie protesty. To wysiłek, by zostać usłyszanym. Mówienie o tym, co przeszkadza, co może gorszy (w biblijnym znaczeniu tego słowa) nie szkodzi żadnej rodzinie. Także Kościołowi. Zaszkodzić może jedynie niesłuchanie, niepodjęcie rozmowy.

Niepokoi mnie protest, w którego haśle pojawia się logika: my jesteśmy Kościołem. Nie. Kościół to nie “my”. Nie tylko “my”. Ale organizatorzy mówią: nie jesteśmy przeciw biskupom. Chcemy być usłyszani. Niestety, obawiam się, że jeśli tego wołania dziś nie potraktujemy poważnie, za chwilę ci ludzie uznają, że nie ma już z kim i o czym rozmawiać.

Niepokoją mnie również próby uciszenia protestu. Zepchnięcia ludzi w emigrację wewnętrzną, wysłania na modlitwę i do “pracy organicznej”. Tak, to prawda: bez modlitwy nic się nie uda. Tak, to prawda: praca u podstaw jest zawsze najważniejsza. Ale nie da się narzucić milczenia tym, którzy zdecydowali się mówić wierząc, że Kościół jest rodziną. Ich rodziną. Wolałabym, by ci, którzy podjęli takie wysiłki, raczej postarali się prowadzić tych, którzy im ufają, do pełnej kościelności także w sprzeciwie.

Przed nami bardzo trudna lekcja Kościoła. Ale przecież jest z nami na tej drodze Duch Święty, więc czego się bać?

Trudna lekcja Kościoła

Tym, którzy chcieliby głębiej zrozumieć, czym jest Kościół, polecam wydaną niedawno przez WAM książkę Henri'ego de Lubaca "Medytacje o Kościele". To człowiek, który bardzo głęboko Kościół zrozumiał, ale też bardzo wiele od Kościoła wycierpiał. Ostatecznie stał się współtwórcą Soboru Watykańskiego II.

Książka faktycznie do przemedytowania, ale uczy tajemnicy Kościoła. Jeśli ktoś z Kościołem się zmaga, jeśli jest w nim bunt wobec zła, które widzi, polecam. I nie, nie jest to próba zagłaskania sprzeciwu.

Henri de Lubac "Medytacje o Kościele". Wydawnictwo WAM

 

Tagi: